Książę/Część pierwsza/całość

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Nałkowska
Tytuł Książę
Data wydania 1912
Wydawnictwo Spółka nakładowa „Książka“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Wikisource
Inne Cały tekst
Indeks stron
[ 9 ]




[ 10 ] [ 11 ]Kiedy z drzew wysokich spadają liście umierające, lubię cicho i wytwornie marzyć o moim życiu.

Życie moje nie jest złe, chociaż niema w nim dobra. I nie jest smutne, chociaż — och, zupełnie niema w nim szczęścia. Jest ładne.

Kiedy w dni jesienne, ozłocone zmęczonym słońcem, życie moje odsuwa się nieco ode mnie, pozostaje mi marzenie o nim, chłodna, oderwana myśl.

I wtedy na świat cały patrzę przez nią, jak przez seledynową zasłonę. Ludzie, gdy mówią ze sobą, układają się w grupy logiczne i piękne, jak myśl — i to, co dzieje się wokoło, wyciąga się w nieskończoną perspektywę tej myśli, jak wielka aleja filarów marmurowych. I uczucia moje za myślą idą długim szeregiem, jak powolne, z pochylonemi czołami, z rękami na piersiach skrzyżowanemi — niewolnice.

Pamiętam jedno, pamiętam cudne zdarzenie, realne zdarzenie z mojego życia.

Na brzegu błękitnego i głębokiego, jak oczy zamyślonej kobiety, morza nieskończoności — siedziało Piękno. Rzeczywistość, bardziej urocza od złudy, zesłała na nie sen.

I we śnie przyszły do Piękna cudne ogniwa jego [ 12 ]smutnych rozmyślań o szczęściu niezamąconym i samotnym, o bajecznie uroczej monotonji boskiego zrównoważenia, o pocałunkach nieurodzonych, — o tęsknotach nieziszczalnych, o zenitach ekstatycznych zachwytów nad sobą, — przyszły nieskończenie długim korowodem — i rzekły:

— Znużone już jesteśmy pięknością naszego nieistnienia. Daj nam byt piękniejszy od tego, że nie istniejemy.

I Piękno rozdało między nie barwne szaty życia. Ubrały się w nie i odeszły. A Piękno zapomniało o swoim śnie.

Tak dusze nasze ubrały się w nasze ciała.

Od tego zdarzenia nadewszystko pokochałam siebie. Zrozumiałam bowiem prawdę, że miłość siebie — to najwyższa i najczystsza z miłości: to dusza moja kocha moje ciało, to marzenie o pięknie kocha swą rzeczywistość.






[ 13 ]Kocham ogromnie wszystkie swoje zalety, ale nieskończenie więcej — swoje wady.

Jestem próżna i pretensjonalna bez granic. Zarozumiała jestem i nie potrafię zachwycać się szczerze nikim poza sobą. Nie jestem zazdrosna, lecz jestem zawistna. I to drugie jest gorsze. Zazdrość jest przejawem czysto biologicznej natury. W zawiści zaś jest coś, co poniża piękność duszy, wciąga ją w grę pasji małych i głupich. Nie lubię kobiet piękniejszych ode mnie, choćby zupełnie nie wchodziły mi w drogę. Myśl, że nie jestem najładniejsza, wprost zatruwa mi życie.

Następnie — jestem zmysłowa bardzo — i to nie w sposób ładny — żywiołowo, młodzieńczo. Zmysłowość moja jest sztuczna, abstrakcyjna i nie szukająca wyrazów w życiu.

Czasami — we śnie — całują mię obcy, ładni ludzie. Zawsze jest jakieś tło piękne — gmachy kryształowe, ogrody o drzewach podniebnych i srebrnych fontannach, obce szumne miasta, krajobrazy dziwne. I te wrażenia są stokroć silniejsze, niż wszystkie, jakich doznawałam w życiu lub jakich wogóle byłabym w stanie doznać. I gdy w czasie dnia, pomiędzy ludźmi, przypomnę sobie nastrój [ 14 ]takiego snu, to oczy zamykam od blasku niewypowiedzianej, zabijającej rozkoszy. I wspomnienia takiego nie zamieniłabym na pieszczotę najpiękniejszego z ludzi, króla ziemskich kochanków.

Dla tego w życiu jestem dosyć niedostępna i chłodna w stosunku do mężczyzn. I nie dziwię się, że ascetyczni pustelnicy nie chcieli oddać swych kuszących halucynacji za wlokący z sobą przesyt czar konkretnego życia. To byli prawdziwi, najmądrzejsi uczniowie Epikura.






[ 15 ]Bezpożyteczność jest koroną artyzmu, najszczytniejszym przejawem piękna.

Podobno sztuka u ludów pierwotnych opierała się na względach praktycznych. Pierwszym motywem zdobienia ornamentacjami budowli była ochrona przed złością bóstw, zarazą i t. d . A dalej w wieki, w królewskim pochodzie szlakami kultury jedynym motywem sztuki staje się głupie, bezpożyteczne, kapryśne, czasami nawet w formach swych szkodzące ludziom, czyste, najpodnioślejsze piękno.






[ 16 ]Julka jest to moja dawna, pierwsza prawie nauczycielka. Z biegiem lat różnica wieku się zatarła, tak, iż obecnie jesteśmy przyjaciółkami. Jest to jedna z niewielu, a może jedyna kobieta, która zyskała sobie prawo do mego zaufania.

Charakterystyczną cechą Julki jest dobroć, która w każdym innym zazwyczaj mię odstrasza, dobroć raczej natury fizjologicznej. Jest to bowiem brzydka, koścista, starzejąca się panna, która bardzo chciała mieć dziecko. Nie podobała się jednak żadnemu mężczyźnie z tych niezliczonych, którzy są na świecie, — i nikt się z nią nie ożenił. Jasne, złote jej marzenie o dziecku umarło — i wszystkie nieukojone instynkty matki przetopiły się w niej na chemicznie czystą dobroć — równie nieskończoną, jak smutną.

Julka ma krótkie włosy i ubiera się bardzo niedbale. Pod jej zbyt wysokim, wypukłym czołem płoną cicho ekstatycznym ukochaniem ludzkości słodkie, szafirowe oczy.

Przyszłam o zmroku do jej chłodnego, sztywnego pokoju. Siedziała na oknie i przy ostatnich blaskach dnia czytała Donkiszota.

W milczeniu przytuliła mię do siebie. Wogóle [ 17 ]nie lubię pocałunku kobiety, ale Julka stanowi wyjątek. Patrząc na nią, uczę się cenić estetykę mego życia i za to jestem jej wdzięczna. Przytym ona kocha mię bez granic i bez zastrzeżeń.

— Dawno nie byłaś — rzekła serdecznie, prawie bez wyrzutu. — Czy lalka znów się bawi?

— Cóż znowu. Dla czego tak myślisz?... Doprawdy, złe masz o mnie pojęcie.

— A co robisz?

— Marzę, rozpamiętywam, czekam.

— Tęsknisz za mężem?

— Nie, ani trochę. Tak właśnie jest najlepiej.

Nie zdziwiła się. Nic nie wiedząc, rozumie wszystko.

— Nie pisz o tym do niego. Mógłby przyjechać.

Uśmiechnęłam się.

— Mylisz się — nie przyjechałby. Swoją drogą jednak nie napiszę mu tego.

Zamilkła i przez chwilę rozmyślała nad czymś. Potym rzekła:

— Nie wierzę, Alu, by — nawet pod kątem widzenia piękna — można było na życie patrzeć bez zgrozy. — Wracam w tej chwili z dziwnego świata — i życie tymbardziej wydaje mi się brzydkie. I nie rozumiem, jak można je kochać... Jakże śmiertelnie poetyczna i śmiertelnie smutna jest ta epopeja rozczarowań... Leopardi, gorzko ironizujący, jeszcze mniej tragicznym wydaje mi się od Cervantesa...

Wzięła książkę z okna.

— I jaka inna jest miłość tam; jaka słodycz [ 18 ]wyszukana i podniosłość w uczuciu tego posępnego rycerza, co kochał niezrównaną — bo nieistniejącą — panią z Tobozo.

Julka zapaliła lampę i zapytała:

— Chcesz może posłuchać, jak śpiewa Kardenio, zdradzony przez kochankę?

Zaczęła czytać:
 

Albo miłości braknie rozeznania,
Lab ma za wiele w sobie okrucieństwa,
Lub błąd mój nie jest powodem męczeństwa,
Które mi serce szponami rozrania.

Gdy miłość Bogiem — to rozum zabrania
Stawić przymiotom jego sprzeciwieństwa.
Bogu nieznane żadne okrucieństwa!
Któż więc nade mną dzierży moc karania?

Nie ty, kochana! Z DOBRA ZŁE NIE PŁYNIE,
ZE SŁOŃCA PIORUN NIGDY NIE WYSTRZELI,
I z nieba piekło na ziemię nie schodzi.

Trzeba więc umrzeć, bo w strasznej godzinie,
Kiedy choroby ludzie nie pojęli,
To już ratunek chyba cud wyrodzi.

 

Julka wyglądała bardzo dziwacznie, deklamując z ekspresją i zapałem te żale. Na jej brzydkiej, gminnie wymodelowanej twarzy malował się smutek, kosmyki prostych włosów wymownie chwiały się nad wypukłym czołem. [ 19 ]

— Ze słońca piorun nigdy nie wystrzeli — powtórzyła. — Jakaż to cudna, jaka daleka od rzeczywistości wiara. Jam już widziała tyle zła, które wypłynęło z dobra — — takiego zła, z którym walczyć nawet niewolno — bo z niego daleko gdzieś — znowu wypłynie dobro...

Kiedy tak patrzyłam na nią, wydała mi się ze swoją smutną twarzą i długą, kościstą figurą podobna do Donkiszota.

— Najświętszym obowiązkiem teraz jest wierzenie, że dobro właśnie jest tam u kresu.

Spytałam jej:

— Czemu nie mówisz mi dziś nic o sprawach swoich, Julko?

Nie odpowiadając, odwróciła głowę.

— Dla czego nie chcesz mnie dopuścić do tego waszego świata, skoro ja chcę? Potrafiłabym się przystosować. A tak mię pociąga groza i urok tajemniczy tych rzeczy, które się stają pod powierzchnią ziemi. Jest w tym anachronizm jakiś, coś ze średniowiecza, z epoki ekstaz fanatycznych i religijnych prześladowań.

— Bo tak patrzeć na to niewolno. Trzeba czuć w tym dzisiejszy dzień w blasku jutrzejszego, tętniące, krwawe życie.

— Ja przecież chcę służyć właśnie życiu.

— By służyć życiu, nie należy go kochać zbyt silnie. Zresztą — zdaje mi się, że szkoda ciebie. Jesteś taka delikatna i wypieszczona, jak egzotyczny kwiat — i nie umiałabyś patrzeć w oczy [ 20 ]burzy i piorunom, padającym z tego słońca. Nazbyt jesteś artystką życia.

— Więc do tego koniecznie trzeba obcinać włosy? — rzekłam ze złą intencją.

Julka uśmiechnęła się poprzez smutek swych oczu. Ukryta złość mych słów odrazu wydobyła z niej dobroć.

— Nie, śliczna lalko moja, pozostań zawsze artystką życia i nie patrz w te cienie. Chciałabym, żebyś zawsze była taka. Żeby ta okrutna, niszcząca fala nie wszystko z sobą zabrała.






[ 21 ]Czyżbym zanadto kochała życie, czyżbym naprawdę zanadto kochała życie?... Tak zdaje ci się, dobra, brzydka, poetyczna Julko.

Nie można chyba kochać, tak gruntownie i zasadniczo pogardzając.

Wiem, że to nieciekawe i wogóle bardzo tanie, więc nigdy tego nie mówię przed ludźmi. Ale pogardzam życiem. I jest mi ono bezkreśnie puste i nudne.

Tak, tak — głęboko tam wstręt mam do tego wesołego tańca na zielonej, oblanej słońcem łące, — gdy wszędzie nad horyzontem czarne chmury, ciężkie chmury tajemnicy i śmierci. Widzę przecież to wszystko i rozumiem.

Ale od tych, co tańczą, wesoło dłońmi zakrywając przed dalą rozbawione oczy — hedonosofistów, — mniej jeszcze lubię tych, co do sakw żebraczych zbierają dobro życia, by się tam zamieniło w cnoty przezwyciężeń, w złote krążki, za które kupić można tryumfy i zbawienie wieczne wszelkich odmian.

A od tych mniej jeszcze lubię takich, co z maską tragiczną na twarzy, w płaszczu proroków biją oszalałemi dłońmi w bramę kamienną wiedzy, za którą [ 22 ]kryje się tajemnica. — Poco krzyczą i złorzeczą — czyż zapomnieli, że — ach — o tyle łatwiej dostać się tam przez kruchą bramę śmierci?

A najmniej lubię tych rozsądnych i poważnych, co całą tę głupią komedję biorą naserjo, jak krowa drzwi zielone, i myślą o ratunku ogólnym.

Car tout cela est du mauvais genre... Pozostaje jedno: najładniej, jak można, znaleźć się w danych warunkach.

Największym pragnieniem mym jest, by linja, przeprowadzona przez moje życie, była równie wytworna, jak linja moich bioder.






[ 23 ]— Chciałabym pani coś powiedzieć — rzekła dziś do mnie żona pewnego literata, pani Sępowska. — Trochę się boję być niedelikatna, ale tak nie chcę, by kobiety miały zawiązane oczy. A pani tak mało używa życia.

— Niech się pani nie lęka.

— Jeden pan — nazwiska pani nie wymienię — opowiadał memu mężowi, że mówił z pani mężem o pani. To było niedługo po ślubie — więc winszował mu takiej pięknej i takiej jednocześnie zupełnie pewnej żony — bo to bardzo rzadko razem się spotyka. A mąż pani miał tak się wyrazić: wierność cenna jest tylko w takiej kobiecie, którą ona coś kosztuje — zaś moja żona wierna będzie tylko dla tego, że ma słaby temperament. — Więc widzi pani, że pani nie ma dla czego tylu rzeczy sobie odmawiać. Odkąd wyjechał pani mąż, nie bywa pani nigdzie, nawet u nas; ani razu nie widziałam pani w teatrze. To zły system. Przeciwnie, lepiej nawet będzie, jeżeli mąż pani choć na chwilę zaniepokoi się o swą własność...

Wysłuchałam wszystkiego bez najmniejszego wrażenia. — Pani jest bardzo dobra — rzekłam z półuśmiechem. [ 24 ]

Sępowska zaniepokoiła się, czy nie ironizuję.

— Może się pani gniewa?

— Cóż za przypuszczenie... Przeciwnie, dziękuję pani za życzliwość.

Właściwie i ja sama nie byłam pewna znaczenia mych słów. W każdym jednak razie nie rozgniewałam się na nią. I w każdym razie faktem jest, że raport ten jest dla mnie zupełnie bezużyteczny.

Przecież nie dla męża mego jestem taka, jaka jestem.

— A za propozycję i pamięć bardzo pani dziękuję — dodałam. — Owszem, wybierając się na koncert najbliższy, niechaj państwo i dla mnie bilet wezmą. Pójdę chętnie.






[ 25 ]Urodziłam się na żonę, nie na kochankę. Odgadł to we mnie — jeszcze gdy miałam lat siedemnaście — człowiek, który w dwa miesiące po poznaniu mnie został moim mężem. Wszystkie cechy, jakie posiadałam, były mu potrzebne. Chciał mieć taki właśnie typ kobiety za żonę — dla ludzi, może w pewnym stopniu i dla siebie. I dla tego powiedziano, że mąż mój kochał mię. To nie była prawda.

Byliśmy z jednej sfery — ze wszystkich względów dla siebie odpowiedni. Związek nasz wydał się wielu osobom bardzo pożądany, a ślub był dla obu rodzin radosnym wydarzeniem. Fortuny nasze dały w połączeniu taką sumę właśnie, która pozwoliła znaleźć szerokie pole czynu wszystkim przepełniającym duszę męża mego pasjom businessmana.

Mąż mój należy do typu, który nazywam demi-inteligiencją. Ma opinję bardzo rozumnego, racjonalnego i dowcipnego. W rzeczywistości posiada umysł lotny, powierzchowny, mało logiczny, zato obdarzony niesłychaną apodyktycznością sądu. Zewsząd chwyta syntezy, wysnuwa szalone, na niczym nie oparte wnioski, ale nie analizuje nigdy. [ 26 ]Wszystko, co nie z jego świata, wydaje mu się dziecinne i zasługujące na drwiny. Wyobraźnia jego ma nadzwyczaj wyraźne granice, poza które nie może i zupełnie nie pragnie wykraczać. Stąd zrównoważenie i nieprawdopodobna pewność siebie. Jest to, dzięki temu, człowiek równy, obliczalny, bardzo miły towarzysko — jakkolwiek zbyt silnie reagujący na opozycję.

Ja nie spierałam się z nim nigdy — w części dla tego, że przeważnie miał rację, w części zaś, że nawet fałszywe twierdzenia stawiał z wdziękiem i tupetem. Zawsze zachwycony był moim rozsądkiem i uległością. Dumny był ze mnie i lubił się mną popisywać. Z mojej strony nic nie miałam przeciwko temu. Przytym nie narzucał mi się nigdy ze swoim towarzystwem; większą część dnia stale spędzał poza domem, a prócz tego wyjeżdżał często i na długo.

Taki pogodny stan rzeczy rozbił się w trzecim roku po ślubie o jakąś sprawę bardzo trywjalną i zwykłą. Przedtym odznaczałam się kulturalnym brakiem podejrzliwości i tolerancją, tym razem jednak mąż mój nieopatrznie wciągnął w grę moją ambicję. Wówczas rozentuzjazmowałam się nadzwyczajnie ideą rozwodu. Ale mąż wykazał mi, że jest rozsądnie i taktownie unikać rzeczy nazbyt konkretnych i jaskrawych. Jak zwykle przyznałam mu rację, zwłaszcza wobec tego, że zaangażował się był właśnie świeżo w wielkim zbiorowym przedsiębiorstwie na południo-wschodzie Rosji, co wymagało nietylko nierozdzielności naszych [ 27 ]połączonych kapitałów, ale także i jego stałej prawie obecności tam na miejscu. Wzamian za zachowanie pozorów małżeństwa zobowiązał się nie zachowywać zupełnie jego treści.

Cała owa tranzakcja nie została oczywiście podana do wiadomości ogółu.






[ 28 ]Jakkolwiek życie moje w pojęciu aktualnej i lokalnej moralności nie nosi na sobie żadnej plamy, jakkolwiek opieram się zawsze czarownym pokusom najpiękniejszej religji ciała — to jednak nie znam kobiety, a nawet typu kobiecego w literaturze, któraby tak bardzo była poganką i wzgardzicielką różnicy między złem i dobrem. Gdybym żyła w czasach helleńskich, byłabym prawdopodobnie kapłanką w świątyni Afrodyty.

To, co w ludzkim kącie patrzenia na świat Bacon nazywa złudzeniem jaskini, ja nazwałabym chętnie złudzeniem świątyni. Patrzę na życie tak, by w tej projekcji musiało mi się wydać patetyczne, harmonijne, wytworne. Takim jest ono zawsze, gdy na nie patrzę przez gotyckie witraże świątyni mego snu. Równie harmonijne, choć bardzo inne, wydawałoby mi się ono z świątyni Afrodyty, gdybym była Greczynką.

Moralność jest ładna i potrzebna. Chociaż nie wierzę w żadną jej metafizyczność, to jednak z punktu widzenia moralności właśnie — i wyłącznie — klasyfikuję ludzi.

Różnię się tym zasadniczo od Obojańskiej, dla której jedynym kryterjum jest w tym razie objektywny rozum. [ 29 ]

Do pierwszej kategorji należą ludzie, którzy są moralni, ponieważ wierzą w postulaty moralności. Na drugim stopniu — ludzie postulaty te, jako przypadkowe i nie zawierające elementu konieczności, odrzucają, buntują się przeciw ciasnym więzom etyki, odwracają jej wartości i grzech wielki przekładają nad mizerną cnotę. W trzeciej fazie dopiero, która, jak każda synteza, jest częściowym powrotem do tezy, — człowiek jest moralny mimo to i dla tego, że nie uznaje kanonów etyki, jest moralny z łaski, z lenistwa — lub dla wytwornej gry.

W dzisiejszej Japonji mężczyzna w towarzyskiej rozmowie opowiada o przedślubnych wybrykach swej żony, chociaż znów brak wierności małżeńskiej poczytywany jest za zbrodnię. Cywilizujący się książęta pewnych plemion wschodnich przez całe życie starają się posiadać jedną tylko kobietę, by w ten sposób zaznaczyć odsunięcie się swe od stanu barbarzyńskich haremów. Gdy w młodzieńczych latach stracą żonę, bon ton nie pozwala żenić im się po raz wtóry. U wielu plemion dziewczęta zbierały sobie posag prostytucją i posiadająca największą ilość kochanków dziewczyna najbardziej poszukiwana była na żonę. Podobnież obowiązującym, religijnym nawet obyczajem było wesołe, choć może niepraktyczne prawo jus primae noctis. W Judei kamienowano wszetecznice, w Helladzie składano im cześć.

U nas człowiek dobrze wychowany obowiązany jest wyzwać każdego, kto o żonie jego wyraża [ 30 ]jakiś domysł uwłaczający, — i w obronie jej czci oddać życie. Żona bowiem jest przedewszystkim żywym naczyniem honoru swego męża — i zakwestionowanie nietykalności owego naczynia w największym cyniku obudzi święte oburzenie. Jest to równie mądre i równie głupie, jak asceza owdowiałego księcia wschodniego lub gościnność nomada, nakazująca ofiarowanie wędrowcowi na czas gościny między innemi rzeczami także własnej żony.

Te nieubłagane prawa obyczajowe przez to, że przypominają charakterem swym epoki zamierzchłe, albo ludy egzotyczne, wydają mi się niebanalne — i ładne. I dla tego — wiedząc to wszystko, będąc świadoma całej sztuczności i przypadkowości dzisiejszych pojęć, wierna jestem memu mężowi, chociaż nie kocham go zupełnie. Cnota najpiękniejsza, najcenniejsza wydaje mi się wtedy, gdy połączona jest z uświadomieniem jej głupoty, bezcelowości, bezpożyteczności. Bo znajdując się na owym trzecim stopniu stosunku do moralności, kocham piękność nieskończoną rzeczy bezpożytecznych i głupich.

Zwykle jest odwrotnie: kobiety nieuświadomione, religijne, skłonne do ekstaz mistycznych i ascetycznych — uważane są przez mężczyzn za najłatwiejsze do zdobycia. Chłodna myśl nie zabrała krwi ich temperamentowi.

Ja zaś jestem opanowana i ujarzmiona, jak w tamy ujęta, uregulowana rzeka. Fale życia zbyt głębokie, by ponad tamy wydostała się powódź.

I tak — kocham siebie za to wszystko, co we [ 31 ]mnie piękne, dziwaczne, kapryśne, bezsensowne, nęcące. Za to wszystko zwłaszcza, co we mnie zupełnie bezpożyteczne — i co (jedyna nadzieja moja) — kiedyś tam, za ciasną krainą wszystkich horyzontów, bezmiernym bogactwem i fantastycznością piękna zwróci na siebie olśniony wzrok najpiękniejszego z bogów.

Takie jest moje marzenie miłości i pychy.






[ 32 ]Dziś byłam z Sępowską i mężem jej na koncercie. Grali słodko, przecudnie. Prócz tego miałam ładną suknię i byłam po królewsku uczesana. W antraktach goniły mię półgłośne pochwały. Odwykłam już od tego, odurzył mię blask, przestwór, nastrój cicho tryumfalny, miękki, ciepły i wytworny.

Niedaleko siedział wysoki, dobrze ubrany pan. Brwi pochylone, linja nosa prawidłowa, wyraźna. Czytał program.

— Jak to? nie wie pani kto to?

— Nie.

Sępowski zdziwił się.

— Zienowicz. Jest przecież od tygodnia w Warszawie.

— Ach, więc to jest on?

Ukradkiem, przelotnie spojrzałam nań przez binokle. I zdziwiłam się, że na ziemi możliwe jest aż tyle. Że jest kobieta, która była jego kochanką. Jest kobieta, która będzie jego żoną.

Gdy wychodziliśmy już, ujrzałam go z góry, stojącego u stóp schodów, przez które przejść miałam. I zstępowałam powoli ku niemu po taflach marmurowych, w jarzącym blasku świateł. I czułam [ 33 ]na sobie pocałunki jego spojrzenia. Na szyi, piersiach, biodrach.

I przymknęłam dreszczem ciepłym przejęte powieki, jak wtedy, kiedy mi się przypomina mój sen.






[ 34 ]Wracałam z samotnego i smutnego spaceru. W dali — ponad tłumem — ujrzałam kołyszącą się, wydłużoną postać quasi kobiety w podłużnym męskim kapelusiku i burym saku. Z pod zmiętego rondka spojrzały na mnie szafirowe oczy Julki.

— Jaka śliczna jesteś! — powitała mię.

Była nadprogramowo wesoła. Szła żywo, stawiając ogromne kroki długiemi nogami. Włosy miała świeżo ostrzyżone, prawie à fleur de peau, głowę okrągłą, jak prawidłowa matematycznie kula. Wracała z lekcji i stos kajetów niosła pod pachą.

— Wiesz co, chodź dziś do mnie — rzekła. — Widzę, że jakieś smutne masz oczęta. Lalka wciąż się nudzi?

Skinęłam głową.

— To przyjdź. Mówiłaś, że ciekawa jesteś, jak wyglądają działacze. Pokażę ci jednego — chcesz? Zresztą — mam cię prócz tego o jedną rzecz poprosić.

Pożegnałyśmy się.

Gdy przyszłam do niej wieczorem, nie było tam jeszcze nikogo. Zapytałam, co chciała mi powiedzieć. Uczyniła minę poważną.

— Kochana Alu — rzekła — dotąd nie [ 35 ]mówiłam z tobą o tym, gdyż wogóle sprawy tego rodzaju — — Ale byłam o to tak proszona, że przyrzekłam. Jest mianowicie obecnie między nami człowiek, którego znałaś dawniej i pewno pamiętasz, bo — obchodziłaś go bardzo.

— Jan? — domyśliłam się odrazu.

Julka uważnie badała wrażenie. Nie zaczerwieniłam się zupełnie.

— Więc należy do was? — pytałam. — I on.

Julka przerwała:

— Tak, Jan. Mówiliśmy o tobie — dawno już. Chce się z tobą koniecznie zobaczyć. Wiem mniej więcej, co było między wami.

— Ach, Julko, cóż ja mu pomóc mogę — rzekłam niechętnie.

— Gdyby chodziło o pomoc, nie byłabym się podejmowała tego pośrednictwa. Teraz już nie potrzebujesz nic pomagać. Wprawdzie przez długi czas był to człowiek tak zgnębiony, że uważaliśmy go za straconego — obecnie jednak odrodził się zupełnie i zdołał życie opanować.

Z przykrością słuchałam jej słów.

— Nie lubię tego wspomnienia — rzekłam — gdyż psuje mi prostotę linji, którą przeprowadziłam przez moje życie.

Wstałam i zaczęłam chodzić po pokoju. Julka spojrzała na mnie poważnie.

— Ale chyba nie sam wzgląd na tę linję kazał ci być okrutną — zapytała po chwili z surowością nie rozumiejącej zła dobroci.

— Naturalnie, naturalnie. Nie kochałam go — [ 36 ]i to był powód najważniejszy. Wspominać tylko nie lubię.

— Ale swego męża nie kochałaś jednak także...

— I wyszłam za niego. Tym razem jedynym motywem była owa linja...

Roześmiałam się. Na twarzy Julki był smutek.

— Więc nie chcesz go zobaczyć?

— Poco?

— Słuchaj, Alu, on tego pragnie tak bardzo... Inaczej nie mówiłabym ci przecież o tym...

Pomyślałam chwilę.

— No, dobrze. Wobec tego zresztą, że...

W tej chwili we drzwi zapukano zcicha.

Julka podniosła się i wyszła do przedpokoiku otworzyć. Przez chwilę słyszałam tylko szept. W słowach przybyłego mężczyzny brzmiał przyciszony opór. Wreszcie mężczyzna zgodził się. Chwilę pewną rozmawiali równiej.

Oczekiwałam z rezygnacją.

Drzwi do pokoju otworzyły się. Naprzód wszedł młody człowiek gigantycznej postaci o ponurym wejrzeniu, ubrany bardzo brzydko, lecz starannie. Za nim dopiero Julka.

Gość ukłonił się nieuprzejmie i obrzucił mię wzrokiem, pełnym nieufności. Pierwszy — zanim Julka zdążyła go przedstawić — podał mi rękę. Sama nie wiem czemu — prawdopodobnie pragnąc przystosować się do środowiska — mimowoli wymówiłam swe nazwisko. On — zamiast zrewanżować mi się w podobny sposób — powiedział: „dziękuję“. [ 37 ]

— Towarzysz Bury — pośpieszyła ze spóźnionym komentarzem Julka.

Wszystko w sumie wydało mi się zupełnie zabawne. Przybysz zresztą w najmniejszym stopniu nie był bury, odznaczał się natomiast zarostem i włosami jasnego koloru. Epitet ten nie mógł również oznaczać analogji z niedźwiedziem, gdyż zwierzęciem, o jakim pomyślałam w owym momencie, był raczej słoń.

Wbrew elementarnym przepisom savoir-vivre’u, zabraniającym rozmowy o nieznajomych wobec osoby trzeciej, zaczęli mówić z Julką o jakimś księciu.

— Przyjedzie napewno przed końcem tego miesiąca — rzekł on.

— Jak to dobrze, jak to dobrze — cieszyła, się Julka, trąc ręce. — Jużeśmy dawno nie mieli nic ciekawego...

— Och, książę zaraz wymyśli jaką sztukę, niema gadania...

Bury śmiał się i pokazywał ogromne zęby.

Przyglądałam mu się ze zdziwieniem. Nie umiałam zdać sobie sprawy, co mianowicie sprawia, że jest on taki szczególny. Twarz miał grubą, chropowatą, uśmiech prawie poczciwy, oczy maleńkie, wyrażające naprzemian to jakąś przebiegłą inteligiencję, to blizką zwierzęcości tępotę, czoło cofnięte, niekształtną czaszkę.

Mówił teraz o jakichś książkach, które komuś zostały odniesione. Wysławiał się z trudnością, tak iż przez czas pewien brałam go za cudzoziemca. [ 38 ]Lekko i hojnie sypał nazwiskami wielu powag naukowych, przyczym używał zwrotów zupełnie niegramatycznych.

Rozmowa przeszła na kwestje polityczne, przyczym udało mi się dwukrotnie zabrać głos. Julka zdania swe wygłaszała łagodnie, tajemniczy pan zaś mówił tonem pewnym, surowym, nie dopuszczającym żadnej wątpliwości.

— Ależ o to idzie właśnie, o to idzie — wpadł nagle na Julkę ze szczególnym impetem — o tych spokojnych mieszkańców... Niech w całym mieście nastanie ciemność, niech nie mają pieczywa, żadnej wiadomości, zamknąć im wodę, zabrać wszystko. Wtedy głód i przerażenie wypędzi ich na ulicę, wtedy z musu przyłączą się, bo nie będą mogli wytrzymać bez zmiany... Będą woleli cokolwiekbądź, niż to, — nawet śmierć... O to idzie, by takich właśnie steroryzować i w ruch puścić...

Popatrzył na mnie przez chwilę przymrużonemi oczami.

— Każdemu może się podobać rewolucja zdaleka, przez okno... Bardzo to ładnie wygląda — poetycznie... Ale niewolno tak... Niech zejdą, niech spróbują sami. Niech wybiorą jedno albo drugie, bo w środku będzie jeszcze najgorzej...

Roześmiał się ze złośliwością, zabawiony widocznie temi apokaliptycznemi rojeniami.

Gdy odchodził, znów w przedpokoju cicho rozmawiał z Julką.

— A cóż za nieznośna bestja — rzekłam [ 39 ]potym do Julki. — Wybacz, że mówię tak o twym gościu, ale doprawdy...

Julka uśmiechnęła się dobrotliwie.

— Nie dziwię ci się zupełnie, Alu. To prosty robotnik — dodała w formie okoliczności łagodzącej.

— Tak? Niemożliwe. Skądże wie tyle rozmaitych rzeczy?...

Julka brała z półki Donkiszota. Wiedziałam już, że grozi mi wysłuchanie paru wyjątków.

— O, oni wiele czytują — mówiła z roztargnieniem. — Zwłaszcza gdy los tak zrządzi, że mają do swego rozporządzenia dosyć czasu...






[ 40 ]Pani Emilja Sępowska przyszła do mnie, zapraszając mię na wieczór dzisiejszy. Mąż jej zapoznał się w jednej redakcji z Zienowiczem — i specjalnie dla niego urządzili przyjęcie.

— Nie ma pani pojęcia, jaki to miły człowiek — zachęcała mię pani Emilja. — Kobiety przepadają za nim. I przytym taka sława. Jestem pewna, że będzie mu się pani podobała, gdyż lubi blondynki.

Przypomniał mi się nastrój owego koncertu — i obiecałam, że przyjdę napewno.

Przyszedszy dziś do Sępowskich, zastałam mimo dość późnej pory bardzo niewiele osób. Pani Emilja objaśniła mię poufnie, że Zienowicz nie lubi tłumu i bawić się umie tylko w gronie szczupłym i dobranym.

W liczbie gości znajdował się ładny i wykwintny starzec, znany przyrodnik, redaktor pisma naukowego, niejaki Obojański, człowiek bardzo światowy i zamożny — z żoną, kobietą najwyżej trzydziestoletnią, oryginalnie piękną, posępną i małomówną. Było dwuch publicystów, z tych jeden zupełnie sławny, poeta Owiński, jeden młody i zdolny malarz, jeden powieściopisarz dawniejszego typu i jeden młodszy, Urowiecki, człowiek bardzo delikatny [ 41 ]i miły, wreszcie dwuch jeszcze panów, nieznanych mi, niezbyt wyraźnie odcinających się od tła, oraz żona jednego z nich, uczesana secesyjnie i ubrana w suknię reformowaną.

Zienowicz siedział zasunięty nieco w róg kanapy z ręką portretowo o poręcz opartą. Gdy weszłam do salonu, powstał wolniej od reszty mężczyzn, tak iż zdążyłam zauważyć jego pozę.

Jak zwykle — z senną, prawie niedbałą uprzejmością przywitałam się ze wszystkiemi. Na Zienowicza nie rzuciłam ani jednego niekoniecznego spojrzenia i usiadłam w innej stronie salonu, nie patrząc na nikogo, jakby nie wiedząc, że goni za mną wiele oczu. Po drodze zadzwoniłam face à main o słup kamienny, dźwigający stylowy wazon, i zrzuciłam biodrem na ziemię zeszyt jakiegoś pisma — w części przez roztargnienie, w części przez świadomość, że popełnianie zręcznych niezręczności stanowi we mnie wdzięk zupełnie szczególny. Oczywiście nie zmieszałam się ani trochę — a jeden z niewyraźnych panów, skorzystawszy z podniesienia gazety, natychmiast zaczął mię emablować.

Bardzo ciekawa byłam Zienowicza i pragnęłam mu się podobać. Przez przewrotność tylko siadłam daleko — dla tego, że on właśnie był ogniskiem rozmowy i uwagi.

Cicha i nikła z początku, po kwadransie uczyniłam wkoło siebie gwar i szum. Kilku mężczyzn odstąpiło od portretowej kanapy Zienowicza i zgrupowało się koło mnie. Nie pamiętam, dzięki jakiej asocjacji opowiadać zaczęłam treść ślicznego [ 42 ]romansu japońskiego pod tytułem „Sześć parawanów“.

Gdy już Misawo i Sakitsi mieli się wreszcie po wielu złych przypadkach połączyć węzłem małżeńskim, Zienowicz podniósł się, zamienił parę słów po drodze z panią Obojańską, królewskim giestem pogładził lewą rękę Owińskiego, coś doń mruknąwszy — i z ledwie dostrzegalnym półuśmiechem na twarzy zatrzymał się przy mnie — niby dla posłuchania rozmowy.

Zamilkłam natychmiast. Po chwili zwróciłam się do siedzącej niedaleko pani Emilji z półgłośnym zapytaniem o zdrowie jej małego syna.

Zienowicz usunął się nieco, powiedział coś Urowieckiemu o technice scenicznej Stanisławskiego, nie doczekał się odpowiedzi — i zupełnie niespodziewanie usiadł na małym krześle tuż obok mnie.

— Pozwoli pani? — zapytał już po dokonanym fakcie.

Skinęłam głową, błądząc jednak spojrzeniem po jasnozielonej kotarze drzwi — bez żadnej rzeczywistej potrzeby.

— Bardzo wiele słyszałem o pani przed poznaniem jej — rzekł gładko, ale z tonem pewnego zuchwalstwa.

Przesunęłam po nim spojrzenie niewidzące.

— Gdybym nie pamiętała, że mówię z literatem, mogłabym słowa pańskie uważać za nieuprzejmość. W naszym świecie bowiem najbardziej szanowane są kobiety, o których najmniej się słyszy.

— Skoro jednak słyszy się rzeczy dobre — — [ 43 ]

Nie odpowiedziałam nic, ani zapytałam o bliższe szczegóły. Z półuśmiechem przyglądałam się zmrużonemi oczami złotym ogniwkom łańcucha, na którym prawie do ziemi spuszczały się moje binokle.

Zienowicz milczał przez chwilę. Wreszcie zaczął znowu:

— Mówiono mi, że pani należy do kobiet bardzo oryginalnych i silnych, żądnych władzy, kapryśnych i nad wyraz niebezpiecznych. Taka sława każdej kobiecie musi być miła.

Odpowiedziałam chłodno:

— Cała oryginalność moja na tym tylko polega niestety, że sława taka byłaby dla mnie niemiła właśnie —

— Ach — tak?

— Pocieszam się jednak myślą, że był to błędny sąd o mnie jakiejś pojedynczej osoby tylko.

— Ten, kto mi mówił o pani, nie mógł się mylić — wtrącił.

— Nie zapytuję pana, kto to był — rzekłam, nie słysząc jego słów. Domyślałam się, że będzie to Sępowska, mąż jej lub ktoś inny, równie mało ciekawy.

— Jeszcze jeden dowód, że pani jednak jest bardzo oryginalna.

— Mianowicie?

— Będąc kobietą, nie jest pani ciekawa.

Odwróciłam głowę z lekkim giestem niezadowolenia. Och — nazbyt już proste to wszystko.

Z pism Zienowicza jednak inaczej go sobie [ 44 ]wyobrażałam. Mądrości było w nich niewiele, dużo jednak talentu i kultury. Zwłaszcza rozczarował mię wobec wrażenia, jakie uczynił na mnie w czasie koncertu. Milczałam.

Zienowicz pochylił się i wziął w rękę moje binokle. Nie zareagowałam na to żadnym ruchem.

— Pani ma krótki wzrok? — zapytał, oglądając ładne obrobienie szyldkretu.

W milczeniu skinęłam głową.

Zienowicz niczym niezrażony — prawił dalej:

— Jakiś autor francuski mówi, że krótkowzroczność jest w kobiecie wielkim wdziękiem. W tym zmrużeniu rzęs jest pewne zalęknienie i zarazem harde, królewskie odgraniczenie się od świata.

Mówiąc, Zienowicz nie przestawał bawić się i obracać w ręku moich binokli. W miarę ruchów jego, łańcuszek od nich przesuwał się po mej odsłoniętej szyi i przenosił konkretnie jego dotknięcie na moje nerwy. Gdy sobie z tego zdałam sprawę — wbrew zwyczajowi zmieszałam się i zaczerwieniłam. W tym momencie pan Zienowicz osiągnął nade mną przewagę.

Przypomniałam sobie, że mówiono mi o nim jako o nieporównanym wirtuozie miłości.

— Ach — to królewskie odgraniczanie na nic niestety się nie przydaje — powiedziałam niby posępnie.

— Czemu?

— Zuchwali ludzie zawsze znajdą drogę do obejścia wszelkich murów. [ 45 ]

Odwróciłam głowę, kryjąc powstrzymywany uśmiech.

Zienowicz zrozumiał. Zamilkł na chwilę — ale nie puścił binokli. Zaczęło mię to już niepokoić i złościć. Ściągnęłam brwi.

— Szczęśliwi, dla których drogą tą będzie droga łaski — powiedział wreszcie głosem aksamitnym, pochylając głowę z wdziękiem księcia wędrownego.

Zdziwiłam się. Nie było w nim teraz śladu zuchwalstwa. W tonie jego pięknego głosu zadźwięczała miękko prawie pokora.

Odzyskałam zupełnie pewność siebie.

— Przyjechał pan do naszego miasta na najciekawsze czasy —

— Tak pani sądzi? Ależ w tym kraju żyć nie można... To nie są miasta — wybaczy pani wyrażenie — to są szlachtuzy. I przytym — co za oświetlenie. Nie pojmuję, czemu socjaliści tak nienawidzą latarni. Kiedy wjeżdżałem do miasta, pryncypalne ulice wyglądały jak mroczne tunele — —

— Naprawdę nie podoba się panu to bohaterskie usiłowanie ściągnięcia przemocą na ziemię nieśmiertelnie pięknych idei — ?

— Dla mnie, jako dla artysty, wszystko to jest w najwyższym stopniu wrogie. Tłum jest głównym wrogiem artyzmu — i chwila, w której zapanuje demokracja, będzie wyrokiem śmierci dla twórców. Sam słyszałem, jednego z przywódców dzisiejszego ruchu, jak wygłosił zdanie, że dla socjalistów niepotrzebni są poeci i uczeni. — O uczonych nie [ 46 ]gniewam się, ale co do poetów — to trudno mi być do tyla objektywnym.

Rozmowa na ten temat stala się ogólna. Wszyscy solidarnie zgadzali się na to, iż sposób, w jaki pojmowana jest przez socjalistów walka ekonomiczna, prowadzi wprost do upadku kultury artystycznej. Obojański ze swej strony stanął też w obronie nauki, odsuwanej w czasach dzisiejszych na plan ostatni. Jest to według niego jedyna prawdziwa droga postępu.

Żona jego, która również nauką się zajmuje, zaoponowała w tym miejscu:

— Przecież sam socjalizm jest teorją ściśle naukową — rzekła.

— Tym gorzej, że socjaliści odpłacają uczonym taką niewdzięcznością — zażartował Zienowicz.

Przy kolacji Sępowska, dbająca zawsze w imię solidarności kobiecej, by każda z pań mogła jak najwięcej flirtować, posadziła obok mnie Zienowicza.

Pod koniec wieczoru stałam się miła, błyskotliwa, fantastyczna i do ostatnich granic roztargniona.

Sępowski pokazywał nam bajeczne wydanie Franceski da Rimini d’Annunzia. Patrząc na książkę przymrużonemi oczami przez szkła, pochyliłam się nizko. A potym, gdy nagle podniosłam głowę, koafiura moja musnęła twarz pochylonego obok mnie Zienowicza. I przy tym najdelikatniejszym dotknięciu przez całe ciało moje przebiegło drżenie lęku.

Podniosłam oczy. Po drugiej stronie stolika, przy którym oglądaliśmy książkę, stała Obojańska i patrzyła na nas. Na moment, krótszy od sekundy, [ 47 ]spotkały się nasze oczy. We wzroku jej uchwyciłam coś, czego nie rozumiem — myśl posępną — chłodny jakiś obrachunek czy projekt.

Zdziwiłam się i zaniepokoiłam. Czyżby tę uczoną, wolnomyślną kobietę obchodziły takie rzeczy? Czyżby miała mi za złe — — ?

Odpowiedziałam zmrużeniem rzęs i bardzo delikatnym podniesieniem brwi w górę.






[ 48 ]Aby wogóle było coś, ludzie wymyślają rozmaite rzeczy. Powiedzą sobie „tak“ — i uważają, że już w żaden sposób nie można powiedzieć „nie“. Każdy ma jakieś coś — i dopiero w przeciwstawieniu do tego wszystko inne może mu się wydawać szare, smutne.

Dla mnie zaś w każdym „tak“ kryje się „nie“. I nie znam nic takiego, coby się było w stanie bezwzględnie przeciwstawić wszystkiemu.

Tęsknemi oczami patrzę wdal — i nic „takiego“ nie widzę. Chłodne mam serce — i nigdy nie będę kochała — i nigdy przeto nie będę nieszczęśliwa. I będę wiodła przez całe moje życie ładną i banalną linję manjery. I będę zabijała w sobie sztucznie fałszywe światła chińskich latarni i ogni Bengalu — jak zimna, przezroczysta woda.

I będę smutnie, samotnie kochała piękno siebie.






[ 49 ]Dziś spotkałam na ulicy panią Obojańską. Ubiera się tak efektownie, że zwraca uwagę przechodniów, co mi się nie podoba. Ponieważ znamy się bardzo mało, ledwie zamieniłyśmy ze sobą parę konwencjonalnych słów, — więc ukłoniłam się jej tylko. Ona jednak podeszła do mnie.

— Witam panią — rzekła, podając mi rękę i patrząc na mnie swemi poważnemi, surowemi niemal oczami złotego koloru. — Niech pani to nie dziwi, że panią zaczepiam, chociaż tak mało się znamy. Podobała mi się pani bardzo — i z urody i z tego, co mi o pani opowiedziała Sępowska. A tak lubię poznawać nowe, ciekawe kobiety.

Wszystko mówiła bez uśmiechu; głosem pewnym i chłodnym.

— Zdziwienie moje byłoby bardzo miłe — rzekłam etykietalnie. — Ale tak rada jestem wyróżnieniu pani, że dziwić się nie miałam czasu. Jeżeli pani życzy sobie zapoznać się ze mną, to może odrazu złoży mi wizytę. Moje mieszkanie jest bardzo blizko. Obecnie, z powodu wyjazdu męża, jestem nieco osamotniona — i uprzejmość pani jest mi tym milsza.

Zrozumiała z tonu mych słów, że nie zbliżymy [ 50 ]się łatwo — mimo to skorzystała z mego zaproszenia.

Przez pół godziny wiodłyśmy chłodną, obcą, bardzo ogólną rozmowę. Jest to kobieta, mogąca nadzwyczajnie zainteresować. Jej uroda i małżeństwo niedawne z człowiekiem niemal zgrzybiałym — wprost niepokoją dziwnym efektem. Przytym nie zachowuje się zupełnie, jak zwykle ładne żony starych mężów. W stosunku do mężczyzn jest niedostępna, nie przez salonową etykietę, jak ja, lecz nieuprzejma, dumna, odpychająca.

Mówi o sobie, niby zwierza się — ale widać, że kłamie — i ten ton kłamliwości podkreśla zupełnie świadomie. Z ponurym, groźnym prawie wyrazem w swych niezwykle pięknych oczach mówi, że jest bardzo szczęśliwa.

— Tak kocham naukę, że całkowicie zapełnia mi życie — powiedziała. A wiem, że jej serce niczego już kochać nie może.

Nie obchodzi jej sława, którą posiada już bezsprzecznie wobec tego, że niewiele kobiet u nas oddaje się nauce. Nie obchodzą ją względy mężczyzn. Kobiety lekceważy tak bardzo, że pewno nie porównywa się z niemi ani rywalizować pragnie. A ubiera się strojnie i piętrzy kunsztownie brunatne swoje włosy chyba dla samej siebie tylko — bo przecież nie dla męża. Wygląda, jak jego najmłodsza córka — i z tego względu stanowią nawet wyjątkowo piękną parę.

Ze wszystkiego, co mówiła ze mną, odniosłam wrażenie, że obchodzę ją tyle właśnie, co les [ 51 ]neiges d’antan ze starofrancuskiej piosenki. Poco przyszła do mnie — nie wiem zupełnie. Nie sądzę, aby nęciła ją gra — a wie przecież, że zbyt silne i wyraźne jesteśmy obie, by nie nastąpiła jakaś scysja. Ja jestem zbyt ambitna i próżna, by uznać jej przewagę — a zbyt opanowana, by walczyć otwarcie. Jest bardzo inteligientna i rozumie to. Nie lubi mnie ani trochę, ponieważ prawdopodobnie nie lubi nic, nie podobam jej się, widzi we mnie kobietę bierną, cichą, dobrze wychowaną, pretensjonalną i pustą. Całą manjerę moją zna nawylot — i nie jest mnie ani trochę ciekawa. A usiłuje skokietować mię, wiedząc, że jednak poznam się na tym. Więc poco?

Będę u niej naturalnie. Nie mam żadnego motywu dla czynienia jej nieuprzejmości.

Używa niesmacznego zwyczaju drugorzędnych pisarek i aktorek, podpisuje się mianowicie złożonym z panieńskiego i obecnego nazwiskiem Dernowicz-Obojańska. O mężu swym zaś mówi: Obojański, albo nawet — pan Obojański.






[ 52 ]Każdy ma swoje credo — wyraźne, nieugięte, nieuleczalne, każdy mówi co innego — i każdemu co innego trzeba odpowiadać. Jest to — jak sądzę — wyjątkowo nieekonomiczne.

Myślę o czasach, gdy drogą ewolucji stosunki towarzyskie tak się zautomatyzują, że dla utrzymania ich wystarczy zapamiętanie pewnej liczby wytwornych, okrągłych zdań. Powstanie wówczas jeden stały djalog towarzyski, który bez zmiany powtarzać będzie można z każdym bez różnicy wieku i płci oraz przez cały ciąg roku, niezależnie od pór jego.

Wtedy możeby się życie działo. Bo teraz jest mówione.






[ 53 ]Rewizytowałam dzisiaj panią Obojańską. Przyjęła mię w wielkim gabinecie, gdzie znajdował się też jej mąż i dwuch jeszcze panów.

Dziwnie rysuje się taka grupa na tle olbrzymich szaf bibljotecznych. Patrząc na przesuwającą się powoli między stosami ksiąg Obojańską, w długiej, luźnej sukni czarnej, mam wrażenie, że się przeniosłam do Aleksandrji. Piękniejszej głowy i rozumniejszych oczu nie mogła mieć Hypatja. W tej oprawie ma postać mądrej, wyrocznej, kultem otoczonej wieszczbiarki. Gdy mówi, pochylają się przed nią siwe włosy. Bardzo dużo umie i przytym jest mądra. Mówią ogólnie, że pod względem samodzielności umysłowej prześciga męża: on jest erudytą i systematykiem, ona zaś podobno już wymyśliła coś nowego i otrzymała zagraniczne odznaczenie.

U siebie była dla mnie znacznie uprzejmiejsza, niż zwykle; nawet roześmiała się parę razy. Czas upłynął mi tam bardzo miło. Bardzo sympatyczny jest sam Obojański — nie dziwiłabym się, gdyby pani Janina naprawdę męża swego nieco kochała. A z zachowania ich możnaby wnosić coś podobnego. Widać, że on dumny jest z każdego jej słowa [ 54 ]i giestu, jej zaś sprawia to przyjemność. Gdy mówi do niego, jest poważna, ale łagodna i słodka. Wogóle ta kobieta zmienia się nadzwyczajnie, gwałtownemi nawrotami przechodzi od dumy do miękkości, od śmiechu do posępnej obojętności i zamyślonej powagi. Przewalają się w niej jakieś wielkie, przygaszone siły.

Mówiłam do Obojańskiego o moim kulcie bezpożyteczności. Umiejętnie udawał, że mu się to podoba i nawet, że go interesuje.

— Ideję tę — rzekł — ślicznie wyraża jedno przysłowie arabskie: „czyń dobro i wrzucaj je do morza“.

Czułam od pewnej chwili na sobie wzrok Obojańskiej. Obróciłam na nią oczy i w twarzy jej ze zdumieniem wyczytałam nastrój, zbliżony prawie do rzewności.

Natychmiast ściągnęła brwi i jej oczy Ateny ze słodkich stały się znowu sowie.

— Jak się pani u nas podoba? — zaskoczyła mię niespodzianym pytaniem, gdy Obojański zajął się dwoma pozostałemi panami.

— Bardzo — odrzekłam. — Tak oryginalnie i stylowo harmonizują się tu ludzie z oprawą — Tylko — —

— Co? — zapytała.

— Właściwie — to nie zarzut. Tylko z mego punktu widzenia — tak mało jest tu życia...

— Ma pani słuszność — rzekła i uśmiechnęła się nawet. — Ale ja nie czuję już tego braku. Tak [ 55 ]wiele, tak bardzo wiele żyłam — więc mnie nie nęci — tamto —

Uczyniła ręką śliczny ruch, mający obejmować to wszystko, co znajdowało się poza murami i oknami jej ciemnego, poważnego domu.






[ 56 ]Lubię zbierać u siebie ludzi według własnego wyboru i gustu i doprowadzać się do doskonałości w sztuce ładnego kłamania. Od wyjazdu męża musiałam z natury rzeczy przyjęcia te ograniczyć i nadać im znacznie mniej oficjalny charakter. Zapraszam tylko ludzi bliżej znajomych, prawie domowych, nowych znajomości staram się unikać.

Poszukiwana zazwyczaj literatura bywa u mnie reprezentowana bardzo nielicznie, gdyż wyznać muszę, że nie lubię tej rasy. Życie ludzi piszących jest odgięciem od literatury ich. Są mało indywidualni, szablonowi, leniwi towarzysko, nazbyt wypowiadają się w swych utworach.

Umiejętność towarzyska wymaga powołania. Istnieje pewien specjalny gatunek umysłowości, nadający się do towarzyskiej kultury. Potrzebna tu jest bystra pamięć, skłonność do uogólnień, łatwość w formułowaniu sądów (najlepiej warunkowych, nigdy apodyktycznych), oraz brak nieugiętych przekonań. Człowiek, posiadający te cechy, w towarzystwie wyda się mądrzejszy i ciekawszy od głębokiego myśliciela albo pisarza, ekspensującego się całkowicie na swą twórczość. Najsmutniejszym ze wszystkich, jakie potrafię sobie [ 57 ]wyobrazić, byłoby towarzystwo, składające się wyłącznie z ludzi rozumnych oraz obywateli.

Na dzisiaj, z literatów, prócz Sępowskich, którzy często przychodzą, zaprosiłam też panią Obojańską. Zaproszenie przyjęła niemal skwapliwie, zato przez cały wieczór była chmurna i milcząca, a gości zebranych darzyła tak ekstraordynaryjnym lekceważeniem, że czułam się prawie urażona. Rozmawiałam z nią ja tylko lub Sępowska, gdyż wszystkich innych odstraszała swemi posępnemi oczami. Dwa czy trzy razy zabrała głos w ogólnej rozmowie — i wbrew recepcie mej wygłaszała twierdzenia tak żelazne, że aż chłodem powiało. Mężczyźni boją się jej, ale zarazem interesują się nią bardzo, ulegają mimowiednie czarowi jej niezwykłej natury. Zauważyłam paru, którzy nawet w rozmowie z inną kobietą usiłują zwrócić na siebie uwagę Obojańskiej i z pod oka śledzą efekt głośniej wypowiedzianych słów. Gdy pod koniec wieczoru okazała nieco przychylności memu sędziwemu wujowi Rosławskiemu, który poza którąś z wymaganych przeze mnie cech towarzyskich — niczym właściwie się nie odznacza, parę spojrzeń spoczęło na staruszku z odcieniem zazdrości.

Jeden z panów powiedział do sąsiada półgłosem:

— Mało jej starego męża — nawet flirty dobiera do siwej maści.

Mimo te fantastyczności, będę nadal zapraszała Obojańską, ponieważ jest ładna bardzo i nie chcę sama w sobie podejrzewać motywów konkurencyjnych. [ 58 ]

Prócz tego na zebraniu wczorajszym stała się jeszcze jedna rzecz.

Mianowicie Sępowscy bez zaproszenia mego i upoważnienia przyprowadzili ze sobą — Zienowicza. Uniewinniał się i tłumaczył z tej niewłaściwości — ale tak pragnął być u mnie. I przytym ośmieliła go pani Sępowska.

Witając go, zrobiłam trochę zdziwienia i zmieszania, chociaż zaraz złagodziłam to uprzejmością. Musiałam jednak zaznaczyć, że uważam za niestosowne, by podczas nieobecności męża, człowiek, mający podobną renomę między kobietami, odwiedzał mię, przychodził bez upoważnienia na zebranie, mające charakter prawie familijny. Odwiedziny jego nie mogą być niezauważone i nie mogą nie wywołać komentarzy.

Poświęcałam mu niewiele czasu, byłam zato bardziej uprzejma, niż u Sępowskich. Chciałam zatrzeć wrażenie zbytniej wesołości owego wieczora, którą mógł wziąć za ośmielenie go. Po raz pierwszy teraz dopiero powiedziałam mu coś miłego o jego utworach — ale etykietalnie i jakby z obowiązku gospodyni.

— Wiem także, że pan pisze wiersze — rzekłam — ale niestety — nie czytałam ani jednego.

— Czemu?

— Ach Boże — wstyd mi wyznać doprawdy. Zeszłym razem był pan tyle uprzejmy, że pan zauważył, jakobym była poetyczna. Otóż to jest zupełna nieprawda. Niech pan sobie wyobrazi, że ja czynię na sobie gwałt, by się zmusić do [ 59 ]odczytania jakiejś poezji do samego końca. Wiersze nudzą mię niesłychanie i poezji nienawidzę z całego serca. Zmuszam się do czytania tylko tych rzeczy, których wprost nie wypada nie czytać (tu była złośliwość, ponieważ utwory Zienowicza uważane są za takie powszechnie) — Słowackiego, Mickiewicza, Norwida — (złagodziłam cios po chwili)... Czytam — i nic nie rozumiem — albo myślę o książętach wędrownych — używam tego określenia zamiast migdałów niebieskich, które jest trywjalne. Czasami także jedna z pań znajomych czytuje mi jakieś stare rymy o kolorycie średniowiecznym, truwerskim lub zgoła sumiro-akkadzkim czy assyro-babilońskim. Bardzo lubię słuchać czytania poezji — bo traktuję to, jak muzykę, którą kocham nadewszystko. Niektóre dzisiejsze liryki znam jedynie z rautowych deklamacji.

— A pan Zienowicz bardzo pięknie czyta swe poezje — rzekła Sępowska.

— Czy tak? — Gdybym się więc nie lękała trudzić pana — —

— Ach nie, pani mi wybaczy, nigdy nie deklamuję w liczniejszym towarzystwie. Jeżeli pani pozwoli, to powiem kiedy coś swojego — ale tylko pani... Dobrze?

Zmieszałam się tym pytaniem.

— Dobrze — wyrzekłam. Chciałam dodać : „może kiedy u państwa Sępowskich“ — ale opuściła mię zwykła śmiałość.

Merci — powiedział z ukłonem głowy: widocznie wziął to za zaproszenie. [ 60 ]

I rzeczywiście — dziś o godzinie drugiej w południe usłyszałam dzwonek — i wiedziałam odrazu, że to on. Byłam zła — i zdecydowana nie przyjąć go.

Ale gdy pokojowa oddała mi jego kartę — znowu zabrakło mi odwagi i kazałam prosić.

Na szczęście była właśnie u mnie starsza siostra męża, kobieta sprytna i światowa. Poprosiłam ją, by asystowała przy tej wizycie, na co zgodziła się chętnie. Pod osłoną tej powagi uczyniłam z siebie coś w rodzaju surowej mniszki.

Nie poprosiłam go naturalnie o obiecaną deklamację, chłodem i powagą dając poznać, że wizyta ma być krótka i etykietalna.

Emilja była wprost zachwycona mym zachowaniem i po wyjściu Zienowicza, który w tej atmosferze nie wytrzymał dłużej, niż dwadzieścia minut, wyrażała mi radość z powodu posiadania tak cnotliwej bratowej.

Sądzę, że Zienowicz więcej nie przyjdzie — i trochę żałuję.






[ 61 ]Dzisiaj na zebraniu u Sępowskich być nie chciałam, wiedząc, że spotkam tam Zienowicza. Ale przysłali po mnie już wieczorem po raz drugi — i poszłam.

Sam Sępowski niezbyt mię lubi, ale zawsze chce, bym u nich była, ponieważ — jak się wyraził — ozdabiam salon. Sępowska była tyle naiwna, że mi to powtórzyła. Naturalnie, że się nie obraziłam. Wolę to, niż gdyby mię lubił ten niemiły człowiek.

Przyszłam bardzo późno, tak iż wszyscy byli już przy kolacji. Chcąc uczynić jak najmniej zamieszania, powitałam gości zebranych tylko ukłonem głowy i prędko zajęłam miejsce obok Sępowskiej, bardzo daleko od Zienowicza, który siedział między mężczyznami, trzymając się wobec kobiet stylu niedostępnego lwa.

Sępowska zmieszała się, tłumacząc, że przestali się już mnie spodziewać i przed chwilą właśnie zasiedli do stołu.

— Ach! — to ja raczej powinnam przeprosić państwa — ale przez dzień cały miałam silną migrenę.

Wymownie przesunęłam ręką po czole — ani [ 62 ]trochę zresztą nie rozpalonym — poto tylko, by pokazać, iż rękę mam równie piękną, jak królowa Anglji, okrutna Elżbieta.

Byłam wyjątkowo ładnie ubrana, do czego zresztą obowiązuje mię rola, jaką mi wyznaczył Sępowski. Z wysoko upiętemi, jasnemi, „jak świeże masło“, włosami wyglądałam tak, iż żadnej ze znajdujących się tam paru dam nie mogło przejść przez myśl nawet porównanie ze mną (Obojańskich nie było). Dzięki temu byłam też wyjątkowo pewna siebie i pozwalałam sobie na wszystko. Przez binokle obrzuciłam wzrokiem cały stół.

Obok mnie z prawej strony siedział jeden malarz, młody jeszcze, dosyć ładny, ale niewypowiedzianie nudny. Doszło mię kiedyś, że, zapytany o sąd, wyraził się o mnie: „rococo“. Postanowiłam go rozbroić i skokietować. Powiedziałam mu parę komplementów na temat jego zmanjerowanych studjów kobiecych. A gdy na skutek tego zaczął z nadzwyczajną pewnością siebie przyglądać mi się arogancko przez rzęsy przymrużone i mówić, że tak subtelnie odczuwam sztukę, palnęłam bez przygotowania:

— Ale poco pan maluje takie już wyjątkowo brzydkie kobiety? Przecież to czyste rococo!

I nie czekając odpowiedzi oszołomionego artysty, wtrąciłam się do rozmowy, prowadzonej w innym rogu stołu.

Na Zienowicza nie spojrzałam ani razu — i do końca wieczoru nie zamieniłam z nim ani słowa. [ 63 ]Gdy wychodziłam, ukłonił mi się nizko. Pożegnałam go skinieniem głowy, nie podając mu ręki.

— Co pani robi z Zienowiczem? — spytała mię cicho Sępowska. — Jak można być tak zmienną i kapryśną?

Uśmiechnęłam się słodko i niewinnie.

— Pan Zienowicz? No — przecież nie mogę ciągle z nim rozmawiać. Gdy się jest, jak ja, słomianą wdową, nie można sobie pozwolić na więcej, niż jednowieczorowe flirty.

— Więc on się pani nie podoba?

— Ach — pani jest niedyskretna. Du reste... mówiłam pani już wszakże, że nie znoszę literatów — czyniąc oczywiście wyjątek dla męża pani —

Naopowiadawszy na wszystkie strony mnóstwo podobnych kłamstw, wróciłam do siebie zupełnie zadowolona.






[ 64 ]

Dzisiaj — w porze na wizytę najzupełniej nie odpowiedniej, nieco zbyt późno mianowicie — przyszła Obojańska.

Ubrana była w aksamitną suknię po kostki bluzkę ciemną z koronek. Była blada i oczy miała szeroko otwarte.

— Dobry wieczór! — rzekła, we drzwiach już zdejmując kapelusz i rzucając go na fotel. — Wiem, że pani się dziwi, więc mówię odrazu: jestem dziś do ostatnich granic zdenerwowana. Mam wrażenie, że całe moje życie wywraca się do góry nogami... I — niech to pani da miarę, jak bezgranicznie, jak nieskończenie jestem samotna — w takiej chwili do pani jednej udać się mogę —

— Rzeczywiście. — Mimo to mogę być tylko dumna — —

— No — tak — — Otóż... A zwracam się do pani dzisiaj, chociaż wiem, że nie jest pani dobra — —

— Zdaje mi się, że obie znajdujemy się już — jenseits...

— O nie — ja już nie... I przyszłam dla tego, że pani za artystyczna, za delikatna jest na to, by być złą — a ja teraz boję się złości, małej złości [ 65 ]radosnej kobiet. Bo nie jestem silna, nie zawsze jestem silna i pełna wiary. — — Pewien bardzo ładny pan wyraził się raz o mnie, że pełna jestem cichego a głębokiego samouwielbienia. Miał słuszność prawdopodobnie, pomylił się w tym tylko, że samouwielbienie to jest bardzo hałaśliwe. W każdej godzinie życia przeszywa mię tysiąc zwątpień — a im więcej jest w nich pogardy dla mnie, tym głośniej i huczniej wyśpiewuję wtedy hymny na własną cześć. W ten sposób zwalczam w sobie rzecz najbardziej zasadniczą i głęboką, rzecz najcichszą właśnie — moją trwogę, ostatnie echo trwogi, podejrzenie nieśmiałe: że wszystkie te skarby duchowe, którym palę kadzidła, są zbieranemi w cudzych domach śmieciami, przez pryzmat pychy oglądanemi jako złoto. — Na dnie samym — słaba jestem i pełna lęku — i wyznaję to właśnie pani. — Sępowska mówiła, że pani jest koronkowa. Ja lubię, żeby wszystko, co nie jest granitem, było koronkowe... I nie lękam się wydać na pastwę pani, chociaż pani tak gra wytrwale ten obojętny, zimny styl, nie boję się uśmiechu pani... Lubię nawet pani uśmiech — taki, kiedy się pani oczy zasłaniają jasnemi rzęsami — —

Na chwilę w głosie jej miękko załamało się prawie rozrzewnienie — tosamo, które już raz zdziwiło mię w jej spojrzeniu.

Przerwałam jej z kolei, prosząc, by usiadła — ale nie posłuchała.

Stanęła przed lustrem długim do ziemi i zaczęła rozpinać swe wielkie włosy, rzucając szpilki na [ 66 ]jasny dywan, jak do wody. W całej prześlicznej figurze jej czaiło się powstrzymywane drżenie.

— Pani jest dzieciak — pani ma dwadzieścia — tak, dwadzieścia jeden lat... Co to jest?... Ach — gdyby na nowo jeszcze raz tosamo życie — — I pani udaje to wszystko — pani kocha życie, męża, chłopców, lubi bawić się, flirtować — i udaje pani taką wyrobioną, blasée... Ale to nic, niech pani tak udaje, pani z tym ładnie. Zresztą — styl właśnie to jest wszystko, co pani posiada — —

Rzucała na ziemię wielkie szpilki druciane i szyldkretowe, półokrągłe grzebienie, zdobione złotem. Na plecy jej, w tył przegięte przez podniesienie rąk w górę, opadł gruby węzeł włosów bronzowych, rozkręcił się, jak żywe zwierzę, i bujnym, ciepłym pasmem jedwabiu spłynął prawie do kolan.

— Ciężą mi, głowa mi pęka — objaśniła tonem objektywnym, półobracając się ku mnie.

Stała w cieniu, dosyć daleko od lampy i w tym półobrocie topazowe oczy jej błysnęły pod światło w sposób dziwaczny, niewypowiedziany. Dotąd nie widziałam tego u ludzi. Źrenica jej przez chwilę stała się zupełnie purpurowa i jasna, jak żarzące się węgle, później błysnęła czystym złotem. Tak błyszczą czasami tylko oczy zwierząt, oczy kota, gdy spojrzy z ciemnego pokoju. Przytym ręce miała podniesione i pławiące się we włosach. W krótkim, ciemnym, matowym ubraniu, przepysznie zbudowana, ze swą południową twarzą, z rzeką włosów wzdłuż grzbietu i tym jasnym, przezroczystym w cieniu, czerwono-złotym połyskiem oczu — wydała [ 67 ]mi się w tym momencie tak niewymownie piękna, że bajeczność tej urody uderzyła mię, jak olśnienie.

Rozpuściwszy włosy, położyła się w kącie salonu na szezlongu, zdala ode mnie, z wyciągniętemi nogami.

— Pani powiem... Właśnie pani... Pani nie zrobi ocząt zdziwionych, pani nie powie: taka uczona, zarozumiała — a przecież — nie udało jej się... Pani — pani Alu... A czy pani wie że ja nauki tej nienawidzę, że ja na całą tę uczoność pluję — pluję! Na sławę pluję! — Ach — pani jest dama, pani jest wytworna, panią szokuje trywjalne wyrażenie — — Ale to przecież jest męka, to jest żywa krew... Nauka — nie, nic mi nie zabrała — ale nic nie dała... Bo przecież ja to tylko jako środek — —

...Ja strasznie kocham jednego człowieka — pani nie będzie stawiała głupich pytań, prawda? — ja strasznie, strasznie, ja do obłędu kocham jednego człowieka... Pani tego nie zrozumie: piętnaście lat. Piętnaście — Teraz mam właśnie trzydziesty rok. Piętnaście lat kocham — i prócz tego żyję, czytam, ubieram się, poszłam sobie zamąż, całowałam tyle ust. Och — nie tak melodramatycznie, żeby „zapomnieć“ — tylko tak, jakoś zdawało mi się, że zapomnę — i tak wypadło... Życie już... Zresztą — mam temperament. Pani się nie pyta, czemu tak staro wyszłam zamąż — i to dobrze, bo ja naprawdę sama nie wiem, czemu... Tak jakoś... Dla tego właśnie, że już nie było do tego [ 68 ]absolutnie żadnej przyczyny, absolutnie żadnej przyczyny — — —

Roześmiała się.

— Pani milczy — pani Alu — jak to dobrze. Jaka pani miła. Pani rozumie, czuje wszystko tym swoim malutkim łebkiem. — Ja jestem strasznie nieszczęśliwa — i pani się nie dziwi i nie żałuje — i nie będzie pani nikomu opowiadała. Pani nigdy nie myślała, że przyczyna tego nieszczęścia jest mąż stary — prawda? Pani rozumie, że co komu może szkodzić stary mąż? No — czyż to nie wszystko jedno, czy mój mąż jest żywy czy umarły, czy jest człowiekiem czy sosną, czy wydzielony jest z przestrzeni pomarszczoną skórą, czy korą, czy sierścią, czy safjanem? Cóż mnie to może obchodzić — niech pani tylko sama pomyśli... Ja jestem nieszczęśliwa — bo tam jest cała nieskończoność poza mężem siwym, książkami, nauką, tryumfami. Gdyby pani miała pojęcie, jak mi to wszystko jedno — nie, nie — jak ja strasznie tego wszystkiego nienawidzę! Dla niego przecież tylko — wszystko dla niego. Przez lata całe patrzyłam w małe szkło mikroskopu — jedno małe okrągłe szkiełko — bo myślałam, że tam gdzieś, daleko, w dawnej ziemi obiecanej, w dziwnym, mroźnym kraju moich dum — dojdzie go wieść — moc zdobyta odzew w nim obudzi... Ale nic — nic —

...Całe życie zamykania powiek, by nie patrzeć, — całe życie lęku, by nie zepsuć tamtego jednym ruchem niezręcznym. I ten ruch wiecznie [ 69 ]hamowany — I to słowo na ustach zamarłe — I tak mijają lata...

...Człowiek zły — obojętny — mądry. Wytworny i zimny, jak odłam lodu. A jednak... Przez tęczową mgłę tych lat, bezmiary, pustynie, oceany wrażeń, męki rozkoszy, uciech, tryumfów, odrętwień letargicznych, rosnącej i dziwiącej sławy, zwycięstw smutnych i radosnych, sielanek i rapsodów — wszystkiego, wszystkiego — czasami rzutem jednym wracam do tamtego, co mi się z pierwszym snem tak nierozłącznie związało. Wszystko to złudą było, ale jam wierzyła — i dzisiaj wierzę jeszcze, choć kłamstwem się stało — — — A gdy przypomnę sobie, mam plastyczną, malarską wizję młodości mojej — tego, co było przed całemi piętnastu laty, tego czegoś, co nie pomieści się w żadnej istniejącej na świecie formule — nietylko określeniu słownym, ale spojrzeniu, pomyśleniu, pojęciu, — tego czegoś, co jest w łące mokrej, jasnozielonej, w muzyce, dochodzącej z drugiego pokoju, w nocy letniej, czarnej, aksamitnej, w narkotyzującej woni kwiatów, rosnących w głębi chłodnego lasu, w balkonie, wychodzącym na ogród z drzewami kwitnącemi, — czegoś nieskończenie innego od małżeństwa, zabaw, pocałunków, sławy — — —

Obojańska nagle wstała, przeszła przez pokój, zatrzymała się przy oknie, odwrócona ode mnie. Mówiła prędko i szorstko.

— I pani myśli, wytworna, zakochana w sobie pani Alu —, że ja tak dla pani... Że ja tutaj... Że ja naprawdę panią jestem zachwycona... — [ 70 ]Parsknęła śmiechem. — Ależ pani sama obchodzi mię tyle właśnie, co...

Les neiges d’antan — wtrąciłam z uprzejmym uśmiechem.

— Tak... les neiges d’antan — powtórzyła prawie jak w zamyśleniu, łagodnie, cicho. — Pani Alu — czy pani wie, poco ja przyszłam do pani, poco tu dziś jestem...

Skręciła się w sobie, jakby ją przejęła jakaś męka. Usiadła na ziemi, potym położyła się na dywanie, twarzą nadół.

— Dziecko — małe, dobre dziecko — mówiła zupełnie miękko. — Bo ja lubię patrzeć na panią — na ten uśmiech delikatnemi wargami — i rzęsy jasne — coś tak podobnego... — No niech pani słucha, niechże pani słucha na miłość boską — i niech pani tylko nie zrobi nic niesmacznego. Pani Alu — ja kocham, ja kocham — nazwisko przez gardło przejść jej nie mogło — brata pani, ciotecznego brata pani — tam — na północy...

— Ros — — ławs — — ?

Zerwała się i usiadła na dywanie, zwracając się do mnie.

— Tylko niech pani nie mówi tego nazwiska! I niech się pani nie dziwi! Niech pani nie mówi tego nazwiska, bo ono jest takie moje, takie tylko moje, jak moje serce...

Przestała mówić — i tylko z pochyloną głową, w cieniu swych włosów przecudnych jęczała cicho przez usta zamknięte, jakby udręczeniem nad siły śmiertelnie zmęczona. [ 71 ]

— Czytałam dzisiaj, że jest już w Berlinie i do kraju wróci za tydzień — rzekłam półgłosem.

— Właśnie, była wiadomość. Ja go nie widziałam równe sześć lat, pani Alu. Miałam w ten wieczór dwadzieścia cztery lata.

Obojańska siedziała dalej na ziemi i zębami przygryzała wargi.

— To strasznie boli, to strasznie boli — szepnęła. — I dłużej tak już nie będę mogła... Zawsze lękałam się — od dnia, kiedy coś takiego głupiego i sztucznego stanęło między nami... I nigdy nie dowiedziałam się, czy kochał mię kiedy — — Gdy go widziałam ostatni raz — przelotnie, przypadkowo — przed sześciu laty — był taki jeden, jeden tylko moment, że chciałam rzucić mu się w ramiona — już nie z namiętności ani sentymentu — tylko przez straszny patos tej miłości, by poznać najsilniejsze wstrząśnienie, jakiego doznać mogę w przeciągu czasu, zawartym między chwilą urodzenia się mego i chwilą mojej śmierci. I ten moment ostatni także minął. — Nie mogę tak już dłużej. Pani Alu — pani to zrobi koniecznie. Pani to zrobi, żeby on tu przyszedł, jak tylko przyjedzie. Taki blizki kuzyn — i przecież ojciec jego bywa u pani. Urządzi pani zebranie — i ja będę na nim. Prawda? Ja chcę, ja chcę koniecznie. Do Obojańskiego Rosławski nie przyjdzie — poszło im o coś, gdy wyjeżdżał na pierwszą wyprawę i — i mogłabym go wcale nie zobaczyć... Niech pani sobie wyobrazi — po tylu latach. Pani [ 72 ]to zrobi. Spotkam go tu przypadkowo — i powiem mu, tym razem powiem, napewno mu powiem — —

Gdy przyrzekłam jej uczynić, co chciała, zerwała się i radość dzika, gorączkowa zapaliła się w jej oczach. Chodziła po salonie prawie w skokach, jak pantera. Biła w ręce lub krzyżowała je na piersiach.

— Wierzę, sama nie wiem czemu — teraz już wierzę napewno. Zdaje mi się, że stoję już na progu tej krainy szczęścia. Pani Alu — pani też pewno tak myśli. Przecież nie można przez całe życie nie zdobyć tego, co jest jedynym motywem i usprawiedliwieniem tego życia. Przecież nie można nie zdobyć tego, czego się pragnie nad siły własnej potęgi pragnienia. Przecież to niemożliwe — pani to rozumie — przecież ja mam piękność i myśl i sławę. — Pani nawet nie wyobraża sobie, jakie ja mam prześliczne ciało — niemożliwe, by to wszystko miało być tak zupełnie bezpożyteczne, by to wszystko — choćby teraz dopiero — nie kupiło dla mnie szczęścia. Ja przeznaczenie w tym czułam od pierwszego zamienionego słowa, to było jasnowidzenie mego dzieciństwa.

Uniesienie jej wyczerpywało się. Stopniowo smutniała.

— Tyle lat — bez szczęścia. Jak żal... Treścią życia mojego był — a widziałam go przez godzin parę na długie lata... Jeden jedyny mit — na wszystkie dni. Jeden jedyny sen — i bez granic [ 73 ]piękne marzenie. Meteor — blask — lot — dziw — Na wszystkie dni żywota.

Zakryła oczy obiema rękami i zaczęła płakać głośno i naiwnie, jak dziecko. Że sen jej życia był zawsze tylko snem.

Chwilę siedziałam cicho — zmieszana, lękając się obrazić ją jakiemiś banalnemi słowami uspokojenia.

Potym wstałam, przyszłam do niej i przytuliłam głowę do jej ramienia.

— Taki śliczny jest pani mit — rzekłam miękko.

Opuściła ręce na kolana i przeciągle patrzyła w moje oczy. Kremowe powieki, delikatnie zaróżowione od płaczu, zesuwały się coraz węziej na promiennym blasku jej źrenic topazowych, które wpijały się we mnie poprzez mrok rzęs brunatnych, splątanych, wilgotnych jeszcze od łez, spojrzeniem niewymownej słodyczy i jarzmiącego upojenia.

— Czytała pani Louys’a „Amie complaisante"? — zapytała cicho.

— Może — — Tak — — rzekłam, czerwieniąc się w półmroku.

— Gdzie rówieśnica Selenis mówi do Bilitis: jestem Lykasem, zamknij tylko oczy... oto ramiona jego i usta...

Spuściłam głowę.

— Niechaj mi pani będzie dziś dobrą Selenis — szepnęła cicho, słodko i władnie, jak pokusa. — [ 74 ]Tylko ja oczu nie zamknę, by widzieć pani rzęsy jasne i usta, podobne do jego — — —

Objęłam jej szyję rękami i całowałam ją delikatnie. A ona z odgiętą wtył głową, piersiami ocierając się o moje piersi, rozchylonemi wargami piła moje pocałunki, jak wodę życia.






[ 75 ]Julka zabrała mię wczoraj do Daseckich, gdyż tam jedynie mogłam zobaczyć się z Janem bez tej zdecydowanej ostentacji, którą pociągnęłoby za sobą umówione i przygotowane spotkanie u Julki. Sama wolałam, by znajdowała się między nami większa przestrzeń oraz pewna liczba ludzi. Daseckich znałam dawniej, potym zapraszali mię często przez Julkę — zresztą to ludzie nie uważający na formy — więc choć zerwałam te stosunki od wyjścia zamąż, mogłam iść do nich śmiało, nie lękając się niestosowności.

Weszłam cicha, potulna, roztargniona — pamiętając, że ci ludzie mimo wszystko za złe mi mają to, co było z Janem. Kochają go tam prawie jak syna.

Kilka, czy może kilkanaście ciemno i źle ubranych osób, skupionych starannie w małym tak zwanym „saloneczku“, jak wyraziła się Dyzia, dorosła córka państwa Daseckich. Na lampie, trzymanej przez żelaznego Hiszpana, abażur z czerwonej bibułki. Nastrój jest serdeczny, rodzinny, gdyż właśnie Jan jest z narzeczoną. Wieść o zaręczeniu się jego pozwoliła mi Julka usłyszeć dopiero tutaj, [ 76 ]by zgnębić moją ambicję. Ten przejaw jej dobroci możnaby nazwać pedagogicznym.

Przyczaiłam się, jak mogłam najniewinniej. Odzywałam się mało — poczciwie, nawet tkliwie skarżyłam na osamotnienie, w jakim pozostaję po wyjeździe męża. Z Janem nie mówiłam, gdyż siedział daleko — przy narzeczonej. Nie patrzył na mnie, chociaż musiał wiedzieć, że przyszłam dzięki temu, co mi mówiła Julka. Wogóle był koło mnie nastrój tryumfu i poskromienia złej i próżnej kobiety. Nawet w oczach narzeczonej Jana, suchej, sepleniącej, ostentacyjnie zakochanej, wyczytałam pobłażliwe rozczarowanie wraz z naiwną radością zwycięskiej rywalki. Rozmawiając, prowokacyjnie nachylała się ku głowie Jana, jakby chciała w ten sposób zadokumentować, że on jest jej.

Ten nastrój potrafiłam utrzymać przez połowę wieczoru. Rozmowa wiodła się bardzo różnorodna. Zwłaszcza mocne uogólnienia wygłaszała pewna dama w okularach, z włosami bezwzględnie skręconemi z tyłu głowy w maleńki kłębuszek. Ponieważ w kwestjach, tyczących wydarzeń chwili ostatniej, używano charakterystycznego żargonu, spytałam Julki, czy należą do partji.

— Nie wszyscy. Przeważnie są to tak zwani sympatycy.

— Boże — jacyż antypatyczni — pomyślałam cicho.

Naogół są to ludzie inteligientni, jasno myślący, nadzwyczajnie jednostronni, świadomi celów, środków i sił, zrównoważeni umysłowo, choć uczuciowo [ 77 ]zapalni — ale tak dalecy od estetyki, iż światło piękna iść musiałoby ku nim przez całe lata, jak światło gwiazdy.

Gdy był jakiś zamęt, sama podeszłam do Jana i wymówiłam parę konwencjonalnych słów powinszowania dla obojga narzeczonych. On chłodno dziękował i popatrzył na mnie tak dziwnie zgaszonemi oczyma, że się zlękłam. Panienka natomiast odpowiadała mi szybko, uśmiechając się często, przyczym, zwracając się do mnie, nazywała swego narzeczonego „Jasiek“, czym wprowadziła mię w pewien łagodniejszy rodzaj stuporu. Po chwili — chcąc zapewne okazać ufność we własne siły oraz miłość narzeczonego — odeszła niepostrzeżenie do panny Daseckiej i zaczęła ją prosić, by zaśpiewała. W tej sferze bowiem, gdy tylko ludzie zbiorą się, obowiązkiem każdego jest pokazać wszystko, co umie; nie liczą się z tym, że o ile ktoś pragnie słuchać muzyki lub śpiewu, to pójdzie na koncert lub operę i ma to wszystko w lepszym gatunku, przychodząc zaś na prywatne zebranie okazuje tymsamem, że chce tylko rozmowy. Osobiście nie cierpię wszelkich produkcji salonowych — i dla tego podobało mi się, gdy Zienowicz na mą zdawkową propozycję zadeklamowania odpowiedział odmownie.

Zostałam z Janem. Czułam w nim zaciętość dziwną, chłód prawie nieuprzejmy. Nie patrzył na mnie. Mówiliśmy dość ogólnie o rzeczach obojętnych.

— Bardzo, bardzo rada jestem — rzekłam, [ 78 ]wracając do sprawy jego zaręczyn — i raz jeszcze winszuję serdecznie.

Przyglądając się twarzy jego, konstatowałam ze zdziwieniem, że tak bardzo się zmienił. Przed dwoma laty było w nim jeszcze tyle młodzieńczości i jakiegoś nieśmiałego fanatycznego ognia. Teraz stał się spokojny, zrównoważony, świadomy celów — jak ci wszyscy tutaj. I jak u tych wszystkich, zdawało mi się, że jest w nim nastrój tryumfu nade mną, łaskawego przebaczenia. To spostrzeżenie zirytowało mię.

— I nawet — wyznam — zazdroszczę panu miłości — powiedziałam.

Jan zmieszał się lekko.

— Pani to mówi? Wszakże i pani — — —

Uśmiechnęłam się łagodnie, z niewinnym wyrazem podnosząc brwi.

— Ach Boże — ja... Przecież ja ani przez chwilę nie kochałam mego męża — wówczas, gdy wychodziłam za niego...

Podniósł na mnie oczy, rozszerzone nagłym zdumieniem. Patrzył przez chwilę — i nagle zmienione rysy jego wyraziły taką bezgraniczną mękę, długo tłumioną, taki obłęd przerażenia, że zadrżało mi serce.

— Alu — wyszeptał — to prawda?!

Chciałam roześmiać się, ale nie mogłam.

— Pan będzie szczęśliwy, ależ pan będzie szczęśliwy — powtarzałam.

Zaczęto patrzeć na nas. Jan był zmieniony. Wtedy już roześmiałam się głośno i zemściłam się [ 79 ]za nastrój całego wieczoru. Mignęły mi w brzydkim tłumie nieco przelęknione oczy Julki.

— Byłoby mi bardzo miło ujrzeć oboje państwa u siebie — rzekłam jeszcze do Jana. — Należy mi się to, jako starej mężatce...

Przeszłam się po salonie z mym zwykłym, niedbałym, patrycjuszowskim giestem: szukając przyszłej żony Jana, przyłożyłam binokle do oczu, znalazszy zaś — puściłam je z taką fantazją, że z łoskotem uderzyły w poręcz prymitywnego sprzętu, który tu zarozumiale nazywano krzesłem. Nietrzymany tren sukni szumnie wlókł się za mną, zawadzając o nogi owych sprzętów oraz spoczywających na nich dam i panów.

— Przyjdzie pani do mnie z panem Janem, prawda? — mówiłam słodko do szczęśliwej narzeczonej.

Ona straciła już pewność siebie.

— Owszem i owszem, proszę pani — rzekła.

Kręciłam się swobodnie po pokoju. Przerzuciłam nuty na pulpicie.

— Czemu pani nie śpiewa? — spytałam przez całą długość salonu panny Dyzi.

Podeszła do mnie.

— Dziś — jakoś — nie jestem przy głosie — tłumaczyła się z nieszczęśliwą minoderją.

— I ja także śpiewam — rzekłam.

Zdawałam sobie sprawę z tego, że mimo swobody zewnętrznej, jestem bardzo zdenerwowana. Ogarnął mię nastrój męczący, ekstatyczny. Zapragnęłam nagle całą wolą swego kaprysu porwać ten [ 80 ]racjonalny, obcy, nieprzyjazny tłum w inną stronę, narzucić mu przemocą podziw dla rzeczy ładnych i niepożytecznych, zelektryzować wizją złotego kraju, kraju, o którym opowiada un poète ayant fait un voyage de rêve, wizją jasnej gwiazdy miłości, gdzie nigdy nie dzwoni godzina rozstania, gwiazdy miłości, gwiazdy upojenia.

Usiadłam przy fortepjanie i, wbrew przekonaniom własnym, zaczęłam śpiewać — zanim nawet ktokolwiek zdążył mię o to poprosić. Mój lekki, dobrze wyszkolony, łatwo wyginający się głos — z pewnym zdumieniem obijał się o nieładne ściany i obrazy. Byłam dziwnie podniecona — i w śpiewie mym, zwykle chłodnym, dźwięczało tym razem upojenie ekstatyczne.

 

On y entend le soir échanger sous les arbres
De fous baisers, troublants le calme de la nuit...
Auprès de l’eau glissant sur la fraîcheur de marbre
Les femmes font goûter leurs lèvres, comme un fruit.

C’est l’étoile d’amour,
C’est l’étoile d’ivresse —
Les amants, les maîtresses
Aiment la nuit, le jour...
Un poète m’a dit, qu’ll était une étoile,
Où l’on aime toujours...


Gdy odwróciłam głowę i stojąc słuchałam pochwał Dyzi i paru innych pań, ujrzałam stojącego we drzwiach od przedpokoju nowego przybysza, [ 81 ]który odbijał jaskrawo od całego zebrania, był przystojny, bardzo dobrze ubrany, wyświeżony i miał przez klapę ubrania przeciągniętą gałązkę konwalji. Czekał widocznie, aż skończę śpiewać — a teraz witał się ze wszystkiemi.

— Skąd oni wytrzasnęli takiego szykownego chłopca? — mignęło mi w myśli, gdy pani Dasecka z lekkim odcieniem dumy w głosie przedstawiała mi nieznajomego.

Ukłonił się i popatrzył na mnie przez krótką chwilę, nic nie mówiąc. Później stanął oparty jedną ręką o fortepjan i o czymś wesoło rozmawiał z Janem, śmiejąc się półgłosem, serdecznie. Jan opanowywał się, uśmiechał i chociaż starszy od tamtego — wydawał się pełnym szacunku i zależności.

W salonie zrobiło się cicho i większość oczu zwrócona była na przybyłego. Nazywano go „książę“, co — jak się wkrótce domyśliłam — było jego pseudonimem, który raz już słyszałam u Julki. On nie mieszał się zupełnie zwróconą uwagą, mówił wciąż z Janem, pochylony ku niemu, giestykulując okrągło, poruszając się i wyginając z wdziękiem, bezustannie, jakby nie umiejąc opanować wyrywającej się nazewnątrz młodzieńczej, pulsującej energji życia.

Odrazu usunął mię na drugi plan. Ale nie byłam zła. Sama patrzyłam z zaciekawieniem i uśmiechem w oczach.

Po chwili podeszła do nich Julka i zaczęła coś mówić poważnie. Z twarzy księcia z błyskawiczną [ 82 ]szybkością znikł uśmiech. Zmarszczył brwi. Pomilczał chwilę — i później wyrzekł parę słów, których Jan i Julka wysłuchali w skupieniu, z oczami, wbitemi w jego oczy.

Wniesiono herbatę. Uczynił się gwar i ożywienie, w którym towarzystwo zrównało się i pomieszało zupełnie. Do końca wieczoru trwała ogólna rozmowa o wydarzeniach politycznych. Nowy znajomy mówił płynnie, jasno i dosyć mądrze. Wydał mi się bardzo młody, sądzę jednak, że musi być starszy, niż zdradza to jego powierzchowność.

Wracając do domu, zapytałam Julki, kto to jest.

— Bardzo wielki człowiek — rzekła poważnie i nie chciała się wdawać w bliższe określenia.

— Podobał mi się — taki żywy i młody — rzekłam. — Chciałabym go skokietować...

Julka roześmiała się.

— Także trafiłaś! To nie to, co Jan. Ten człowiek ani patrzy na kobiety...

Ta ostatnia wiadomość oraz przypomnienie Jana sprawiły, że się zachmurzyłam.

— Poco ty mię tam właściwie zabrałaś, Julko? — rzekłam. — Nic dobrego nie uczyniłam przyjściem swym napewno —

— Ja sama teraz żałuję — rzekła ona.

Chwilę milczałyśmy.

— A narzeczona jego — czy także należy do was?

— Teresa — Naturalnie! Gdybyś poznała ją [ 83 ]bliżej, napewno podobałaby ci się bardzo. Trudno wyobrazić sobie podobne zaparcie się siebie na korzyść sprawy. Niema w tej duszy ani cienia egoizmu —

— Poznam ją, gdyż pewnie przyjdzie do mnie.






[ 84 ]Dziś w nocy toczyła się taka rozmowa:

— Malutkie moje serduszko, czy bardzo chciałobyś pokochać?

— Okropnie, ale to poprostu okropnie.

— A kogo?

— Jednego pana.

— Czy nie mojego męża?...

Serduszko parsknęło śmiechem.

— Wymyśliłaś... także!...

— Prawda. To głupi pomysł. Może więc pana Zienowicza?

— Jego lepiej nie...

— Jego nie?... A Jana?...

— Nie mogę: on kocha ciebie...

— No więc kogo?

— Jednego pana.

— Ładny czy brzydki?

— Nie wiem.

— Dobry czy zły?

— Nie wiem.

— Blondyn czy brunet?

— Nie wiem... [ 85 ]

— Ach, głupiutkie serduszko, samo nie wiesz, kogobyś chciało kochać.

— Wiem.

— No to kogo?

Serduszko wybuchnęło płaczem. Małe, głupie — i takie biedne...






[ 86 ]Jest we mnie pustka i nuda. Mam wrażenie, że mię osuszono sztucznie, jak jeziora holenderskie.

A ludzie mają tę zaletę, że jednak mówią. Mówią długo, niezmordowanie. Później myśli się o tym, co mówili, przypomina się różne wesołe głupstwa, uogólnienia, błędy gramatyczne... I w rezultacie można zasnąć.

Prawie wszyscy mówią źle. Najczęściej ten zwrot: „mądrzejszy, jak on“, „mniejszy, jak tamten“... Nie mogę tego wprost słuchać — i przynajmniej doznaję silnego wrażenia. Przytym ludzie są tak niedyskretni, że pytają czasami, czy tęsknię za mężem. To także sprawia mi rozrywkę. Z takich względów ciągle potrzebuję towarzystwa.

Wszystko to zresztą jest okłamywaniem siebie. W rzeczywistości zaś rzecz przedstawia się jak następuje:

Przed paru dniami przyjechał kuzyn mój, Rosławski. Wczoraj z papą swym złożył mi wizytę. Nie widziałam go bardzo długo i patrzyłam, jak na nowego znajomego. Patrzyłam z wyjątkową [ 87 ]uwagą. I mimo szczerych chęci, nie znalazłam nic szczególnego. Ani trochę podobny nie jest do mitu o sobie. Przez godzinę opowiadał bezbarwnie i sztywno wrażenia z odbytej wyprawy. Z jednakowym półuśmiechem mówił o śmierci jednego z towarzyszy, o obyczajach pingwinów, o niebezpieczeństwach żeglugi między lodami. Jest wytworny wytwornością wysokiego urzędnika, nie arystokraty. Taki pan, którego zawsze można spotkać w każdym wagonie każdej drugiej klasy każdego kraju.

Właściwie jednak — nie o to mi idzie.

Otóż ponieważ przyjechał Rosławski, muszę dotrzymać przyrzeczenia, danego Obojańskiej — i we czwartek najbliższy urządzić niewielkie przyjęcie.

Na którym nie będzie Zienowicza.

To właśnie jest najważniejsze, to jest cały ów mój smutek. Bo nieprawdą jest naturalnie, by Zienowicz nic mnie nie obchodził. Przeciwnie — interesuje mię i pociąga więcej, niż ktokolwiek. A nie był u mnie od czasu owej fatalnej wizyty z Emilją.

Jestem bardzo nieszczęśliwa, ponieważ okropnie chcę posłać mu zaproszenie, a wszystkie moje szlachetne instynkty burzą się przeciwko temu. Nadewszystko jestem ambitna, chociaż nigdy nie znać tego po mnie. I głównie z tego względu nie należę do kobiet „wyzwolonych“. Parę razy w życiu widziałam, jak to wygląda. Dla kobiety ambitnej [ 88 ]mniejszą ofiarą jest ulec mężczyźnie, niż dać mu poznać, że wolno mu o to się starać.

Z drugiej znów strony nie jestem w stanie dłużej nie widzieć Zienowicza. Do niepohamowanej złości doprowadza mię myśl, że z taką łatwością poddał się moim okrutnym wyrokom.






[ 89 ]Korzystając z pogodnego, mroźnego dnia, wyszłam na spacer. Nizkie, białe słońce wlało nieco elektryczności w moje nerwy. Opuściłam pierwszorzędną dzielnicę, gdzie spotykałam znajomych, i zaczęłam się błąkać w nieznanych prawie stronach, które wydają mi się zamieszkałe jakby przez inną zupełnie narodowość, prawie inny gatunek ludzki. Maleńkie, wązkie, wysokie kamieniczki, w których gnieździ się zduszone, zgarbione życie, jak gdyby staremi, zbyt ciasnemi formami zatrzymane w rozwoju.

Zamiast rozmyślań o naszej minionej świetności historycznej błąkały mi się po głowie pozbawione sensu spostrzeżenia i wnioski. Perswadowałam sobie mianowicie, że Zienowicz jest jedynym człowiekiem, którego — mną nawet będąc — kochać można. Bo jest w nim nurt jakiś, który nie szuka trywjalnych przejawów zewnętrznych w sztucznym demonizmie lub prowokacyjnej bohemji. To właśnie, że jest na pozór tak bez zastrzeżeń podobny do wszystkich przeciętnych, kulturalnych ludzi, każe przypuszczać napewno, że duszę ma odrębną i wytworną.

Na skutek tego ostatniego wniosku, dość słabo [ 90 ]zresztą umotywowanego, wręczyłam napotkanemu posłańcowi kopertę adresowaną do Zienowicza, zawierającą bilet z inwitacją na wieczór jutrzejszy. Po dokonaniu tego rękoczynu przyszła mi refleksja, że bilet ten, który nosiłam w ręcznej torebce już od czterech dni, przyniosłam w te okolice z dzielnicy znacznie bliższej mieszkania Zienowicza, że skutkiem tego posłaniec uczyni z tym biletem w pewnym stopniu drogę powrotną i że przeto jakaś określona suma energji w przestrzeni zostanie bezużytecznie zmarnowana.

Po tej refleksji przyszła druga: że wogóle niepotrzebnie pisałam do Zienowicza, który jest sławny, poszukiwany i względami kobiet zepsuty.

A po tej — trzecia: że nie można kochać człowieka, którego się z całej duszy niecierpi.






[ 91 ]Jest to czarowny stosunek między mężczyzną i kobietą, którego nie psuje miłość. Jest w nim namiętność zakwefiona, nie stępiona tkliwością, nie osłabiona zbliżeniem, jest wrogość, nie dopuszczająca odkrywania stron słabych, wzajemne hiperbolizowanie się, prowadzące do szczytów patosu.

I oto siedzę sama w domu mojego męża, nie kochająca go i nie kochana przez niego — i zabijam się tęsknotą upartą i bezsensowną za człowiekiem obcym mi i dalekim, którego nie kocham także. Jest to zabawne zarazem i nieznośne.

Nie jest mi smutno — och, nie. Chodzę sobie tak po tym domu, przypominam niektóre rzeczy, wącham białą, lubieżną tuberozę na długiej, okropnie długiej łodydze, którą mi przysłał przedwczoraj Zienowicz. Z dniem każdym bardziej pachnie. Stoi pijąca wodę czystą z szklanego, przezroczystego wazonu formy wytwornej, zaokrąglonej, jak biodra kobiety, która nigdy nie miała dziecka. W wazonie tym ofiarował mi mąż mój niesłychanej kosztowności i rozmiarów bukiet w dzień pierwszych mych urodzin z czasów narzeczeństwa. Dziś [ 92 ]stoi w nim jedna tuberoza — i pachnie bardziej upajająco od wszystkich tamtych kwiatów. Spostrzeżenie to ma pewne alegoryczne znaczenie: mianowicie cała epoka mej pseudomiłości, obejmująca narzeczeństwo i pożycie małżeńskie, nie dała mi tyle rozkoszy, co choćby ta jedna krótka chwila, gdy czułam na nagim karku ciepło ręki Zienowicza, przeniesione ogniwami złotego łańcucha — symbolu słodkiej niewoli, w którą mię brał, — i na powiekach spuszczonych chłód jego oczu, konstatujących efekt. W porównaniu tym jednak niema nic smutnego.

Ani też bolesna jest mi tęsknota za Zienowiczem. Całuję zmysłowe płatki tuberozy, z zamkniętemi oczami, wyobrażając sobie, że to są — jego usta. I umieram z upojenia.

Bilet, który posłałam do niego, był aktem oddania mu się w niewolę. Wiedziałam o tym, gdy to pisałam. I już wtedy zdecydowałam się na wszystko to, co staje się obecnie.

Gdy przyszedł na wieczór ów — zachowywał się tak, jakby nic się nie zmieniło. Grał nawet pewne onieśmielenie i manifestował wyraźnie szacunek w ogromnej ilości i najpierwszego gatunku. Zato czasami w oczach jego, gdy patrzył na mnie, prężyła się leniwie taka zdumiewająca pewność siebie, że serduszko moje ziębło ze strachu.

Od tego wieczoru przychodzi często, co dni kilka i prowadzi ze mną „literackie“ rozmowy. Porozumiewamy się doskonale w dziedzinie kultu piękna zarówno, jak w dziedzinie mądrej gry [ 93 ]życia. Ale w tym, co nas łączy, niema ani trochę przyjaźni. Chłodne słowa nasze oplata subtelna, złota siatka myśli niepokojących, uśmiechających się nęcąco z poza zasłon o fałdach sztywnych, stylizowanych.

Pomimo rozumienia się nawskroś, zależność moja od tego człowieka jest tylko zmysłowej natury. Dla tego niewola moja kończy się z chwilą, gdy go niema.

Ale niewola słodka jest dla chwiejnej, delikatnej duszy kobiecej. Dla tego każdego dnia, gdy nie widzę Zienowicza, tęsknię za moją niewolą.

Poza moją pięknością i celle mojego życia najbardziej kocham na ziemi czar nieprzeparty zwodnej gry i słodszy jeszcze czar zapomnienia nawet o grze — dla płomieni ciała. Dla tej najwyższej i jedynie realnej rozkoszy, którą tak nieopatrznie natura dała człowiekowi, nie przypuszczając pewnie ani na chwilę, jak bardzo bezcenny dar ten przeciw niej samej się obróci.

Ludzie wcześniejszej formacji, bijący się o kraty zbyt prostych i łatwych przeciwstawień, lękają się czaru grzechu i w ekspjacjach znajdują wytchnienie po orgjach, w pogardzie życia opłatę za jego rozkosz.

Ja zaś za dobrze wychowana, za inteligientna, za wytworna jestem, by po gorszych od pocałunków spojrzeniach Zienowicza czuć niesmak — ową zresztą najłagodniejszą formę „żalu za grzechy“. Niechaj [ 94 ]sentymentalne mieszczki spowiadają się dla otrzymania rozgrzeszenia. Moje rozgrzeszenie jest w tym, że grzeszę ja.

I nie potrzeba mi pokuty. Grzech jest dla mnie sam w sobie pokutą największą.






[ 95 ]Poszłam ku oknu otworzyć lufcik. Stałam w wązkim przejściu między storą, żardynjerą, grzbietem szezlongu i słupem białym, na którym stała palma.

Zienowicz w milczeniu stąpał za mną i stanął, gdy ja stanęłam — w ten sposób, że zupełnie zamknął mi odwrót. Z zewnątrz mogło to wyglądać, że pragnie mi pomóc.

Długo otwierałam lufcik. Zrobiło mi się nagle duszno, ciasno, gorąco. Mroźne tchnienie zimowej nocy, wdzierając się w ciepłą atmosferę pokoju, paliło mi piersi.

Nie mogłam wykręcić się na tej przestrzeni, bałam się właściwie. Musiałabym w takim razie poprosić go wyraźnie, by się usunął — spotkać z jego oczami — i wtedy stałoby się napewno to nowe, konkretne, wtedy ja sama wolałabym raczej schować się w jego rękach obejmujących, niż męczyć się dłużej tą walką nerwów, przechodzącą już moje siły —

Mąciły mi się myśli. Stałam tak — bez ruchu, zamierając wprost z oczekiwania, pełnego męki i rozkoszy. Była cisza i natężała się do takich granic, że byłabym krzyknęła, by się to jakoś skończyło wreszcie. Chociaż dotąd zapanować umiałam nad każdą sytuacją. [ 96 ]

Zienowicz zmógł mię — i nie skorzystał ze zwycięstwa. Po chwili cofnął się o krok i rzekł chłodno:

— Czemu pani trudzi się sama? Byłbym przecież otworzył, gdybym wiedział, o co pani idzie —

Odsunęłam z nad głowy kotarę i wyszłam z pośród kwiatów. Ze spuszczonemi oczami ominęłam go, czując na całej swej postaci spojrzenia jego, jak ślizgające się języki ognia.

I kiedy w nocy myślę o tym, przejmuje mię rozkosz niewypowiedziana. I żal mi prawie, żem w ten wieczór nie dała powiek mych oczu trwożnych jego słodkim, władnym pocałunkom.

A w czasie dnia staję czasami u okna — w tymsamym miejscu — między kwiatami — i doznaję fizycznego niemal przypomnienia tamtej chwili... Powieki spadają mi same na oczy, obłąkane marzeniem. Odwracam się już tym razem, ręce wyciągam sama — i całuję chłodne, gładkie liście więzionych roślin, wargami gorącemi obejmuję chłodne, gładkie liście więzionych roślin — — —






[ 97 ]Rozmawiałam dziś z jednym ze znajomych panów, wolnomyślnym i racjonalnym. O różnych rzeczach, o miłości i progresie — także. Między innemi na moje teoryjki wyraził się tak:

— W przyszłości będzie panowała wolna miłość, a nawet wolna chuć. Ale zabawy w tym być nie może.

W takim stanie rzeczy byłabym już oddawna kochanką Zienowicza, co byłoby przecież równie nieprzyzwoicie, jak nierozsądnie. A cała ta urocza pochyłość, wiodąca, jak do otchłani — do tego, co może nie jest w rzeczywistości nawet — pasterską doliną?...

Dla mnie najcenniejsza będzie — wolna gra.

A przecież nie jestem zła, skoro nie wierzę w zło.






[ 98 ]Gdy rozmawiałam z Zienowiczem, przyszedł niespodzianie Jan. Nie widziałam go od wieczoru u Daseckich.

Przywitałam go życzliwie, niemal serdecznie, co trochę zdziwiło Zienowicza.

— Czemu jednak nie z narzeczoną według obietnicy? — zapytałam.

Jan nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko, jakby reagując na pozbawioną treści uprzejmość — i jednocześnie pobladł.

Popatrzyłam nań uważnie — i nagle serce zabiło mi z przerażenia, a do oczu podstąpiły łzy. Zrozumiałam.

Był bardzo krótko i widocznie męczył się rozmową. Gdy odchodził, odprowadziłam go do przedpokoju, chcąc wynagrodzić mu to nieostrożne pytanie.

— Boże, Boże — dla czego pan to zrobił, panie Janie? — mówiłam półgłosem.

— To nic, tak jest lepiej — odpowiedział.

Stał przez chwilę w milczeniu, nie żegnając się jeszcze. Byłam blizka płaczu, myśląc o tej nieładnej kobiecie, w której nie było „cienia egoizmu“, tylko zaparcie się i poświęcenie, i która z taką [ 99 ]naiwną miłością mówiła „Jasiek“. Po raz pierwszy uczułam coś dziwnie przykrego i gorzkiego, co pewno nazywa się wyrzutami sumienia.

— Właściwie przyszedłem do pani z interesem — rzekł Jan. — Towarzyszka Julja mówiła mi, że pani pragnęłaby czymś się zająć, przyłączyć się do nas. Ona jest temu przeciwna — właśnie ze względu na panią, twierdzi że jest to wprost sprzeczne z organizacją i teorjami życiowemi pani. Ja sądziłbym inaczej. Z natury jest pani szlachetnym człowiekiem, tylko środowisko, w którym pani żyje, demoralizuje panią w najwyższym stopniu. Trudno zgodzić się, by zmarnować się miała taka subtelna i czująca, taka cudna dusza, jak pani — —

— Julka rzeczywiście myli się — przerwałam. — Tamte rzeczy pociągają mię oddawna — i nie mimo to, że jestem delikatna i artystyczna, ale dla tego...

— Skoro pani chce coś robić, to właśnie w chwili obecnej potrzeba nam kogoś takiego. Robota naturalnie będzie odpowiednia. Jest pani teraz zajęta, więc szczegóły potym opowiem. Dam pani tylko adres.

Wręczył mi zapisaną hjeroglifami kartkę i objaśnił ich znaczenie.

— Była pani dotąd tak starannie izolowana od wszystkiego, co w życiu jest wielkie i tragiczne, że wrażliwość pani w tym kierunku stępieć mogła. Ale to zmieni się tak łatwo, tak łatwo zapomni pani wszystko, czym pani teraz żyje — —

Pomyślałam sobie, że nic właściwie zapominać nie potrzebuję na to, by poznać te nowe światy, [ 100 ]że mam siły na jedno i na drugie — ale nie powiedziałam tego. Nawet podziękowałam mu serdecznie, że ułatwił mi drogę w tamtą stronę.

Gdy powróciłam do salonu, Zienowicz siedział pochylony nad albumem i oglądał niezliczone moje fotografje.

— Przepraszam uprzejmie, że zostawiłam pana przez tę chwilę samego — rzekłam.

— Och, niechaj się pani mną nie krępuje — powiedział salonowym tonem. I nagle zupełnie zmieniając głos, spytał ostro:

— Ten człowiek obchodzi panią blizko — prawda?

Zmieszałam się tą napaścią.

— Nie w ten sposób, jak pan sądzi — rzekłam miękko. — Tylko jest to typ tak szlachetny i ofiarny —

— Odrazu poznałem w nim działacza — przerwał. — Wszyscy ci ludzie mają wspólne cechy: niegustowne ubranie i brak talentów towarzyskich. Nie pojmuję, co pani może mieć z niemi wspólnego — i to, że pani ich zna — psuje mi panią. Czyż pani rzeczywiście bierze na serjo tych panów, którzy, nic nie robiąc przez cały dzień — walczą jak lwy rozżarte właśnie o ośmiogodzinny dzień roboczy? I jeszcze dumni są z tego, że nie dla siebie walczą, lecz dla innych.

Roześmiał się, usiadł nieco bliżej i łagodniejszym już głosem mówił.

— Pani powinna zawsze pozostać tym, czym pani jest dzisiaj — to jest estetką. — Niczym mniej i niczym więcej. Niechaj się pani stara nie [ 101 ]kultywować w sobie żadnych innych uczuć poza intuicją piękna — dobrze?

Nie zwracał uwagi na moje milczenie, biorąc je prawdopodobnie za zgodę. Przez chwilę przyglądał mi się.

— Pośród mężczyzn przyjęte jest nazywać panią: dogaressa. To zupełnie złe określenie. Złoto pani włosów nie ma tycjanowskiego, południowego gorąca — raczej pewną spłowiałość kultury północnej. Pani jest dama. I niczym innym być niech się pani nie stara.

Obojańska także nazywała mię damą. Jakie to szczególne, że ludzie, zarówno Jan, jak Zienowicz i Obojańska, jak Julka — wszyscy widzą we mnie tylko fragment.






[ 102 ]I ten wieczór przyszedł także — wbrew wszelkim przewidywaniom i obliczeniom.

Przyjęłam Zienowicza w nowej sukni. Gdy powitałam go, przesunął się spojrzeniem po mej postaci — wedle zwyczaju — od stóp do głowy. Zatrzymał wzrok na zegarku, który przypięty miałam do stanika.

— Jaki piękny — rzekł. — Czy bardzo stary?

Skinęłam głową.

— Po jakiejś prababce jeszcze z rodziny męża —

— I chodzi?

— Tak — doskonale —

— Chciałbym obejrzeć — można?

Pochylił się na krześle i wyciągnął rękę.

Nie patrząc nań, widziałam uśmiech pewności na delikatnych wargach, pewności, że zmieszam się i złamię. Pobladłam z gniewu na myśl, że cieszyć się będzie mym zalęknieniem.

— Proszę — rzekłam zuchwale.

Uczułam na piersi dotknięcie lekkie jego palców, niby walczących z zapięciem broszy. Każdego innego kazałabym w podobnym wypadku wyrzucić za drzwi, przy nim bałam się oddychać. Byłam trochę odwrócona, miałam oczy spokojne i brwi [ 103 ]ściągnięte, ale usta mi drżały. Powolny, ciemny rumieniec męki występował mi na policzki.

Gdybym była w owym momencie wyczuła w nim jedno załamanie woli i spokoju, jeden odcień tego trwożnego zuchwalstwa, które daje mężczyźnie poryw krwi — umiałabym przeciwstawić mu chłód i nierozumienie, a nawet niezadowolenie. Ale Zienowicz był zupełnie spokojny, tym razem nie stracił ani na chwilę panowania nad sobą, którego ja już nie miałam.

Usuwałam się niepostrzeżenie przed jego dotknięciem, ale nie miałam odwagi ręką odepchnąć jego ręki.

Świadomość zalała mi ogromna, przezroczysta fala, jakby dokądś wyraźnie dążąca. Nagle opuściła mię wszelka siła. Rękami zakryłam oczy i w poczuciu, że tak właśnie być powinno, rzekłam z wysiłkiem:

— Och Boże — dla czego pan mię tak męczy?

Przez chwilę słyszałam tylko łomot pulsów w skroniach. A później głos jego — tuż nad ustami:

— Pani mnie kocha —

I te słowa jego odkryły mi nagle prawdę prostą i oczywistą, której jednak dotąd nawet nie podejrzewałam. — Tak — to właśnie jest miłość. Że też ja dotąd nie domyśliłam się tego — —

Pozwoliłam mu całować usta i dłonią atłasową gładzić mię po karku. Drżałam i wiłam mu się w rękach — napół przytomna z rozkoszy i lęku.






[ 104 ]Odkrycie, uczynione przez Zienowicza, wydaje mi się wprost gienjalne w swej oczywistości i prostocie.

Kochałam Zienowicza już dawno — od chwili, gdy Sępowski pokazał mi go na koncercie. Ten kulturalny i wytworny człowiek uczynił na mnie największe wrażenie ze wszystkich mężczyzn, jakich dotąd spotkałam. A nie przyszło mi na myśl, że to jest miłość — ponieważ do dnia wczorajszego jeszcze zupełnie inaczej ją sobie wyobrażałam. W tej sferze drzemały we mnie jeszcze wszystkie najwcześniejsze sny dzieciństwa. Marzyłam o namiętności, co chodzi krawędzią przepaści i oczami ekstatycznemi patrzy w trójkątne oko tajemnicy. I czekałam na miłość taką, nie widząc ślicznego szczęścia tuż koło siebie, nie czując, że ociera się o mnie delikatną pieszczotą zwierzęcia, dyskretnie przypominającego o swojej obecności.

Piękne jest szczęście moje — i ma jasny uśmiech bóstw helleńskich na wargach.






[ 105 ]Siedziałam skulona i nędzna obok żelaznego łóżka, na którym leżał człowiek. W powietrzu unosiła się woń obca, potworna, jadowita woń śmierci. W wibrujących przed mym wzrokiem zmęczonym deseniach mroku bieliła się twarz chuda z czarnemi jamami oczu zamkniętych, podobna do fantastycznych rzeźb nowoczesnych, z tragicznie wygiętą linją ust, ze stygmatem śmiertelnego udręczenia.

Było dawno po północy. Budził się już po raz trzeci. Z powracającą przytomnością w jamach ocznych zakołysały się niespokojnie jasne, szklące się źrenice.

Zaraz pochyliłam się nad nim. Poczułam żar, bijący od tego przesyconego bolesnością ciała.

— Jestem, jestem — rzekłam prędko, cicho i delikatnie, by ani przez chwilę nie myślał, że jest sam. — Jestem i nie śpię wcale.

Nad głęboko leżącemi w jamach gałkami ocznemi powoli zesunęły się cienkie powieki, zostawiając dwa wązkie paski świadomości na martwej szarości twarzy. Gładziłam go po suchej ręce, by czuł, że jestem naprawdę. [ 106 ]

Lampa, stojąca na ziemi, tuż za łóżkiem, rozmieszczała po ścianach i nizkim suficie dziwaczne cienie, sztywne i niezmienne. Tylna krawędź łóżka rozbijała tę norę na dwie części, jedną pogrążoną w ciemności, drugą oblaną od dołu światłem żółtawym. Z pod łóżka drewnianego, na którym leżał chory, szło światło jaskrawe od kontrastów i falą opływało me stopy z brzegiem sukni, prawie do kolan. Z uwagą patrzyłam na mój błyszczący, wązki, wydłużony trzewik, oparty leniwie obcasem o brudną w świetle podłogę z niemalowanych, pozadzieranych desek, gęsto usypaną rozmaitemi śmieciami.

Główny motyw, który kierował Janem przy wyznaczeniu mi prawie na sam początek tego właśnie zajęcia, był — jak sądzę — natury pedagogicznej. Rozmyślałam o tym, przypominając sobie wszystko, co opowiadał mi o tym człowieku, w wieczór poprzedzający ową noc. Byłam teraz sam na sam z bohaterem, przeciwstawiałam swą nędzę ozdobną jego tragicznej, złamanej mocy. Rozważałam różnicę dziwaczną i potworną, która kładła między mną i nim całą przepaść niezrozumienia, podziwu, prawie trwogi. Usiłowałam wyobrazić sobie, jako rzeczywistość, fakt straszny, że ten człowiek, na którego patrzę tak zblizka, życie swe — równie jedyne i niepowrócone, jak moje — przepędzał w tym ciemnym, smutnym, ohydnym pokoju, że chodził zawsze po tej brudnej, chropowatej podłodze i spał w tymsamym łóżku, że o te ściany wstrętne i zaklęsły sufit obijały się jego [ 107 ]wolne, cudne, nieskończone myśli. Usiłowałam zrozumieć, że to, co dla mnie było smutną przygodą, osłodzoną aktem czynionej ulgi, jedną godziną tragiczną w długim, jasnym życiu, — tosamo dla tego wielkiego człowieka było codziennemi, fatalnie koniecznemi warunkami istnienia. I ogarniało mię zdziwienie dziecinne tych ludzi którzy wiedzieli już dawno, ale zobaczyli jako rzeczywistość konkretną — pierwszy raz. I przerażenie: że takie życie także kończy się śmiercią i może w nim nie być nic, nic — poza smutkiem, męką i pragnieniem — nic — aż do śmierci.

W ciszy rozbrzmiał nagle krzyk ostry, chrapliwy. Chory skręcił się na łóżku, jakby chciał dostać nóg swych i zerwać opasujące je bandaże.

— Boli, boli! — krzyczał, jakby bardziej z przerażenia niż z bólu. — Boli — psiakrew! Och!

— Przestanie — nie powinno boleć — szeptałam, łagodnie przytrzymując go za ręce. — Nie można — moi drodzy — —

— Boli — co za męka! Jaka straszna ta noc! Wiem przecież, co mię jutro czeka — —

— Może nie będzie potrzeba, może nie będzie potrzeba — mówiłam, sama drżąc ze strachu.

Opanował się jednym wytężeniem woli, zamilkł, brwi zmarszczył i ponuremi oczami patrzył nieruchomo w górę. Miałam wrażenie, że idzie do mnie odeń prąd zimnej niechęci. Wyraźne było, że krępował się właśnie moją obecnością — po wykrzywieniu ust i brwiach zmarszczonych widać było, [ 108 ]że ból nie ustał jeszcze, ból złowrogi, który miał wpłynąć na okrutną decyzję lekarzy.

Pod wpływem tego spostrzeżenia poczułam się nagle winną.

— Przeszło — prawda? — spytałam niemal z pokorą.

Prawie niedostrzegalnie skinął głową, nie odrywając spojrzenia od sufitu. Po chwili odezwał się niespodzianie, cedząc wyrazy z ironją, pomimo osłabienia:

— Wam pewnie, towarzyszko, przyjemność sprawia spełnianie uczynku chrześcijańskiego. Taka ekspjacja musi smakować — gdy się jest przesyconą radościami życia — —

Nic nie odpowiedziałam. Po chwili mówił znowu:

— Całe życie nędzy, trosk, ponurości i smutku. Poto tylko, by zrównoważyć w przestrzeni radość i rozkosze waszych dni i nocy. Wszystkie bramy życia zamknięte. Niema pieniędzy na sztukę, ani czasu na literaturę, niewolno marzyć. O teatrze wie się ze sprawozdań dziennikarskich, o muzyce z katarynek. A później zarzucacie społecznikom, że niepotrzebna im jest sztuka, że nie mają zmysłu piękna. Bo walczą o to, by sztuka, nauka i życie samo dostępne się stało dla wszystkich — wtedy, gdy wy słuchacie koncertów, bywacie w salonach sztuki lub teatrach. Walczą poto, by później tak, jak ja — —

Znów skręcił się na łóżku. Spróbowałam przytrzymać go za ręce, poprawić poduszkę. [ 109 ]

— Nie można, nie można się ruszać — rzekłam mężnie, opanowując tchórzostwo.

Usłuchał. Położył się spokojnie, ale rzucił na mnie parę posępnych spojrzeń.

— Bawi was ta rola — prawda? — zaczął znów. — Pokonywać w sobie wstręt i niesmak w imię modnej idei — to tak efektownie... Później można już nie czuć żadnych wyrzutów sumienia — A przytym interesujące jest też poznać i takie strony życia.

Poważnie i spokojnie powiedziałam:

— Jeżeli to, co mówicie, słuszne jest w stosunku do pierwszego motywu, jaki mię pomiędzy was sprowadził, to jednak już w obecnej chwili niesprawiedliwe są wasze zarzuty. Nie łatwe współczucie jest we mnie, ale rzeczywiste zrozumienie krzywdy i bólu.

Zaprzeczył mi z uporem fanatyka.

— Nie można pojąć krzywdy, jeżeli jej się samemu nie doznało.

— Można — jeżeli się samemu krzywdziło — — Nie powinniście odtrącać tych, co szczerze do was przychodzą —

Popatrzył na mnie łagodniej.

— To nie zaczynajcie od aktów miłosierdzia — powiedział. — Nie tkliwości potrzeba tu, lecz twardości, buntu, nienawiści. Idźcie do fabryk, na przedmieścia, gdzie każdy kamień bruku krwią jest polany, gdzie w zaułkach, w najstraszliwszych norach cuchnie nędza, zbrodnia, rozpacz. Poznajcie takie życie, popatrzcie oko w oko tej krzywdzie — a [ 110 ]dotychczasowe formy waszego życia wydadzą wam się potworne, dzikie, godne zatraty. Powinniście znienawidzić radość, piękno, przepych. Urągowiskiem powinien wam się wydać blask dnia i święto wiosny — —

Słów tych słuchałam ze smutkiem, trwogą i zniechęceniem, jak poganie klasyczni musieli słuchać fanatycznych nauk pierwszych mnichów i ascetów. Żal mi się zrobiło mego wolnego, niezależnego, helleńskiego świata.

Z bladą, złowrogą szarością rana przychodziła reakcja. Chory nie mówił już nic, tylko jęczał półgłosem. Stawał się bardziej przytomny, chłodniejszy.

Gdy stało się już jasno, przyszła Julka. W sieni powiedziała mi cicho:

— Wszystko już urządzone. Można go będzie o dziesiątej przewieźć do szpitala.

Serce skurczyło mi się nagle.

— Więc już napewno?

— Ach, naturalnie, niema nawet mowy, żeby się dało uniknąć. Odrazu powiedział przecież, że trzeba amputować obie.

Gdyśmy weszły do pokoju, chory leżał cicho w jakimś dziwnym, głębokim zamyśleniu. Widocznie nie cierpiał już tak bardzo. Patrzyłam nań zupełnie innemi oczami. Nie chciałam jeszcze odejść. Usiadłam na dawnym miejscu, a Julka naprzeciwko — w głębokim milczeniu.

Chory miał spojrzenie utkwione nieruchomo w suficie, jakby z naprężoną uwagą. Po długiej [ 111 ]chwili zwrócił na mnie swe zmęczone źrenice — i znowu patrzył — nieruchomo, dręcząco.

Zdawało mi się, że nie wytrzymam ani chwili dłużej. Zimny dreszcz przechodził mi wzdłuż ramion i grzbietu.

— Możebyście starali się zasnąć jeszcze — szepnęłam.

— Nie mogę — odrzekł cicho.

Nagle na jego ustach smutnych zadrżał uśmiech dziwnej jasności. Wyciągnął do mnie swą chudą rękę i powiedział:

— Dziękuję —

A potym jeszcze:

— I przepraszam was bardzo... Ale tak się męczyłem...

Popatrzył na nadchodzący dzień. Potym zamknął oczy i leżał cicho z ręką w mojej ręce. A moja ptasia dusza drżała ze zdumienia i skruchy, gdy światło niewidzialnego słońca padało na skronie żółte, siwe włosy i twarz męczeńską, podobną do maski pośmiertnej.






[ 112 ]Po dokonanej operacji wracałyśmy ze szpitala we dwie z Julką. Był wicher szalony. Z ciemnego nieba padał drobny, ostry śnieg. Mróz przenikał przez ubranie. Byłam skostniała, wyczerpana i bezgranicznie smutna.

— Teresa wczoraj wyjechała — rzekła Julka.

— Tak? — zapytałam obojętnie, odwracając głowę, by nie mogła wyczytać nic z mej twarzy.

— Przez te ostatnie tygodnie pracowała dwa razy więcej, niż zwykle, a teraz nagle rzuciła wszystko i wyjechała na cały rok — gdzieś na wieś daleko, do rodziny...

Przygniatał mię smutek beznadziejny. Każde jej słowo drapało mię po sercu.

— Dla nas — to szkoda niepowetowana — dodała jeszcze.

Odpowiedziałam cicho:

— Ponieważ stało się to z mojej winy, będę się starała wam ją zastąpić —

— Nigdy nie potrafisz —

— Czemu?

— By to robić co Teresa, trzeba zapomnieć o wszystkim innym — [ 113 ]

— Nie — nie — ja sądzę, że można te rzeczy pogodzić. Przecież ona — pozatym — kochała...

— Ach, tak — ale zupełnie inaczej, zupełnie inaczej — — To była miłość, pełna wyrzeczeń i ofiary... Boże, Boże, jakie to straszne, co się stało — —

— Wiem, że straszne — i żałuję...

— To nie twoja wina, Alu, nie, to moja własna wina. Nie powinnam była tam cię prowadzić. Ale taka byłam pewna... Ty nie masz pojęcia, Alu, jak oni się bardzo kochali —

Popatrzyłam na nią rozszerzonemi oczami, przygryzając wargi. Nagle — nie przestając iść — zakryłam twarz mufką i rozpłakałam się na ulicy.

Julka przelękła się.

— Co ty robisz, dziecko? Przestań, przestań —

Zaprowadziła mię do pierwszej bramy i w półmroku ocierała mi oczy.

— Taka jestem zdenerwowana, niewyspana — tłumaczyłam się bezsilnie.

— Nie płacz, no, nie płacz już... Widzisz, dziecino droga, takie życie nie dla ciebie. Za delikatna jesteś na to... Ledwie zaczęłaś — i już nie masz siły. Te rzeczy nie są piękne i wytworne, to jest proza, brutalność, ból, smutek, na to trzeba się wyrzec wszystkiego dla siebie, wszystkiego, co jasne, artystyczne, subtelne... A tyś tym tylko żyła dotąd — i nie będziesz w stanie się zmienić. I zawsze szarpać się będziesz między temi dwoma światami — i nie pogodzisz ich nigdy, nigdy — — [ 114 ]

Odwiozła mię do domu i serdecznie uścisnęła na pożegnanie.

Zadzwoniłam i powoli, ciężko wchodziłam na schody. Nie płakałam już — myślałam o tej strasznej nocy ostatniej, o krzykach bólu, które słyszałam na korytarzu szpitalnym, o Janie, którego Teresa kochała miłością, pełną wyrzeczeń i ofiary...

W otwartych drzwiach mego mieszkania ujrzałam Zienowicza. Zbiegł z paru stopni, by pomóc mi wejść.

— Co to jest, pani Alu, co to znaczy? — pytał. — Czekam od dwuch godzin i umieram z niepokoju. Podobno nie było pani przez całą noc... Co pani robi? Teraz, kiedy niebezpiecznie jest wprost chodzić po ulicy... Jak pani wygląda — — ?

Przechodząc przez przedpokój, spojrzałam w lustro, byłam blada, jak widmo, nieuczesana, miałam powieki czerwone od bezsenności i płaczu.

— Pani Alu, niechże mi pani powie wszystko.

Trzymał mię za obie ręce. Znalazszy się nakoniec u siebie, tylko z nim, uczułam nagle spokój i cichą radość. Byłam tylko zmęczona bezgranicznie.

— Nie zrobiłam nic złego, niech pan się nie gniewa, doprawdy nic złego. Trochę tylko wyszłam ze stylu — —

— Tak? — to bardzo źle — rzekł niemal surowo.

Przypomniałam sobie słowa Julki, że tych dwuch światów nigdy nie pogodzę.

— Proszę, niechaj pan tak nie mówi — [ 115 ]powiedziałam łagodnie. — Pani Obojańska powiedziała raz, że styl to jest wszystko, co posiadam — ale to przecież nieprawda. Zresztą później wszystko panu opowiem — teraz nie jestem w stanie mówić rozsądnie, tak strasznie chce mi się spać.

Spróbowałam się uśmiechnąć.

— Niechaj pan przyjdzie wieczorem, a tymczasem — do widzenia.

Chciał mię przytulić i pocałować na pożegnanie, ale usunęłam się szybko. Musiałam za wszelką cenę zostać sama.






[ 116 ]Zienowicz malował ironicznie smutne losy literatury epok rewolucyjnych.

— I u nas będzie tak samo. Panowie jesteście tacy bezwzględni — z łaskawą żartobliwością zwrócił się do Jana. — Wyobrażam sobie już utwory tego typu. Powieść pod tytułem: „Ośmiogodzinny dzień roboczy“, sonet z odnośnikami w rodzaju: „Patrz Kapitał Marksa, tom I i t. d.“...

Jan śmiał się, jakby nie dostrzegając zaczepki. Na jego fanatycznej twarzy uśmiech wygląda tak, jakby sam swoją obecnością był zdziwiony.

— Wszystko, co dała lub nawet dać mogła rewolucja francuska, nie okupuje tej zbrodni, której dopuściła się względem poezji, zabijając Chénier’a. —

 

Comme un dernier rayon, comme un dernier zéphyre
Anime la fin d’un beau jour,
Au pied de l’échafaud j’essaye encore ma lyre —


— Zna pani ten jego cudny śpiew łabędzi — ? zwrócił się ku mnie.

Skinęłam głową, poddając się nieodpartemu urokowi jego kunsztownie modelowanego głosu. [ 117 ]

— Bez wątpienia, ogromna szkoda kulturalna — odezwał się nagle Jan. — Niech pan jednak zważy, że zmarnowanie się talentu jest w tym razie tylko błędem przypadkowym samej taktyki idei wolnościowej, a w warunkach obecnego ustroju, z którym idea ta walczy, marnowanie się talentów jest zjawiskiem systematycznym, normalnym. Cały szereg nazwisk ludzi, znanych w historji sztuki i literatury, którzy z powodu nędzy, niemożności kształcenia się — — —

Jan mówił na ten temat pewną chwilę — jak zwykle jasno, logicznie i nadzwyczaj płynnie. Zienowicz, który jest człowiekiem dużej kultury i inteligiencji, ale nie lubi ścisłych roztrząsań, które go nudzą, a przytym jest mało oczytany w sferze nauk socjalnych, nie podjął zupełnie idei i argumentów, rozwiniętych przez Jana, i gdy ten skończył swą przemowę, odezwał się żartobliwie:

— Nie dodał pan jeszcze tylko w konkluzji: niech żyje socjalizm! Jak to jednak zaraz znać trybuna... Mówi pan, jakby pan miał przed sobą tłum robotników, których coûte que coûte należy przekonać o tym naprzykład, że członkowie wszystkich przeciwnych partji są łotrami.

Jan zatrzymał się przed nim i ze swym zwykłym, łagodnym wyrazem twarzy powiedział:

— Myli się pan najzupełniej. Do robotników mówi się inaczej. Oni mają mianowicie pewne elementarne pojęcie o socjologji — choćby z broszur — i te rzeczy można z niemi traktować [ 118 ]swobodnie. Mówiąc zaś do pana, musiałem wciąż mieć na uwadze to, że pan jest — artystą...

Zienowicz — zaskoczony tą napaścią — nic na razie nie odpowiedział. I dla mnie również złośliwość Jana — zwłaszcza przy pogodzie jego spojrzenia — była zupełną niespodzianką.

— Rzeczywiście — robotnicy — odezwałam się prędko i nie wiedziałam, jak skończyć.

Zienowicz pomilczał chwilę, spokojnie popatrzył na Jana — i zaczął mówić poważnie swym melodyjnym, przyciszonym głosem:

— Mówię nie dla tego, że tam raz kogoś zabili. Nie ulega wątpliwości, że ginie wciąż wielu ludzi, nieraz cennych bardzo. Ale wogóle przeraża mię — jako artystę — wasz ideał socjalny. Dacie wszystkim jednakie i równe warunki rozwoju, nie pozwolicie zmarnować się żadnemu talentowi, uczynicie mu życie łatwym i pogodnym. A przecież prawdziwy artysta jest dzieckiem bólu, walki i wyrzeczeń, przecież bodźcem twórczości są pragnienia niezaspokojone, żądze zdławione, zatamowane wszystkie prądy życia. W waszym przyszłym koszarowym ustroju artyści staną się sytemi producentami doskonałych rymów, konsekwentnego obrazowania, pozbawionemi goryczy i niezadowolenia, tęsknot i marzeń nieziszczonych, dobrze wykwalifikowanemi rzemieślnikami...

Jan spoważniał także, ale nie odpowiadał nic, jakby inną myślą zajęty.

— Co pan mówi — odezwałam się, gdy zamilkł Zienowicz. — Czyż zaspokojenie zwykłych [ 119 ]potrzeb życiowych może już dać duszy poetycznej zadowolenie zupełne? Tęsknota i pragnienie artysty przedmiot znajdą, póki istnieć będzie ludzkość, póki nie zostanie zdarta ostatnia z niezliczonych zasłon wiecznej tajemnicy — —

Zienowicz popatrzył na mnie przeciągle, ze zdziwieniem. Niedługo potym pożegnał nas i odszedł. Był widocznie bardzo niezadowolony, że stanęłam po stronie Jana.






[ 120 ]O godzinie dziesiątej wieczorem otrzymałam ślicznie pachnący bilet: „Niechaj Pani przyjdzie do mnie dzisiaj. Jestem sama przez cały wieczór. Myślę, że Pani wysłucha mojej prośby, i czekam. J. Obojańska“. Potym jeszcze dopisane: „Nudzę się strasznie, a Pani taka miła“.

Od owego wieczoru, który dla niej urządziłam, nie widziałam jej ani razu. Nie znałam też rezultatu jej rozmowy z Rosławskim, gdyż oczywiście nie zapytałam jej o to wówczas. Kuzyn mój natomiast odwiedził mię jeszcze parokrotnie; raz nawet dyskretnie naprowadziłam rozmowę na Obojańską, ale nie dowiedziałam się niczego. Zgodził się ze mną, że jest to niewątpliwie ciekawa kobieta, a przytym, zdaje się, zdolna przyrodniczka. Z tego nie mogłam wywnioskować, czy możliwa jest inkarnacja mitu Obojańskiej.

Gdy przyszłam do niej, była w swoim gabinecie, bardziej nieco kobiecym, niż reszta mieszkania i mniej zawalonym księgami. Siedziała przy biurku i przerzucała papiery.

— Jaka pani dobra, że pani przyszła — rzekła obojętnie, bez uśmiechu. — Mąż wróci późno. — Była w złym humorze, ale starała się być [ 121 ]uprzejma. Czaiła się w niej tasama burza, co wtedy, gdy przyszła do mnie.

Nie zapytałam o nic. Spokojnie siadłam w wysokim fotelu, krytym jasno-bronzową skórą. W gabinecie paliły się tylko dwie świece przy stojącym tu, nie wiem poco, pjaninie.

Obojańska zaczęła przechadzać się wpoprzek pokoju.

— Mówiłam już pani, zdaje się, że historja mego życia była jednym szeregiem smutnych zwycięstw. To jest — były i wesołe, ale przeważnie smutne. Istniała w tym pewna konieczność logiczna nawet — — To, co było we mnie silne i chmurne, zwycięstwo odnosiło zawsze nad tym, co było we mnie młode, trwożne, spragnione słońca. Osobiście miałam nieszlachetny zwyczaj stawania po stronie silniejszego i gorszego. Ale zato z pychą takiego zwycięstwa mieszał się zawsze smutek bezgraniczny wszystkich wyrzeczeń i przezwyciężeń. — Tym razem znowu chcę odnieść takie przesmutne zwycięstwo...

Przyciszonym głosem dodała:

— Jutro miałam odjechać stąd nazawsze — daleko na zachód — z Rosławskim...

— I nie pojedzie pani?

— Nie — —

— Temu — pomimo wszystko — dziwię się — rzekłam. — Sądziłam, że pani właśnie dość jest silna, by się na drodze do szczęścia nie uląc krzyku tłumu i kilku łez szlachetnego starca. Wyznam [ 122 ]nawet, że to właśnie podziwiałam i trochę — czciłam w pani.

Ona się rozśmiała.

— Pani myśli, że to dla tego? Ach Boże... Pani Alu... Jak pani zupełnie nie rozumie... Ten wzgląd nie przeszedł mi nawet przez myśl... Czymże jest jakiś szmer cichy wobec tej nieskończoności słonecznej, jaką byłoby ziszczenie największego mego snu — — ?

— Więc?

Spoważniała bardzo.

— Ziszczenie największego snu, wcielenie jedynego mitu, stanie się wiary całego życia... Rozumie pani, jaka w tym straszna groza? Bo wszystko, co dotąd przeżyłam, było parodją i humbugiem, — a to jedno wielkim, bezgranicznym patosem. Całe życie chroniłam to, całe życie bałam się czynu i giestu, by nie zawcześnie, by nie rozzłościć przeznaczenia... Raz w życiu — wtedy u pani ostatni raz — była taka długa chwila, że patrzyliśmy sobie w same dna naszych oczu, by raz wreszcie ujrzeć swoje dusze. Była taka długa chwila, kiedy byłam na samym dnie bezedni szczęścia. Zaczynałam czytać ten wyrok — na śmierć i życie — w oczach jego. I w tym — najszczęśliwszym momencie przejęła mię taka obłąkana trwoga, że odwróciłam oczy — przed samym progiem prawdy. Zlękłam się wówczas — stania się. Zrozumiałam, że stanie się tego — może być kresem życia — ponieważ nie mogłabym już żyć bez mego snu. Wszystkie sny życia mego były smutne, ale [ 123 ]najsmutniejsze były sny ziszczone. — Ach — ten sen ostatni to nie był sen o szczęściu — kłamałam przecież. To był sen o czymś tak ogromnym, że zamykał w sobie szczęście i nieszczęście — i wznosił się nad niemi, jak morze nieskończone nad małemi muszlami dna. To nie był sen o słońcu. Słońce i noc zawierały się w moim śnie. Ani sen o dobru, ani o pięknie... To był sen o wszystkim. — I oto przez oczy jego miłosne ujrzałam nakoniec ten kraj — tę nieskończoność i ogrom mego snu, ten półmrok świetlisty bez gwiazd i bez słońca, ten patos najwyższy i egzaltację, która cały ogień zabrała memu sercu, to wszystko — ziszczone. Rozumie pani? — to ziszczone, dzięki snowi o czym możliwością było jeszcze moje życie. — I uczułam trwogę obłąkaną i wiem teraz dla czego...

Zbliżyła się i nachyliła ku mnie. W oczach jej tętniał strach...

— Pani Alu — a gdyby i to jedyne, to ostatnie, o czym sen — — Gdyby i to — ziszczone — meteor — blask — lot — dziw — — Boże! Gdyby i to także okazało się tylko humbugiem — ?

Milczałam.

— Sen jest świętością. Niewolno oddawać go — nawet za ziszczenie —

Nagle uśmiechnęła się.

— Odniosłam ostatnie smutne zwycięstwo: nie pojadę... Teraz zaś — —

Wyjęła z biurka mały, czarny rewolwer i przyłożyła lufę do serca, patrząc mi w oczy. [ 124 ]

— „Uczcie się umierać w porę“ — zadeklamowała.

Wstałam.

— Niech pani przestanie żartować w ten sposób — rzekłam zimno — bo wyjdę natychmiast.

Z jej oczu buchnęły płomienie gniewu.

— Jeżeli pani krok zrobi, w łeb pani strzelę! — krzyknęła, faktycznie we mnie celując.

Podeszła szybko do drzwi i klucz przekręciła w zamku.

Stałam w miejscu, chociaż niebardzo się bałam. Było mi tylko nad wyraz obrzydliwie.

— Wiem — wiem — pani się te żarty wydają bardzo niesmaczne. Pani nigdyby tak głupio nie wyszła ze stylu. I ma pani rację. Przepraszam panią — rzekła bardziej miękko.

Schowała rewolwer do szuflady.

— To głupie, głupie okropnie, co ja wyprawiam — rzekła. — No, niech się pani już nie dąsa — dobrze? Naprawdę — zdenerwowana jestem. Niech pani będzie dobra, niech mi pani gra.

Zbliżyła się do mnie i za rękę pociągnęła do pjanina.

— Niech pani gra — nie, nie Wagnera. To zwykle Rosławski... Niech mi pani zagra Griega — „Der Frühling“ — zna pani? Grała mi to kiedyś — kiedy byłam taka młoda — przyjaciółka moja, która potym zwarjowała — nie znaczy to, bym pani życzyła takiego losu. Zwarjowała, ponieważ jej mąż mię pokochał. Same humbugi były w moim życiu. Niech pani gra — ja przez ten czas muszę coś napisać. [ 125 ]

Zaczęłam grać, ona zaś usiadła poza memi plecami i pisała. Byłam na nią nieco rozżalona za całą tę wysoce niesmaczną i denerwującą scenę. Mimo to zamiast rzeczywiście pożegnać ją i odjechać do domu, usłuchałam i grałam, co chciała. Przyznawałam, że ma nade mną wpływ jakiś, że opanowała mię swą dziką organizacją, że imponuje mi nurtem swym i bolesnością, że imponuje mi najbardziej tym fanatycznym kultem dla swego mitu. I wstyd mi się zrobiło mej miłości, że jest tak bardzo inna — —

Grałam cicho i smutnie. Długo.

Nagle usłyszałam trzy uderzenia w drzwi.

I zaraz potym straszny, rozbijający głowę huk — tuż za sobą.

Mignęły mi w powietrzu rozkrzyżowane ręce w czarnych rękawach, jak skrzydła. I krzyk dziki bólu i lęku.

Leżała na samym brzegu sofy i biła rękami z niepojętym skowytem. Klęczałam przy niej i oszalała ze zgrozy usiłowałam rozpiąć ubranie w przekonaniu, że to coś pomoże. Do drzwi dobijano się rozpaczliwie — ale nie rozumiałam tego, zapomniałam, że są zamknięte. Pod stanikiem zobaczyłam na koszuli żywą, ciepłą, prawdziwą ludzką krew. Krzyknęłam, jakbym w tej chwili dopiero zrozumiała — i oczy zamknęłam. Widok jej cudnych, złotawą skórą pokrytych piersi wydał mi się jakąś piekielną profanacją.

Łoskot za drzwiami rósł. Wstałam i otworzyłam. Wszedł blady, jak trup, Obojański i służba. [ 126 ]

Przeszła długa chwila zamętu, pośpiesznych usiłowań ratunku. Obojańska leżała z zamkniętemi powiekami i oddychała coraz prędzej.

Potym otworzyła trochę swe przepiękne oczy złote, spojrzała na mnie i na męża i znów zamknęła powieki.

— Jak dziwnie się umiera — rzekła prawie zupełnie cicho.

Wykonała ręką taki ruch, jakby ją chciała podnieść do szyi. Ale nie podniosła.

W tej chwili prędko wszedł doktór. Obejrzał i zbadał ranę. Spojrzał na nas.

— Niema najmniejszego niebezpieczeństwa — rzekł. — Niech państwo będą spokojni. Rana jest zupełnie powierzchowna.

Obojański prędko wyszedł z pokoju — i zaraz za drzwiami zaniósł się dziwacznym, rozdzierającym płaczem.

Wracając do domu, nie mogłam się opędzić plugawej myśli, że Obojańska musiała przecież być dobrze poinformowana, gdzie mianowicie u człowieka znajduje się serce.






[ 127 ]Przez te parę dni ostatnich nie przyjmowałam zupełnie Zienowicza. Godziny wolne spędzam samotnie w domu na rozmyślaniach, których sama nie rozumiem. Długiemi wieczorami pracowicie i bezskutecznie poszukuję formuł dla nieskończonego świata rzeczy bezimiennych. Gubię się w konstatowaniu niezliczonych przemian i przetworzeń, zachodzących we mnie. Czasami układam w myśli powieść klasyczną, konsekwentną, w której życie moje przyjmuje zupełnie inne kształty; po smutnych, zasypanych śniegiem alejach wiejskiego ogrodu chodzi tam Teresa — i myśli o mnie; Obojańska patrzy w nieskończoność sowiemi oczami; Jan słucha cierpliwie i inteligientnie mych obszernych, logicznie argumentowanych wyjaśnień, czemu go nie kocham, pomimo, iż wydaje mi się najmilszym człowiekiem na ziemi (postanawiam nawet w rzeczywistości zakomunikować mu te wywody); Rosławski raz wreszcie — szczegółowo i jasno — wyjawia mi, co myśli o Obojańskiej i czy ją kocha; Zienowicz kategorycznie stawia mi ultimatum i każe wybrać — „tych tam“ lub siebie, przyczym usiłuje zawładnąć mą wolą, grając mi na nerwach z wprawą hypnotyzera, co nawet w powieści — [ 128 ]robi na mnie dość określone wrażenie; Julka jeździ na Rosynancie i z chrystjanicznym wyrazem szafirowych oczu jak najczarniejszą wyraża opinję o przyszłości, w czym Jan nie zgadza się z nią zupełnie. — Wszystkie te sprawy napróżno szukają rozwiązania i toną w oceanie rzeczy bezimiennych.

Tej kategorji zajęcia przerwał mi dziś przyjściem swym Zienowicz. Oddał przez służącą jakieś dziwaczne kwiaty i dzięki temu kazałam go prosić.

Przywitał mię bez słowa wyrzutu. Miał tęskny wyraz twarzy i mówił o pięknie. Słuchałam go długo w milczeniu, myśląc o czym innym. W głosie jego wyczuwałam sztuczność, nie byłam w stanie wierzyć w jego gorące zapewnienia miłości, ani reagować odpowiednio na kunsztowne formułowanie uwielbień dla mojej osoby. W duszy mej dokonywały się przełomy, które staną się wyraźne dopiero znacznie później. Nie umiałam znaleźć siebie w chaosie tych zdarzeń niezrozumiałych, które zaszły w tym czasie i powykręcały jak najfantastyczniej wszystkie klasyczne drogi moich myśli. Błąkałam się, senna od zadumania, po krainach mej duszy, obserwując ze skupieniem nieoczekiwane dewjacje zwykłych linji moich rozumowań. Rozpoczynałam już szereg grożących mi, nieuniknionych pożegnań —

— Nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę — powiedziałam.

— Dla czego dzisiaj właśnie? Dotąd pani wierzyła — [ 129 ]

— Nie chcę takiej miłości, tylko takiej, w której jest wyrzeczenie i ofiara —

Zienowicz uśmiechnął się.

— Jest pani dziś kapryśna, jak Andromeda — i równie śliczna...

Surowo zmarszczyłam brwi.

— Będę się starał być dobrym, jak potwór, — dodał prędko. — Proszę powiedzieć, jakiej pani żąda ofiary...

Milczałam, namyślając się. On pochylił się ku mnie.

— Moja miłość dla pani jest sama przez się ofiarą, pani Alu, ofiarą z mojej samotności i dumy — mówił z drżeniem. — Dotąd nie kochałem żadnej kobiety — i nie wierzyłem w miłość. Zależność od pani uczyniła mię niewolnikiem tego uczucia, nad którym zawsze tylko panować umiałem.

— Wiem już — przerwałam, nie słysząc jego słów. — Niechaj pan się stanie takim, jak Jan, jak Książę, Julka — wtedy będę pana kochała...

— Co? — co? — — wtedy?

— Wtedy — będę pana kochała. Bo mogę kochać tylko kogoś, kto mię porywa szlachetnością i wielkością, kto ma w sobie bohaterstwo i wspaniałość. A te wszystkie rzeczy — to nie jest miłość. Chcę ekstazy, zachwytu, prawdziwego ogromnego kochania — nie tego...

Zupełnie cicho — z hamowanego oburzenia — zapytał:

— To pani — naprawdę? — Mnie? — [ 130 ]

— Tak. Dziś wszystko inne jest obrzydliwe i śmieszne — powiedziałam. — Jeżeli pan się nie zmieni, nie będę pana kochała — Teraz nie kocham — —

Zienowicz patrzył na mnie przez długą chwilę. Opanował się zupełnie i rzekł z uśmiechem:

— Będę się starał oczywiście — wszelkiemi siłami. Tylko nie mogę zaręczyć, czy eksperyment mi się uda...

I jeszcze kiedy mię żegnał, uśmiechał się tak samo.






[ 131 ]Po długim niewidzeniu odwiedziła mię pani Sępowska. Właśnie byłam zaziębiona, leżałam w łóżku z rozpuszczonemi włosami i z pewnym wysiłkiem woli czytałam książkę pod tytułem: „Osiemnasty Brumaire’a Ludwika Napoleona“. I w tym stanie rzeczy ją przyjęłam.

— Jakże pani blado wygląda! — rzekła zaraz po przywitaniu.

Zamiast na krzesełku, usiadła na krawędzi łóżka, czego nie lubię.

— Co pani czyta? — spytała, biorąc książkę z kołdry. — Marks? Już to pani nigdy nie zapomni być modną.

Roześmiała się z pomysłu.

Zapytałam ją, czy synek zdrowy i co porabia mąż.

— Musiał zająć się wyłącznie dziennikarstwem, bo teraz literatura nie popłaca zupełnie. Pani sobie nawet nie wyobraża, ale to wszystko, co się dzieje, to są okropne rzeczy. Ci ludzie nie zdają sobie sprawy, do czego kraj doprowadzają Nam wszystkim grozi poprostu ruina materjalna. Wszędzie takie przygnębienie! Dziś znowu aresztowania —

Wymieniła parę znajomych nazwisk. [ 132 ]

— I Zienowicz wyjechał za granicę... Ale o tym wie pani zapewne?...

Spojrzałam na nią pogodnie, jasnemi oczami, domyślając się, że ciekawa jest efektu, jaki wywrze na mnie ta dzika nowina. Jeszcze zdawało mi się, że jest to żart.

— Nie, nie wiem — odrzekłam. — Kiedy?

— Wczoraj rano. Ale dowiedzieliśmy się o tym dzisiaj dopiero. Zupełnie nie przyszedł się pożegnać...

— I cóż go skłonić mogło do tak nagłej decyzji, nie wie pani? — spytałam z półuśmiechem.

— Podobno ostrzeżono go, by wyjechał z kraju jak najprędzej, — odrzekła przyciszonym głosem. — Mieli go już na oku...

Roześmiałam się zupełnie szczerze teraz.

— Ależ on się nie mieszał do niczego, nie mógł na siebie ściągnąć żadnych podejrzeń...

Pani Sępowska rozłożyła ręce.

— To dziwne. Mnie mówiono, że bardzo się narażał. I mąż słyszał o tym w redakcji...

Wydało mi się bardzo zabawne, że Zienowicz tak prostym sposobem zdobył sobie u ogółu opinję bohatera.

— Zresztą — być może — powiedziałam, nie chcąc mu psuć tej legiendy. — A w jakim piśmie pracuje teraz mąż pani?

Sępowska wymieniła tytuł najradykalniejszego dziennika.

— Jak to ? — spytałam, nie kryjąc zdziwienia. — Wszakże pan Sępowski nie uważał się nigdy za pisarza postępowego — [ 133 ]

Ona wymownie wzruszyła ramionami.

— Proszę pani — takie czasy —

Odrzekłam z uprzejmością:

— Tak, tak — rzeczywiście...

Zamilkła na chwilę i zamyślonym wejrzeniem wodziła po mej pościeli.

— Ładny monogram — zauważyła. — A pani wie, że Obojańska chora —

— Tak, słyszałam...

— I nie była pani u niej?

Zmieszałam się lekko.

— Nie byłam, rzeczywiście. Z początku miałam dużo zajęcia, teraz sama jestem niezdrowa.

— Powinna ją pani odwiedzić, jak pani tylko wstanie. Wczoraj byłam u niej — i bardzo się dopytywała, jak dawno panią widziałam, co pani mówiła — —

— Jakże ma się teraz?

— O, zdaje się, że zupełnie dobrze. Jest tylko osłabiona, ale wszelkie niebezpieczeństwo wykluczone.

Po dwugodzinnej wizycie pożegnała mię, unosząc uprzejme ukłony dla męża.






[ 134 ]Szłam z Janem o wczesnym zmierzchu, ślizgając się po zamarzłym błocie. Szyję miałam dwukrotnie okręconą pierzastym boa i starałam się jak najmniej oddychać mroźnym powietrzem.

Pragnęłam powiedzieć mu coś z tego, co tak obszernie wykładałam mu w mej powieści, — ale nie mogłam wynaleźć odpowiedniego wstępu. Zamiast tego zauważyłam:

— Jak strasznie wygląda miasto. Te puste ulice, sklepy zabite deskami, potłuczone latarnie — —

Jan w zupełności podzielił moją opinję.

Czas jakiś szliśmy w milczeniu i rozstaliśmy się przed bramą domu, w którym mieszkają Obojańscy.

Stąpałam po schodach z pewnym skrępowaniem i dla dodania sobie odwagi rozmyślałam o Zienowiczu, który kiedyś tak niesmacznie ubolewał nad nienawiścią socjalistów do latarni.

Skończyła się moja miłość — skonstatowałam półgłosem i nacisnęłam dzwonek.

— Czy można się widzieć z panią? — zapytałam sędziwego lokaja.

Ten spojrzał na mnie wzrokiem karcącym, jakby przywołując mię do porządku. [ 135 ]

— Pani nie żyje — rzekł.

Cofnęłam się w osłupieniu. Widząc, że nie jestem poinformowana, lokaj wypowiedział jeszcze z dystynkcją:

— Pani odebrała sobie życie. Dziś w nocy zażyła truciznę —

Usunął się, czyniąc mi przejście w drzwiach. Ale nie weszłam.










Info icon 001.svg#licence info


Public domain
This work is in the public domain in the United States because it was first published outside the United States prior to January 1, 1924. Other jurisdictions have other rules. Also note that this work may not be in the public domain in the 9th Circuit if it was published after July 1, 1909, unless the author is known to have died in 1948 or earlier (more than 70 years ago).[1]

This work might not be in the public domain outside the United States and should not be transferred to a Wikisource language subdomain that excludes pre-1924 works copyrighted at home.


Ten utwór został pierwszy raz opublikowany przed dniem 1 stycznia 1924 r., i z tego względu w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej znajduje się w domenie publicznej. Utwór ten nadal może być objęty autorskimi prawami majątkowymi w innych państwach, i dlatego nie zaleca się przenoszenia go do innych projektów językowych.

PD-US-1923-abroad/PL Public domain in the United States but not in its source countries false false