Moja matka, czarownica

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
<<< Dane tekstu >>>
Autor Hanns Heinz Ewers
Tytuł Moja matka, czarownica
Pochodzenie Żydzi z Jêb
Data wydania 1922
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „RENAISSANCE“
Drukarz Drukarnia nakładowa Swoboda i Sp. Wiedeń V.
Miejsce wyd. Warszawa Lwów Wiedeń New York
Tłumacz Makuszyński W.
Źródło Skany
Inne Cały tekst
Indeks stron
[ 137 ]
Moja matka, czarownica.
[ 138 ]

Na Łysiej Górze zlatują się one
Ściernie są żółte, żniwo zielone
Tam się odbywa czarownic tan
Na górze siedzi pan Uryan.

Goethe.

Doktór Kasper Krazykat napisał do swego brata w te słowa:

„Kochany bracie! Dziękuję Ci za Twój list — pierwszy od ośmiu lat, może nawet od dziesięciu lub dwunastu. A z pewnością jeszcze więcej czasu upłynęło, od kiedy ja do Ciebie pisałem. Było tak zapewne dobrze: ponieważ słyszeliśmy o sobie zawsze tylko za pośrednictwem matki naszej, patrzymy na siebie właściwie tylko jej oczyma; panowała wskutek tego między nami zawsze czysta harmonja i zgoda, czuliśmy dla siebie tylko miłość i przyjaźń. Owe nieliczne chwile, w których spotykaliśmy się przy sposobności gdzieś na szerokim świecie, były zawsze zbyt krótkie, by mogły rzucić chociażby najlżejszy cień na idealny ten stosunek.

Jeśli więc nagle na list Twój odpowiadam — i jeśli piszę tak obszernie i dokładnie, jak to czynić [ 139 ]muszę, zrozumiesz, że mam ku temu bardzo ważne przyczyny.

Piszesz do mnie, kochany bracie, w wielkiej radości i natchnieniu. Będziesz miał wkrótce lat pięćdziesiąt, poznałeś — tak samo jak ja — kobiety we wszystkich pięciu częściach świata, możesz sobie więc pozwolić na sąd o nich. Zaręczyłeś się, za parę tygodni chcesz się ożenić. Młoda panna pochodzi z najlepszej rodziny, jest bardzo bogata, bardzo piękna, o kwitnącem zdrowiu, w dodatku inteligentna. Ubóstwiasz ją — ona Ciebie jeszcze bardziej — czego można jeszcze żądać? Na dziesięciu gęsto zapisanych stronach marzysz o wielkiem szczęściu swem — chcę wierzyć w każde Twe słowo, nie chcę przypuszczać, że jest w nich najmniejsza przesada. Z drugiej strony zaś wysoka pozycja Twa, dochody Twe, żelazna siła, męska piękność Twa — przepraszam za komplimenta, lecz za każdym razem, gdy odwiedzam matkę, muszę podziwiać najnowsze podobizny Twe i słuchać hymny pochwalne o Tobie! Jest słusznie dumna z Ciebie, i przyznać muszę — i ja nim jestem niemniej od niej. Zatem: wybrana Twa może być bardzo rada, że Cię dostanie — a różnica wieku nie ma przytem żadnego znaczenia. Koniec końców: niema najmniejszej chmurki na błękitnem niebie szczęścia Twego — powinienem się cieszyć [ 140 ]z Tobą i przesłać Ci gorące życzenia, by tylko zawsze tak zostało!

Ja zaś przeciwnie: zaklinam Cię na wszystko, błagam Cię: zerwij natychmiast z narzeczoną swą — nie żeń się!

Ty, kochany bracie, jesteś zdrów jak ryba, tak samo jak ja; z kobietą równie zdrową mógłbyś mieć z pewnością silne i zdrowe dzieci. O ile Ci wiadomo — i o ile mnie do tej pory wiadomem było — nie istnieje w naszej rodzinie — zarówno po stronie ojca, jak i po stronie matki — ani jeden wypadek, któryby dał powód do jakiejkolwiek obawy. Ojciec nasz doczekał się dość późnego wieku i przez całe życie swe był zdrów i silny, matka nasza ma przeszło osiemdziesiąt lat, a zdumiewająca fizyczna i umysłowa rzeźkość i ruchliwość jej znane są w całem mieście. A jednak: właśnie ze względu na nią muszę Cię przestrzedz, kochany bracie. Wiesz, że skłonność do pewnych chorób, szczególna nienormalność jakaś, dość często nie z rodziców na dzieci przechodzi, lecz jedno pokolenie przeskakuje: obawiam się tedy, że szczególna skłonność matki naszej mogłaby przejść na potomstwo Twe. Ja sam, kochany bracie, znajdowałem się trzy lub cztery razy w zupełnie tej samej sytuacji, w której Ty obecnie jesteś. Wówczas nie wiedziałem jeszcze tego, co teraz wiem, nie [ 141 ]wiedziałem nic o zdumiewającej naturze kobiety, która jest naszą matką. Był to chyba ukryty instynkt, który mnie za każdym razem chronił szczęśliwie od kroku, do którego Ty, zdaje się, obecnie jesteś zdecydowany: od żenienia się. Za każdym razem postępowanie me wydawało się wszystkim znajomym i przyjaciołom mym zupełnie bezsensowem, nawet omal że nie szalonem. Zaprowadziłoby to za daleko, gdybym ci opisał wszystkie wypadki moich zaręczyn i nagłych rozręczyn. O jednem tylko chciałbym Ci kilka słów powiedzieć — jestto charakterystycznem także i dla innych. Wówczas miałem się żenić nazajutrz z dziewczyną, o której mógłbym dziś jeszcze to wszystko powiedzieć, co piszesz w liście to swym o własnej narzeczonej. Miałem atoli wtedy jeszcze o wiele ważniejsze powody do żenienia się, które w Twoim wypadku wcale nie istnieją. Byłem bez żadnych środków, żyłem już przeszło rok tylko z długów — zdaje mi się nawet, że i Ciebie wówczas naciągnąłem. Nerwy me były zupełnie zniszczone, od miesięcy, żyłem poprostu cudem wszelkich możliwych środków. Właściwie tylko kobieta ta, w którą wierzyłem i którą kochałem, trzymała mnie przy życiu. Gdym się w przeddzień ślubu kładł wieczorem do łóżka, miałem pewne uczucie: nareszcie [ 142 ]wylazłeś z całego tego błota. Skręciłem światło w miłem przekonaniu, że uczynię nazajutrz pierwszy raz coś niezmiernie mądrego. Sypiamy zazwyczaj doskonale, Ty i ja; może to nas tak dobrze konserwuje. Dwie minuty po nakryciu się kołdrą — zasypiam mocno — dziś tak samo jak było zawsze. Ta noc była jedną z nielicznych w mem życiu, w której nie mogłem spać. Nie, żebym myślał nad czemśkolwiek. Lecz we mnie coś myślało. Było, jak gdyby coś obcego we mnie pracowało, by z ukrytej jakiejś głębi wydobyć uśpioną myśl. „Ja“, t. j. świadomość ma, przypatrywała się temu — miałem uczucie dziwnej ciekawości, czy owa myśl, która mi zresztą była zupełnie obojętną, wydobędzie się na jaw, czy nie. Szło to tak przez chwilę, potem próbowałem oderwać się od tego i wyobrazić sobie świadomie coś innego. Najbliższym dla mnie przedmiotem była naturalnie ma narzeczona. Wyobrażałem sobie tedy, jak wyglądać będzie w welonie ślubnym i z kwieciem pomarańczowem. W tej samej chwili atoli czułem, że owa utajona myśl, błąkająca się w podświadomości mej musi być właśnie w jakimś związku z mą narzeczoną — z narzeczoną w welonie i z wieńcem ślubnym. A za chwileczkę myśl ta wyskoczyła na jaw — i wbiła szpony swe w mózg mój, [ 143 ]utwierdziła się w nim: „nie idź z nią do urzędu! Nie prowadź jej do kościoła! Nie żeń się z nią!“

Przez chwileczkę byłem przerażony. Potem zaś myśl ta wydawała mi się taką komiczną, że wybuchłem głośnym śmiechem. Wyobrażałem sobie, jak bezgranicznie głupiem, jak bezsensowem, jak okrutnem i nikczemnem by to było! Tę, którą kochałem, i która mnie bardziej może jeszcze kochała, unieszczęśliwiłbym na życie całe, a nawet może popchnąłbym w rozdrażnieniu do samobójstwa. I niemniej siebie samego — gdyż istotnie w ówczesnem położeniu mem niedużo miałem wyboru! Wobec stanu rzeczy było to całkowitem szaleństwem wahać się choćby przez chwilkę.

A jednak — myśl utkwiła, kamienna, nieruchoma: „Nie żeń się!“

Starałem się więc odkryć powód jakiś, dlaczego się właściwie z nią żenić nie miałem. Lecz nie znalazłem żadnego. Cokolwiek mi na myśl przychodziło — było to zawsze wielką podporą dla decyzji żenienia się. — Ale zerwanie migotało jak ognik błędny, tu i tam, zawsze nieuchwytne.

Starałem się na wszystkie sposoby usnąć. Nie szło. Wstałem, odkręciłem światło, nałożyłem kimono i biegłem tak po pokoju. Próbowałem czytać, paliłem jeden papieros po drugim. Chodziłem [ 144 ]z jednego pokoju do drugiego, gapiłem się na każdy i na każdy mebel, otworzyłem okno, wyglądałem — starałem się wszelkiemi sposobami oderwać się od tej myśli.

Lecz ta mnie nie odbiegała. Trzymała mnie: „Nie czyń tego!“

Wreszcie siedziałem przy biurku. Pisałem długi list do jakiejś kobiety, z którą łączył mnie niegdyś stosunek, opowiadałem jej, że się żenię, żegnałem się. Był to list bardzo nienaturalny — zupełnie zbyteczny, gdyż od długiego czasu już nie miałem z tą kobietą nic wspólnego. Miałem świadomość tego od pierwszej chwili. Jednak pisałem list ten. Wyobrażałem sobie potem, coby była powiedziała, gdyby go otrzymała. I coby znowu powiedziała, gdybym przyszedł sam kilka godzin później, by oświadczyć jej, że jednak się nie ożeniłem.

Naturalnie, że podarłem list.

Potem wziąłem świeży arkusz — przysięgam Ci, że nie „ja“ pisałem, aczkolwiek ręka ma prowadziła pióro po papierze. Pióro pisało do narzeczonej mej: „Nie ma sposobu. Nie mogę się żenić. Nie wiem, z jakiego powodu — lecz nie mogę.“

List ten ręka ma włożyła do koperty, napisała adres i nalepiła marki: Nogi me zniosły go na dół, [ 145 ]po schodach, na ulicę — tak dostał się do skrzynki pocztowej.

Wróciłem na górę, położyłem się do łóżka, zasnąłem natychmiast.

Nazajutrz zrana przypomniałem sobie całkiem dokładnie, co uczyniłem. Miałem tylko jedno uczucie — pragnąłem uniknąć oświadczeń i rozpraw. Spakowałem kuferek ręczny, pojechałem na dworzec, kupiłem bilet — dokądkolwiek — i odjechałem.

Od tego czasu dużo lat już upłynęło. Często i bardzo głęboko nad tem się zastanawiałem; musiałem sobie zawsze powtarzać, że postąpiłem wprost sprzecznie z rozsądkiem, że zburzyłem własne szczęście i szczęście innych w sposób bezsensowy, dziecinny i okrutny. A jednak równocześnie nie mogłem pozbyć się uczucia, że była to — z tem wszystkiem — jedyna rzecz słuszna i możliwa, aczkolwiek nie mogłem odkryć ani cienia powodu.

Zupełnie podobnie, chociaż nawet w przybliżeniu nie tak jaskrawo, postąpiłem i w innych wypadkach. Zawsze byłem najpierw silnie zdecydowany do żenienia się, czem bardziej atoli ten dzień się zbliżał, tem przykrzejszych doznawałem uczuć, tak że ostatecznie uwolniłem się odmową. Naturalnie, że szukałem zawsze nieświadomie powodu jakiegoś [ 146 ]— i znajdowałem go też. Wmawiałem w siebie wtedy zawsze, że jest to powód bardzo słuszny; dziś, zastanawiając się nad tem, widzę, że wszystkie me uzasadnienia były zupełnie niedostateczne. Raz napisałem arcysentymentalny list odmowny, kulminujący w zdaniu, że nie mogę poświęcić wolności swej i dać się zamknąć w złotej klatce.“

Innym razem —

Lecz nie chciałbym nudzić cię temi wspomnieniami. Wystarcza, jeśli Ci zapewnię, że zawsze sam siebie okłamywałem, wmawiając w siebie, że z tego czy innego powodu cofam się przed małżeństwem. Widzę dziś, że wszystkie wybiegi me były czystym nonsensem — nie trafiały też nigdy do przekonania drugiej strony. Dziś zaś wiem, z jakiego źródła płynął ów opór instynktowny, który za każdym razem wstrzymywał mnie od takiego stanowczego kroku.

Od trzech miesięcy przeszło bawię teraz u matki naszej; po wielu latach widziałem ją znowu poraz pierwszy; mam mało do czynienia; spędzam z nią tedy codziennie wiele godzin sam na sam. Tak od niechcenia, nie mając właściwie wcale zamiaru, obserwowałem ją w ciągu tych tygodni bardzo dokładnie. Miałem znowu raz owe nieświadome uczucie, że powinienem czegoś szukać.

Szukałem tedy. I znalazłem — [ 147 ] Oto rezultat: Ty i ja, my obaj nie powinniśmy się nigdy żenić. A to dlatego, że zachodzi wielka możliwość, że z przeskoczeniem jednego pokolenia, jedno lub drugie z dzieci naszych mogłoby oddziedzieczyć naturę matki naszej. Mogłoby zostać tem, czem ona jest — czarownicą.

Zapewne w tem miejscu śmiać się będziesz. Może potem po chwili, spoważniejesz, potrząśniesz głową i zaczniesz z lekka wątpić o poczytalności mej. Niech i tak będzie. I mnie samemu — gdy odkrycie me poraz pierwszy jasno stanęło przed oczyma memi, owe słowo tak bezsensowe, śmieszne, niewinne i dziecinne zarazem w naszych czasach — „czarownica“ — wydawało się nie mniej absurdem. Sam zwątpiłem w swój rozum — zupełnie tak jak Ty to uczynisz. Lecz czytaj tylko dalej; jeżeli po tem, co się dowiesz, będziesz jeszcze mógł wątpić, gdyby mi się nie udało przekonać Cię o prawdzie opowiadania mego — w takim razie uczyń z lekkiem sercem to, co ja zowię zbrodnią wobec ludzkości: ożeń się! Płodź dzieci, obdarzaj świat — czarownicami!

∗             ∗

Znasz naturalnie, podobnie jak ja, ów czar zdumiewający, właściwy matce naszej — czar, któremu nie tak łatwo ktoś się oprzeć może. Każde dziecko zna ją w mieście tak samo, jak każdy dorosły. Jeśli [ 148 ]zrana wychodzi z laską swą, to napewne na każdym rogu stoi jakaś istota żeńska lub męska, która przeprowadzi ją na drugą stronę ulicy i uważa na to, by ani auto ani rower ani tramwaj zbytnio się do niej nie zbliżyły. Skoro poczyniła zakupy, napewne przystąpi do niej jakieś dziecko na ulicę z prośbą, by wolno mu było nosić jej pakieciki. W tramwaju, w omnibusie, na statkach reńskich nie powstaje jeden tylko pan, siedzący właśnie przed nią, by zaofiarować jej miejsce swe, nie, wszyscy panowie i wszystkie panie współzawodniczą w tem, by odstąpić jej miejsce. Uprzejmość personalu w operze, w teatrze i w salach koncertowych, podobnie jak w sklepach i restauracjach, w których czasem jadamy kolację, jest zdumiewającą, zawstydzającą wprost — rzekłbyś, że ci ludzie ubiegają się o to, by módz okazać jej jakąś grzeczność. Co wieczór, gdy się z nią wybieram na przechadzkę, dziwię się na nowo. Znajomi, panowie i panie, a nawet dzieci, mające właśnie kwiaty w ręku, zbliżają się, by jej te kwiaty wręczyć; przytem nie ma dnia, w którym by jej nie przysłano do domu kwiatów w wazach lub doniczkach. Mnie przypada co rana obowiązek podlewania tych kwiatów; trwa to jakie minut czterdzieści. Nie wiem, czy pisała Ci kiedykolwiek o „imieninach“ swych. Parę lat temu przyszło jej na myśl, że jeden jedyny dzień urodzin [ 149 ]nie wystarcza na cały długi rok, postanowiła tedy święcić też swe „imieniny“. By stwierdzić ich datę, zaglądnęła do kalendarza — nazywa się, jak wiesz: Janina Nepomucena Hubertyna Marja. Huberta mamy raz tylko, w listopadzie, Jana Nepomuka również raz. Lecz wszystkie inne dnie — poświęcone św. Janowi i Marji Pannie — tych jest moc cała — to prawdziwa rozkosz! Oświadczyła tedy, że nie może się zdecydować do tego właśnie czy owego dnia — obchodzi je więc wszystkie! To się rozgadało a od tego czasu krewni, znajomi i sąsiedzi posyłają kwiaty i podarunki na wszystkie te imieniny — jest ich parę tuzinów. Balkon jej, wychodzący na ogrody klasztorne, jest istotnym koszem kwiatów; o porze herbacianej przesiaduje na nim w gronie młodych ludzi, malarzy, rzeźbiarzy, muzyków, śpiewaków, aktorów — panów i pań. Bywają i inni ludzie — lecz sztuka góruje zawsze. I zawsze: młodzież — nie lubi starych ludzi. Ty i ja — my już dla niej właściwie zbyt starzy, tylko że w nas, jako w dzieciach swych, widzi zawsze jeszcze małych chłopaków. A to pewna, że stara matka nasza między wszystkimi zawsze jest najmłodszą — taka żywa, taka wesoła, taka pełna tryskającego dowcipu. Ludzie zawsze mówią, że musi być w posiadaniu jakiegoś [ 150 ]tajemniczego, odmładzającego płynu — wówczas się uśmiecha.

Naturalnie że ona panuje; nie znosi innej woli w domu. Co do mnie, ciągle jeszcze mnie „wychowuje“ i dyktuje mi codziennie kary. Pięć marek za to, że się spóźniłem na śniadanie, dwadzieścia marek za ironiczny uśmiech, trzydzieści za to, że nie chwaliłem kawy tak jak zwykle, dziesięć za zachmurzoną minę i t. d. Oblicza wszystko bardzo tanio, jak widzisz, lecz płacę jednak conajmniej pięćdziesiąt marek kary dziennie. Matka zaś bardzo zadowolona, że odkryła to nowe źródło dochodów. Niema najmniejszego zmysłu dla wartości pieniędzy; pomaga każdemu, który znajduje się w potrzebie i zadłuża się naturalnie jak student. I podobnie bez frasunku zbiera rachunki i wręcza je dla wyrównania mnie lub Tobie, kochany bracie, kto z nas właśnie u niej bawi.

Zapewne, że wszystko to jest zachwycające; podobnie jak każdy inny, tak i ja oczarowany jestem wdziękiem starej damy, którą wolno nam nazywać matką. Wszystko w niej jest harmonijne; a niektóre małe wady służą tylko do tego, by całość uczynić bardziej jeszcze pociągającą. A jednak kobieta ta jest — [ 151 ] Zazwyczaj nie długo po jedenastej udaje się na spoczynek. Odprowadzam ją wówczas do sypialni, życzę jej dobrej nocy i idę do swego pokoju. Przed niedawnym czasem zapomniałem był jakąś książkę; zeszedłem tedy ponownie, by ją poszukać. W przedsionku zapukałem ostrożnie do drzwi jej pokoju. Nie ma odpowiedzi. Ponieważ nie mogła jeszcze usnąć, zapukałem ponownie, wreszcie otworzyłem ostrożnie drzwi. Pokój był nawpół oświetlony, łóżko nienaruszone. Poszedłem przez jadalnię do jej buduaru; tam spostrzegłem ją, siedzącą na fotelu. Była zupełnie ubrana, łokcie oparte na stole, głowę trzymała w rękach. Oczy jej były szeroko rozwarte — i patrzały w próżnię. Wszedłem, zrazu cicho; potem spowodowałem umyślnie lekki szmer — zdawało się, że mnie nie słyszy. Przestraszyłem się — czy może jej się coś przydarzyło? Lecz już drugie spojrzenie uspokoiło mnie — żyła i oddychała. Usiadłem więc, nieco oddalony od niej, na kanapie i obserwowałem ją.

Nie ruszała się. Rysy jej były nieruchome, lecz nie zdrętwiałe, oko widocznie żyło. Chwilami zdawało się, że dreszcz jakiś nią wstrząsa — lecz być może, że się mylę, co do tego: Nie było światła w pokoju, tylko pełnia księżycowa sierpniowej nocy wpadała przez okno szeroko rozwarte — siedziała w tem [ 152 ]świetle srebrzystem. Siedziałem tak cicho jak ona; czekałem, czekałem, aż się stanie cośkolwiek. Lecz nic się nie stało. Słyszałem, jak bił zegar na schodach; było właśnie pół do dwunastej.

Czułem, i byłem tego zupełnie pewny, że znajdowałem się tu wobec rzadkiej tajemnicy; lecz nie mogłem sobie jeszcze niczego skombinować. Nie działo się nic, zgoła nic. Nareszcie snać obudziła się z tego tranzu, westchnęła lekko raz lub dwa razy, potem uśmiechnęła się. Wstała, uśmiechnęła się ponownie, uczyniła parę niepewnych kroków w kierunku do okna. Była obecnie bezprzecznie zupełnie przytomna; widziałem, jak zerwała kilka zwiędłych liści geranjum i wyrzuciła je oknem. Następnie wróciła, nie zauważywszy mnie wcale w kącie mym, i pewnymi krokami udała się do sypialni.

Zakradłem się pod drzwi, nadsłuchiwałem. Słyszałem, jak się myła, rozbierała, jak się położyła do łóżka. Potem, po bardzo krótkim czasie spokojny oddech śpiącej. Cichutko wyszedłem z pokoju; na zegarze nie było jeszcze pół do pierwszej. Stan odrętwienia jej trwał tedy conajwięcej czterdzieści minut.

W następnych wieczorach kontynuowałem obserwację; wchodziłem cicho do buduaru jej, gdy się już cofnęła do sypialni i czekałem w kącie swym. [ 153 ]Czekałem wiele godzin z rzędu — nie zjawiała się atoli. Dopiero czwartej nocy weszła ponownie. Nie o tej samej godzinie, jak za pierwszym razem — lecz nieco później. Widocznie świadomie lub nieświadomie czekała na całkowite wejście pełni. Wstąpiła cicho do pokoju i usiadła na fotelu — nie na tym, na którym siedziała ostatnim razem, lecz znowu w pełnem świetle księżycowem. I pozycja jej nie była tą samą. Tym razem ręce jej opierały się na poręczach i tak patrzała nieruchomo w dal. Mogłem dokładnie zbadać czas — siedziała trzydzieścisześć minut bez ruchu. Potem znowu cicho się cofnęła.

W następnych nocach i tygodniach nic. Zrozumiałem, że musi to być w jakimś związku z pełnią księżycową — czekałem tedy aż do września. Wówczas znowu się zjawiła; w ogólności było to to same zjawisko, co poprzednio. Tej nocy zaszło atoli coś, co mnie zbliżyło nieco do rozwiązania zagadki. Podczas gdy matka kąpała się w promieniach księżycowych — wygodnie tym razem niebieskawo-srebrzyste pukle jej rozpuszczone były — uczyniłem jakiś ruch niezręczny, wywróciłem mały stolik, na którym stały dwie wazy z kwiatami. Lecz mimo nader głośnego uderzenia, matka się nie ruszyła; widocznie nic nie słyszała. Ciało jej siedziało tu przedemną [ 154 ]w świetle księżycowem — lecz dech jej oddalony był o setki mil. Potem, gdy wróciła do sypialni swej, znowu podsłuchiwałem pod drzwiami — wówczas usłyszałem nagle, że się zbliża ku drzwiom. Zrobiłem rychło światło, podeszłem do stołu, jak gdybym czegoś szukał. Matka otworzyła drzwi. „Czy zapomniałeś coś?“, zapytała. Głos jej brzmiał spokojnie jak zawsze; nic nie przypominało stanu somnambulicznego, w którym się znajdowała przed kilkoma jeszcze minutami.

Odpowiedziałem, że szukam kieszonkowego pióra swego; śmiała się i powiedziała, że zostawiła zegarek swój. Ucałowałem ją jeszcze raz na dobranoc, ona zaś znowu przypominała, bym tylko nie przyszedł za późno na śniadanie.

Było tedy pewnem, że albo zupełnie sobie nie przypomniała transu swego, lub też, że tak już była przyzwyczajona do tego stanu, iż wcale już nań nie zwracała uwagi i po kilku minutach zupełnie o nim zapominała. Równocześnie zaś sen ten somnambuliczny był tak silnym, że nawet hałas tak wielki, jak wywrócenie stolika z wazami nie zdołał jej obudzić. I pewnem też było, że w tych godzinach zachwytu świadomość jej — duch jej, czy dusza, nazwij to jak chcesz — opuszczała ciało jej i znajdowała się gdzieindziej. [ 155 ] Lecz gdzie? Oto co należało wytropić.

Zestawiłem cały szereg drobnych szczegółów, które zawiodły mnie na trop, coprawda bardzo zwolna tylko. Niektóre z nich obserwowałem obecnie dopiero. Po nawiększej części zaś znałem je już od długich lat; jeno że nie przypisywałem im dawniej żadnego znaczenia. Wiesz, kochany bracie, że mamy w ogrodzie naszym wiele żab i ropuch. Pięknych, wielkich ropuch z zielono i żółto-złocistemi oczyma — wyznaję, że podzielam całkowicie zamiłowanie matki dla tych zwierząt. Czy przypominasz sobie, jak w latach chłopięcych nastawialiśmy dla nich garnuszeczki z mlekiem? Prawdopodobnie pędraki i dżdżowniki byłyby bardziej pożądane. Wiesz też, że matka czasem schodzi do ogrodu, że się cieszy, skoro ropucha jakaś biegnie przez ścieżkę, że czasami mówi też do tych zwierząt. Lecz nowem będzie dla Ciebie coś, co zauważyłem przed paru tygodniami. Szukałem około zmierzchu matki, by wyjść z nią na przechadzkę, usłyszałem potem cichy jej głos w ogrodzie. Zeszedłem — szła zwolna po ścieżkach i trzymała na jedwabnej wstążeczce olbrzymią brązową ropuchę, którą prowadziła jak pieska. Mówiła do niej. Gdym przystąpił, śmiała się, powiedziała, że ,Lisa‘ dziś bardzo niegrzeczna i że nie ma ochoty iść z nią; opowiadała mi potem, że już [ 156 ]jako mała dziewczynka bawiła się z ropuchami, prowadząc je na sznurku. Następnie odwiązała zwierzę i posadziła je między muchomory, rosnące obok wielkich paproci: i to jest takim małym znakiem — te grzyby! W jakim przyzwoitym ogrodzie toleruje się jadowite grzyby? Matka nasza zaś rok w rok walczyła z ogrodnikiem, by pod żadnym warunkiem nie ruszył tych grzybów. Otóż, w parę dni później, gdy przyszedł ogrodnik, by urządzić grządki, zapytałem, jakie rodzaje grzybów właściwie mamy w ogrodzie. Obok muchomorów rosną tam: pantery, grzyby djabelskie — wszystko to jadowite jak grzech. Ale nie znajdziesz ani jednego grzybu nieszkodliwego w naszym ogrodzie.

To mi nasunęło myśl, przyglądnąć się raz bliżej kwiatom i roślinom, które trzymała w pokoju. Jest tam naturalnie wielka ilość całkowicie nieszkodliwych; wobec tego, że cały świat przynosi kwiaty matce naszej, jest to zupełnie naturalnem. Przy sposobności tak pokierowałem rozmową, by sama powiedzieć musiała, jakie rośliny i kwiaty szczególnie ceni. Większą część lubieńców jej znałem już od lat wielu. Czy przypominasz sobie, kochany bracie, że już na Boże Narodzenie posyłano nas do ogrodu klasztornego lub do parku, by szukać tam pod śniegiem białych ciernierników? Róża zimowa była [ 157 ]zawsze pierwszym kwiatem w roku, który matka chciała mieć za wszelką cenę — tak jak zimokwit był ostatnim. A jak Ci wiadomo, oba te kwiaty są bardzo jadowite. Olbrzymie bukiety złocienia rosną na wiosnę w wazach jej później naparstnice i lisie róże. Na jesień i zimą porozstawiane są wszędzie wielkie donice fjołków alpejskich, bardzo prędko miewa potem małe anemony i rozmaryny. Otóż dobrze — wszystkie te kwiaty są arcyjadowite. Odpowiesz mi, kochany bracie, że niemniej przeto są bardzo piękne i że matka miewa wszak obok tych kwiatów jadowitych także wielką ilość nieszkodliwych. Zgadzam się — a nawet daruję Ci jeszcze jej psiankę i cykutę, chociaż zapewne w niewielu domach je znajdziesz. Lecz w czem polega piękność mleczka i djablego oczka? A te rosną u nas w ogrodzie i w doniczkach. Najdziwniejszą rzeczą jednak są wazony z tym obrzydliwym szalejem. Musisz przyznać, kochany bracie, że trzebaby długo szukać, zanimby można znaleść to w innym domu.

Dziwnem zaś jest, że właśnie te rośliny najbardziej ceni. Lubi róże — zapewne, lecz pełna gałązka żółtych kwieci złocienia jest jej znacznie milszą. A dziwna ta predylekcja jest zupełnie instynktowną: nie kocha tych kwiatów bynajmniej dlatego, że są jadowitemi. O niektórych wie to bez wątpienia, nie [ 158 ]wyciągając atoli żadnych dalszych konsekwencji z tego faktu. Z drugiej strony zaś stwierdziłem w sposób najpewniejszy, że o jadowitości niektórych roślin i kwiatów swych nie ma pojęcia. Była niezmiernie zdziwioną, gdy jej powiedziałem, że ciemierniki i anemony są jadowite — a że i fjołki alpejskie niemi są, wprost mi wierzyć nie chciała. Nie może wcale być inaczej: owóż samo tajemne uczucie, które czyni jej tak sympatycznemi żaby i ropuchy, budzi w niej też zamiłowanie do jadowitych grzybów i roślin.

Zresztą z całą tą kwitnącą trucizną niczego właściwie nie poczyna. Czasem ją głaska, czasem też całuje szczególnie piękny kwiat — lecz czyni to także z najniewinniejszemi kwiatami brzoskwiniowemi, z fuksjami i zwyżlinami. Jedyna z roślin jadowitych, którą się czasami zajmuje, jest zarazem najbrzydsza z wszystkich — szalej. Co ona z nią czyni, nie mogłem nigdy stwierdzić, lecz widziałem, że zabiera czasami jedną z doniczek — ma ich cztery — do sypialni swej.

Muszę przerwać, kochany bracie — matka woła.

∗             ∗

Matka wołała — tym razem musiałem pójść z nią do ogrodu zoologicznego. Chodzi tam często — i powiadam Ci, kochany bracie, zwierzęta są dla niej [ 159 ]zupełnie takie same, jak ludzie; każde z nich przylatuje, pcha się do kraty, gdy ona przychodzi. Co prawda, bierze z sobą zawsze kilka wielkich walizek ręcznych pełne żeru. Tym razem musiałem aż wlec z sobą mały worek — kasztany dojrzały i wysłano mnie najpierw do ogrodu, by zebrać wszystkie, które spadły z drzew. Że słonie i wielbłądy, niedźwiedzie i małpy, sarny i jelenie, a nawet króliki i świnki morskie poznają kogoś, co im zawsze coś przynosi, nie jest ostatecznie dziwnem, ani to, że się przyzwoicie zachowują, skoro raz zasoby już rozdane i jedno lub drugie z zwierząt nic nie otrzymuje. Lecz skąd pochodzi sympatja u owych zwierząt, których żywić nie wolno — lub których żeru — surowego mięsa lub ryb — istotnie przynosić z sobą nie można?

Pojmuję, że niedźwiadek skacze z radości, skoro sędziwa niewiasta zbliża się do klatki jego, by dać mu kawałek cukru i że płacze prawie jak człowiek, gdy się z nim żegna. Lecz nie rozumiem zupełnie, dlaczego stary marabu, który zresztą cały dzień stoi na jednej nodze wśród łąki i bardzo pogardliwie spogląda na ludzką hołotę, nagle, skoro matka się zbliża, przypomina sobie, że ma jeszcze drugą nogę. Że przybiega natychmiast, by wykonać zwarjowany jakiś taniec fakirów, który akompanjuje, klekocząc melodję jakąś starym swoim dziobem! Dlaczego [ 160 ]podnosi się tygrys z ciemnego swego kąta, zbliża się, przesuwa się przed kratami i wydaje z siebie dziwne tony. Dlaczego lwy morskie płyną przez wodę, wyłażą na brzeg i okazują najwidoczniej radość swą. Wszak wiedzą doskonale, że matka nie przynosi dla nich ryb, podobne jak dzikie zwierzęta wiedzą, że nie ma dla nich surowego mięsa!

Jedyne w ogrodzie zwierzę, które nie podziela tego nastroju radosnego, jest zarazem owem, które matka obdarza szczególną swą łaską. Należy do rasy dzikich, andaluzyjskich kóz górskich z Sierry Newady, jest to olbrzymi, szarawo-biały kozioł. Drab ten stoi gdzieś z tyłu na skale i ani myśli zejść, podczas gdy kozy doń należące spierają o łakocie, które matka im podaje. Starego musi wołać, prawie prosić, by zeszedł. Wreszcie decyduje się, schodzi bardzo majestatycznie, zbliża się zwolna, miarowym krokiem, ku kratom. Bierze wprawdzie cukier: ale bierze go tak jak gdyby sprawiał tem wielką łaskę. Ma wspaniałą brodę, wielki, krzywy nos i parę szarych oczu. Krótkie rogi sterczą nad kudłatemi uszyma — rzeczywiście stary drab wygląda zupełnie po ludzku, jakby sam wielki bożek Pan. Czuć go, to prawda, i matka chętnie wyciąga flaszeczkę z wodą kolońską, by go nieco pokropić. [ 161 ] Zresztą popularność jej u rodu zwierzęcego nie ogranicza się bynajmniej na ogród zoologiczny. Każdy pies i każdy kot w tej chwili zawiera z nią przyjaźń, taksamo, jak to czyni każdy koń, stojący przed wozem na ulicy. W dzikiem winie i bluszczu, który obrasta dom nasz po stronie ogrodu, są tuziny ptasich gniazd, taksamo, jak w krzakach i na drzewach ogrodu. Szpaki i kosy są zawsze gośćmi naszymi, skoro siedzimy przy śniadaniu na balkonie. Mała, czerwona wiewiórka, klasztornym, mieszkająca gdzieś w ogrodzie, przychodzi codziennie z samego rana do sypialni matki i zabiera sobie orzechy, które matka kładzie na swój stolik. — Latem do każdego domu wlatuje przez otwarte okno motyl jakiś; korzysta potem z najbliższej sposobności, by wydostać się znowu na wolność. Lecz myśmy tego lata zawsze mieli motyle w domu. Niektóre z nich zostawały po dwa, inne po trzy lub cztery dni; jeden, piękny pawik, bawił przeszło tydzień w buduarze matki. Od pewnego czasu zaś mamy nawet świerszcza w pokoju. Nie przyszedł sam z siebie jak motyle. Na jednym z wieczornych naszych spacerów przechodziliśmy obok piekarni, gdzie ćwierkał piosenkę swą. Matka weszła bezzwłocznie do sklepu, żądając od piekarza świerszcza. Ten uśmiechnął się i odpowiedział, że z pewnością [ 162 ]chętnieby go jej dał, gdyby tylko mógł go schwytać. Lecz jest to niesłychanie trudnem — świerszcz ten już od tygodni jest w piekarni, lecz nikt go jeszcze nie widział. Matka weszła tedy do samej piekarni — powiadam Ci, kochany bracie — małe, czarne zwierzątko to było pierwszem, cośmy zobaczyli na podłodze. Dało się spokojnie schwytać przez matkę i zanieść do domu w pudełku od zapałek.

„Przypadek!“, zawołasz, kochany bracie. „Wszystko to przypadek!“ Nie powiadam wcale, że to coś innego! Każdy z osobna z faktów, o których dotychczas Ci doniosłem, i o których jeszcze Ci napiszę, może być przypadkiem. Lecz potem zbierz wszystko razem — i powiedz mi, czy może być ciągle jeszcze mowa o „przypadku?“

Taki jest stosunek matki do ludzi, zwierząt i roślin. Zobaczysz zaraz, jak się odnosi do innych rzeczy.

Do klejnotów nie przywiązuje najmniejszej wartości. Nosi ciągle jeszcze małą, czarną broszkę emaljową z Twoim — czy moim? — pierwszym ząbkiem. Klejnoty swe dawno już rozdarowała, niektóre leżą może jeszcze zapomniane w szafie. Dzieła sztuki wiszące i stojące w domu są Ci znane. Owe nieliczne z nich, które matka sama zebrała w ciągu życia, to wyłącznie niemal zwierzęta i potwory. [ 163 ]Wszędzie ropuchy, z bronzu i porcelany, potem ślimaki, szarańcze, jaszczurki i inne zwierzęta. Pozatem zaś wszelkie możliwe istoty bajeczne. Ma wielką, bardzo piękną boginię „Bast“, to jest owa egipska pani, wiesz, z kocią głową. Matka twierdzi, że figura ta umie fruczeć jak żywa: trzeba tylko zamknąć oczy. Lampy na biurku jej, obok łóżka i na innych miejscach są kopjami bronzowemi smoczych głów, wypluwających wodę z Notre-Dame. — Powiadam Ci, kochany bracie, że matka nasza zaprzyjaźniona jest z najdzikszemi wytworami fantazji gotyckiej. Ma zdecydowaną predylekcję dla istot potwornych wszelkiego rodzaju, dla dziwacznych mięszanin z ludzi i zwierząt, wszystko jedno, czy są pochodzenia egipskiego, czy asyryjskiego, chińskiego, czy indyjskiego. Lecz wszystko co gotyckie, snać jednak najbardziej odpowiada jej smakowi. Posiada całe mapy z reprodukcjami, drzeworytami, drukami, fotografjami i t. p., które przegląda chwilami i chętnie pokazuje; cieszy się bardzo, gdy jej ktoś przyniesie nowy karton. Sądzę nawet, że kolekcja „Tentacji św. Antoniego“ jest prawie kompletną. Znamiennem przytem jest, że żadna książka nie jest milszą, aniżeli utwór Flauberta, traktujący o tym przedmiocie — a przyznasz, że nie zalicza on się bynajmniej do lekkiej lektury. Jest to szczególnem, że matka nie [ 164 ]pamięta nazw wszystkich tych dzikich, djabelskich sekt, gnostyków i manichejczyków, ofitów, markończyków, pryscyljan i t. d., podobnie jak zapomniała imiona proroków ich i czarowników Ireneusza, Szymona Magusa, Apollonjusza, Walentyniana, Markusa, Montanusa i innych. Ale: kult ich zna bardzo dokładnie i opowiada go słowami Flauberta.

Wszystko to wcale nie jest dziwnem. Dlaczego nie miałaby się interesować tem tak samo jak czemkolwiek innem? Ale czy można powiedzieć to samo, gdy idzie o — miotły? W ciemnym, wąskim korytarzu, wiodącym z innych pokoi do sypialni jej, ustawiła matka nie mniej aniżeli czterdzieścitrzy miotły, nowe i stare — zdaje mi się, że w domu naszym nigdy jeszcze nie wyrzucono wysłużonej miotły. Pensjonuje się je, jak urzędników państwowych, wiszą rzędami po obu stronach wąskiego korytarza. Nie widzi się ich, gdyż ze strony schodów zasłona zakrywa korytarz — jest to jednak pewnem, że możnaby w domu znaleść o wiele odpowiedniejsze miejsca dla tej kolekcji mioteł. Ogromny spichlerz jest prawie zupełnie pustym, a obok kuchni, koło ogrodu również jest dużo miejsca — możnaby tam wygodnie pomieścić setki mioteł. Ale nie, stłacza je gęsto wszystkie razem w małym, wąskim korytarzyku obok sypialni swej! [ 165 ] Co więcej — jedna lub dwie wielkie miotły stoją w samej sypialni jej, za małą zasłoną w kącie, tam gdzie stoi tualetka jej.

Wiesz, że kilku bardzo tęgich lekarzy bywa u matki, nie zawodowo, lecz w charakterze przyjaciół. Mówi im wprawdzie zawsze, że nie mają o niczem pojęcia, jednak radzi ich się przy każdej drobnostce i spełnia przepisy ich sumiennie. Nie ma najmniejszej słabości dla szarlatanów i olejkarzy — jednak sama fuszeruje bezustannie. Nie leczy samej siebie — ale całe sąsiedztwo i to zawsze z zadumiewającym skutkiem. Zakres jej, co prawda, jest dość ciasnym. Usuwa ona tylko nagniotki, jęczmienie, brodawki i piegi. Na nagniotki używa brązowej maści, którą sama preparuje; nacierając nią nogę, trzeba trzy razy zmówić „Ojcze nasz“. Przeciw jęczmieniom „Ojcze nasz“ widocznie nie pomaga; kuracja jest nieco bardziej skomplikowana, a najskuteczniejszem przytem środkiem pomocniczym jest „Ave Maria“. Naciera jęczmień ślubnym swym pierścionkiem, najchętniej przy świetle księżycowem — trwa to trzy „Ave Maria“. Traktowanie brodawek trwa nieco dłużej. Istota obrośnięta brodawkami musi przez dwa tygodnie przychodzić co drugi dzień i dostaje trochę zielonej maści. Podczas gdy ta się suszy — najlepiej na słońcu — trzeba modlić się [ 166 ]„De profundis“. Że ta kuracja skutkuje, nie podlega wątpliwości; widziałem na własne oczy, jak pół tuzina silnych brodawek powoli znikło. Jeszcze ciekawszem jest leczenie piegów; procedurę tę przeprowadza się tylko na wiosnę. W ostatnich trzech tygodniach kwietnia, młode dziewczęta — nie słyszałem jeszcze o chłopcu, któryby był przebył tę kurację — zrana i wieczorem nacierać sobie muszą twarz maścią, w tym wypadku niebieskawą, i zmawiać przytem parę „Salve Regina“. Zważywszy, że matka zalicza do pacjentek swych nietylko pobożne katoliczki, lecz również córki protestantów, żydów i wolnomyślicieli, wymaga, by przedtem modlitwy tej wyuczyły się dobrze na pamięć, podobnie jak „Ave“ i „Ojcze nasz“.

Pierwszego maja dziewczyna musi wstać bardzo wcześnie, i nie wypowiedziawszy przedtem słowa, wybiedz do ogrodu. Tam musi się rzucić na trawę i wycierać nią twarz swą, kąpać ją porządnie w rosie pierwszego dnia majowego. Następnie znowu przez trzy tygodnie nacierać się maścią i zmawiać „Salve Regina“ — wówczas piegi znikają! A mówię Ci, kochany bracie, że znikają istotnie — zupełnie tak samo jak jęczmienie i brodawki i nagniotki. Mała Szarlotka, córeczka doktora, wierzy w matkę i twierdzi, że rozumie o wiele więcej od ojca jej, który nie umiał poradzić jej na piegi — a jeżeli twierdzi, że [ 167 ]jest tylko lekarzem na nerwy, a nie od nagniotek, to jest to czczą wymówką! A i doktór sam jest bardzo zadowolony z gładkiej twarzyczki Szarlotki swej i oświadcza, że chętnie się zgadza na tę konkurencję, a nawet przyjmuje chętnie „Salve Regina“ i cały hokus pokus. Matka posiada też całą skrzynię pełną zasuszonych koników morskich — te bowiem, zaszyte do spodni lub spódnic, są znakomitym środkiem na hemeroidy. Zdaje się jednak, że w mieście naszem cierpienie to jest mniej rozpowszechnionem. W każdym razie nie znam nikogo, coby używał konika morskiego, wyjąwszy pewną starą praczkę. Ta, co prawda, twierdzi, że jest to znakomity środek.

To wszystko jest nieszkodliwą zabawką. Lecz wiele mniej niewinnem jest coś innego. Matka nie wróży nigdy, nigdy nie czyta z ręki, z kart ani z innych rzeczy. Gdy mowa o tem, oświadcza zawsze, że to wszystko głupstwa. Natomiast — życzy. Nie czyni tego często, tylko parę razy do roku. Lecz zawsze z skutkiem zdumiewającym. Jest to wprost niesłychanem, co ludzie o tem opowiadają. Skoro ktoś, co był dla niej uprzejmym, czuje się bardzo nieszczęśliwym, to życzy mu ,czegoś dobrego‘. Nigdy nic określonego, zawsze tylko: czegośkolwiek. Pewien młody rzeźbiarz bywał w domu jej przez długie lata; przypadkiem dowiedziała się, że literalnie [ 168 ]umierał z głodu i że od długiego czasu nie zarobił ani feniga. Przy następnej wizycie jego, zaprowadziła go samego do ogrodu i powiedziała mu, że w przyszłych tygodniach będzie miał dużo szczęścia. Pytał się naturalnie o szczegóły, ale nie chciała mu ich zdradzić. Tylko: że będzie miał szczęście, że będzie mu tego ,życzyć‘. W ciągu miesiąca artysta sprzedał pięć rzeczy na wystawie, pozatem dostał zamówienie na bardzo duży nagrobek i na trzy biusty. Słyszałem tę historję od niego samego; matka nigdy nie mówi o podobnych rzeczach. Dodał, że w owej chwili, gdy matka mówiła do niego w ogrodzie, nabrał niezłomnego przekonania, że jest istotnie w stanie ,życzyć szczęścia‘. Co prawda stwierdziłem, że w tym wypadku przynajmniej, matka skorygowała nieco szczęście: dwie z rzeczy na wystawie kupiono wskutek jej interwencji; jedną nabył dyrektor muzeum, drugą bankier jej. Lecz inne? — Przypadek! Tak, zapewne, wszystko jest tylko przypadkiem!

Znasz chyba anegdotkę o uczniu, któremu pan profesor wytłumaczyć chce pojęcie ,cudu?‘ ,Wyobrażcie sobie‘, powiada do klasy swej, ,że idę na wysoką wieżę tumu kolońskiego. Dostawszy się na górę, czuję nagle zawrót głowy i staczam się na dół. Lecz chociaż uderzam o twardy bruk, nic mi się nie [ 169 ]staje — wszystko jest zdrowe i cale, niema nawet najmniejszego zadraśnięcia. Co to jest?‘ A mały Moryc, z sceptycznego rodu, odpowiada: ,Przypadek, panie profesorze!‘ — ,Dobrze‘, mówi profesor, ,może być, że to przypadek! Lecz na drugi dzień znowu idę na wieżę, znowu dostaję zawrotu głowy, znowu spadam — i znowu nic mi się nie staje. Jakbyś to teraz nazwał?‘ — ,Szczęście!‘, odpowiada niewierny Moryc. Ale cierpliwy nauczyciel nie traci kontenansu. ,Przypuśćmy‘, ciągnie dalej, ,nazwij to szczęściem. Lecz wyobraź sobie teraz, że w następne dnie znowu idę na wieżę, znowu dostaję zawrotu i za każdym razem znowu spadam. Poraź trzeci, czwarty, piąty! Łagodnie unoszą mnie wietrzyki i dobijam do kamieni w głębi, nie tracąc ani włoska. Powiedz mi, Moryc, jakbyś to teraz nazwał?‘ — ,No teraz to już wprawa!‘, odpowiada niepoprawny Moryc.

Istotnie, kochany bracie, u matki to już także jest więcej niż czysty przypadek! Musi to być conajmniej, wprawa!‘

Niestety matka nasza nie poprzestaje na życzeniu ,dobrego‘. Zapewne, że musiał ją już ktoś głęboko urazić, zanim się zdecyduje, życzyć mu ,złego‘. Chętniebym z nią był raz o tem pomówił, lecz odmawia wprost pogadanki na ten temat. To, co tu podaję, słyszałem tylko od innych, gdyż sam nie [ 170 ]miałem jeszcze sposobności, obserwować. Ci „inni“ zaś są ludźmi wszelkich stanów i zawodów. Zadałem sobie trudu wypytywania się niemal każdego, który przychodził do nas, począwszy od rzemieślników i dzieci z sąsiedztwa, a skończywszy na artystach, profesorach, lekarzach, i bankierach. Stosownie do wykształcenia swego adwokatach i do kierunku swego umysłu, każdy to w inny sposób interpretował. Jeden, ruszając ramionami, mówi o przypadku, drugi, z pewnym dreszczem o tajemnej jakiejś władzy. Lecz — faktu samego nikt nie zaprzecza. Oto przykład: służąca, której matka dużo uczyniła dobrego, uciekła pewnego dnia, okradła ją w sposób najnikczemniejszy. Ochłonąwszy z pierwszego strachu i stwierdziwszy jako tako rozmiary kradzieży, oświadczyła, że Kasi — tak było na imię dziewczynie — niebawem przydarzy się wielkie nieszczęście. Nie minęło dziesięć dni, a wyciągnięto z Renu trupa służącej. Płynęła łódką wraz z innymi i utonęła, gdy łódka przewróciła się w falach parowca, podczas gdy wszystkich innych ocalono. Kiedyindziej kuzynka, prowadząca matce książki, stwierdziła, że w pewnym interesie, w którym od lat kupowała, systematycznie ją oszukiwano. Matka bardzo tem się gryzła, nie dla straconych pieniędzy, a jedynie dlatego, że miano ją za tak głupią, że [ 171 ]można ją okradać. W trzy tygodnie później włamano się do owego interesu, wypróżniono kasę i skradziono mnóstwo cennych rzeczy. Schwytano wprawdzie później złodziei, lecz dopiero gdy już wszystko przehulali.

Chłopak z sąsiedztwa, któremu pozwoliła bawić się w naszym ogrodzie, pewnego dnia z czystej swawoli ściął młodą brzozę, drzewko, które matka sama zasadziła i bardzo kochała. W parę dni potem dostał równocześnie szkarlatyny i dyfterji. Gdy był między życiem a śmiercią, rodzice jego w najwyższem rozdrażnieniu przyszli do matki — słyszeli, że matka chłopakowi, „życzyła czegoś złego“. Wiedzieli, co dziecko ich nabroiło i byli o tyle rozsądni, że nie czynili matce nawet najlżejszego zarzutu. Powiedzieli tylko, że to ich jedyne dziecko i prosili matkę, by mu przebaczyła i by się nad niem zlitowała. Naturalnie, że matce odrazu żal się zrobiło i że płakała wraz z rodzicami. Odesłała ich potem, zapewniwszy ich, że dziecko znowu wyzdrowieje. Kuzynka nasza Berta, która była obecną przy tej rozmowie, opowiadała mi, że rodzice odeszli pełni radości i z widoczną wiarą w prawdę tych słów. Gdy się oddalili, matka oparła głowę o ręce i siedziała bez ruchu przez jakie pięć minut. Potem mówiła z kuzynką o czemś całkiem innem, jak gdyby nic nie było zaszło. W rzeczy samej [ 172 ]choroba jeszcze w ten sam dzień inny wzięła obrót; w krótkim czasie chłopak wyzdrowiał. Kuzynka Berta należy zresztą do tych, którzy przekonani są o szczególnym tym darze matki — miała też własne doświadczenia w tym względzie. Pewnego wieczora powinna była po nią przyjść, by pójść z nią na koncert, skutkiem jakiejś przeszkody atoli spóźniła się — co matkę snać nieco rozgniewało. Matka nasza gniewać się długo nie umie. Gniew pokonuje współczucie. W drodze do domu powiedziała do niej: „Zachorujesz niebawem, lecz nie będzie to nic niebezpiecznego!“ Po tygodniu kuzynka Berta bez wszelkiej uchwytnej przyczyny strasznie się przeziębiła; powiedziała mi, że dostała takiego kataru, iż wprost nic widzieć nie mogła. „Jestem zadowoloną“, dodała, „że na tem się skończyło“.

Podobnymi przykładami, kochany bracie, mógłbym zapełnić wiele jeszcze stron. Nieszczęście w interesach, wypadki, choroby fizyczne i psychiczne w najrozmaitszych warjacjach. I to aż do śmierci „przeklętego“ — wypadek, jaki chwała Bogu w nielicznych tylko wypadkach mogłem stwierdzić. Czy to wszystko zawsze jeszcze jest tylko „przypadkiem“, kochany bracie? Lub czy nie myślisz, [ 173 ]że jest w tem też choćby cokolwiek „wprawy“, jak to zowie mały Moryc?

Ona zaś, matka, zdaje się być zupełnie zabezpieczoną od wszelkiego nieszczęścia. O wypadku swym automobilowym zapewnie Ci pisała, ale niezawodnie tak na swój sposób, traktując go jako bagatelkę i żartując sobie zeń. Oto jak się ta historja odbyła. Na rogu ulicy Św. Marji i Św. Krzyża matka przechodziła przez trakt uliczny, przyczem dziesięcioletnia dziewczynka ją prowadziła. Obie były już prawie po drugiej stronie; dziecko stało już na trotuarze, podczas gdy matka właśnie nań wstąpić miała. W tej chwili nadjechało z poza rogu auto w najszybszem tempie, tuż obok brzegu ulicy, by wyminąć wóz ciężarowy, zbliżający się z drugiej strony. Woźnica spostrzegł matkę, zahamował bezzwłocznie i pokierował na lewo, zwracając maszynę przeciw wozowi ciężarowemu. Za późno! Przednie koło uchwyciło matkę i rzuciło ją na trotuar; tam leżała w omdleniu obok dziecka, którego ręki nie wypuściła. Dziecko podniosło się i zaczęło krzyczeć; ludzie zanieśli bezzwłocznie zemdloną, sędziwą damę do sklepu narożnego. Znano ją tam bardzo dobrze; zatelefowano w tej chwili po lekarzy i powóz dla transportu chorych. Tymczasem dano jej nieco czerwonego wina. Lecz po kilku minutach matka wróciła [ 174 ]do przytomności. Pierwszą jej troską było obmyć sobie ręce i wyszczotkować ubranie. Potem po prosiła, by odwołano lekarza i powóz, kupiła tuzin jaj i najspokojniej, jak gdyby nic nie było zaszło, wróciła do domu z małą towarzyszką swą. Spotkałem ją właśnie przed bramą. Dziecko drżało jeszcze wskutek strachu przebytego i ledwo było w stanie wypowiedzieć słowo. Matka wzięła je na górę i darowała mu książeczkę z bajkami i czekolady — o zdarzeniu dowiedziałem się dopiero nazajutrz. Automobil zaś był zupełnie rozbity; szofer zraniony śmiertelnie. Jest teraz na drodze polepszenia i zdaniem lekarzy wyzdrowieje zupełnie. Matka odwiedziła go w szpitalu. On sam sądzi, że zawdzięcza to nadspodziewanie szczęśliwe i rychłe wyleczenie się o wiele bardziej naszej matce, aniżeli lekarzom.

∗             ∗

Czasami, o zmroku, matka siedzi w ogrodzie i opowiada dzieciom z sąsiedztwa bajki. Te siedzą naokoło niej i gapią się na nią dużemi oczyma i rozwartemi ustami. Zajmowało mnie, czy opowiada im o „Sneewittchen“, czy o „Ruebezahlu“, o „Wytrwałym żołnierzu cynkowym“, czy o „Dziewczynce z czerwoną czapeczką“. Usiadłem więc pewnego wieczora w pobliżu i zakryłem się gazetą. Nie [ 175 ]opowiadała żadnej z tych bajek. Żadnej bajki Grimma lub Bechsteina lub Musaeusa, które nam opowiadała, gdyśmy jeszcze byli dziećmi. Żadnej bajki Andersena, Wildego lub Dumasa ojca. Nie są to wogóle bajki, to co im opowiada. Dzieci tylko tak je zowią, gdyż brak im innego wyrazu. Są to raczej krótkie, liryczne wylewy lub obrazki nastrojowe, jeśli tak rzec można. Lecz wrażenie, jakie wywołują, jest zdumiewające: gdy matka zamilkła, dzieci długo jeszcze siedziały, patrzały w powietrze jakby zhypnotyzowane i widziały dziwny obrazek nocny, namalowany głosem starej kobiety. Za gazetą swą zanotowałem sobie parę z nich. Oto jeden:

„Siedziało ich dwanaścioro w kupie, czarownice i czarodzieje. Jedli zupę piwną. A jako łyżka służyła każdemu z nich przednia kość ręki szkieletu.

„Węgle w kominie żarzyły się czerwone, świece dymiły się, a z talerzy wiał zapach świeżych grobów.

„Skoro Maribas się śmiał, lub skoro płakał, brzmiało to, jak gdyby stary smyczek jęczał na trzech strunach połamanych skrzypiec.

„Najstarszy z czarowników zaś otworzył księgę czarów przy świetle świecy. Biegła po niej mucha, której skrzydła były spalone.

„Mucha brzęczała; przylazł wielki pająk, żółty pająk o grubym włosistym brzuchu. [ 176 ] „Ale czarodzieje jeździli na miotłach i na cęgach — Maribas był na czele ich.“

Czasem matka pokazuje dzieciom grę palcową. „Oto jest kciuk, który strząsa śliwki —“, czy przypominasz sobie, bracie? Lecz nie, dzieci słyszą dziś pod starą gruszą coś innego.

„Kciuk — to gruby gospodarz z tam nad Renem, tłusty i wesół, pali sobie i siedzi przed drzwiami oberży swej i pije dobre piwo.

„Palec wskazujący — to jego żona, cienka i chuda jak śledź, krzyczy i zrzędzi cały dzień.

„Palec środkowy — to syn, taki olbrzymi chłop; ten chciałby chętnie zostać żołnierzem, gdyby nie był pomocnikiem w browarze.

„Palec pierścieniowy — to zręczna córka Kasia; handluje cebulami.

„Ale ten maleńki, Benjaminek, trwożliwy i płaczliwy, ryczy cały dzień jak małe dziecko, wiszące w zębach wilkołaka.“

Każdy nauczyciel i każda nauczycielka bez kwestji powie, że rzeczy podobne są zupełnie niemożliwe dla dzieci. I zapewne, byłyby one „zupełnie niewłaściwemi“, gdyby ktoś inny je opowiadał. Lecz skoro matka je opowiada, to z drobnych tych rzeczy [ 177 ]wykwita czarodziejski świat romantyki. Dzieci widzą grubego gospodarza, widzą żonę jego chudą jak śledź. Śmieją się głośno z syna, długiego draba, i zręcznej córki, handlującej cebulami i płaczą z małym, rozpieszczonym chłopakiem, którego pożreć ma wilkołak. Założyłbym się, że jeszcze po trzydziestu latach, skoro jedno z nich ujrzy brzuchatego gospodarza, nazwie go „kciukiem“.

Lecz wszystkie strachy nocy budzą się, skoro matka rozpoczyna: „Siedziało ich dwanaścioro w kupie, czarownice i czarodzieje. Jedli zupę piwną —“ Żadne z dzieci nie jadło jeszcze w życiu zupy piwnej, która wszak zupełnie wyszła z mody. Lecz każde może sobie dobrze wyobrazić, co to jest, jak to smakuje. Czarownice i czarodzieje są tematem wszystkich bajek, lecz mieszkają gdzieś daleko w jakimś kraju księżycowym. Czarownice zaś, które jadają piwną zupę, mieszkają nad dolnym Renem i w Holandji i w Flamandji — można się z niemi spotkać co nocy. Te dzieci pod gruszą spamiętają sobie historje o zaczarowanej królewnej i o „Sneewittchen“ i o dziewczynce z czerwoną czapeczką dlatego tylko, że widzą je w teatrze. Piękne bajki Dickensa i Hauffa i Wildego zaś zapomną tak dalece, że nie będą nawet w stanie opowiedzieć ich dzieciom [ 178 ]swym. Lecz obraz, jak czarownice jedzą zupę piwną i jak po księdze czarów pająk w najbliższym czasie łazi za muchą o spalonych skrzydłach, tego obrazu nigdy nie zapomnę.

∗             ∗

Pozwól mi, kochany bracie, bym raz jeszcze zestawił wszystkie fakta, o których Ci doniosłem. Skoro łatwo sam się przekonać możesz, że niczego nie przesadziłem, że raczej osłabiałem wszystko, gdyż starałem się patrzeć na te rzeczy jaknajtrzeźwiej.

Matka cieszy się nadzwyczajną popularnością u wszystkich, którzy ją znają, u ludzi każdego wieku i każdej płci. Podobne dziwne przywiązanie okazują jej wszystkie zwierzęta. Zdaje się prawie, że nawet rośliny podzielają to uczucie: kwitną pięknie i trzymają się o wiele dłużej u niej niż, o ile obserwować mogłem, w jakimkolwiek innym domu. Z zwierząt koty, ropuchy i kozły są jej ulubieńcami; z roślin wszystkie możliwe grzyby jadowite i jadowite rośliny. Matka usuwa z nieomylnem powodzeniem brodawki, jęczmienie, piegi i inne złe rzeczy i używa do tego procedury bądźcobądź dość niezwykłej. Sama, mimo podeszłego wieku swego jest nader czerstwą i zdrową i tak zdumiewająco świeżą cieleśnie i duchowo, że ludzie zawsze na nowo się [ 179 ]dopytują o jej „eliksyr życiowy“. Podczas gdy sama zdaje się być zabezpieczoną przeciw wszelkim wypadkom — na innych ludzi sprowadzić może w oka mgnieniu choroby i „życzyć“ im innych dolegliwości. Podobnie z drugiej strony może im życzyć „szczęścia“. Dalej matka ma szczególne zamiłowanie do dziwacznych istot bajkowych. Preparuje szczególne jakieś maście i posiada dziwny zbiór starych mioteł. Podczas pewnych godzin w czasie pełni księżycowej wpada w stan ekstatyczny i wówczas duch jej daleko od ziemi odlatuje.

Dziesiąta część tego wszystkiego byłaby naturanie przed niewielu wiekami wystarczyła, by ją stracono na stosie jako czarownicę. Tymczasem nabraliśmy tak nieskończonej mądrości, tak zdumiewającego wykształcenia, że tylko z uśmiechem politowania myśleć jeszcze możemy o ciemnych czasach „wierzenia w czarownice.“

Mamy co prawda i dziś w wszystkich miastach Europy i Ameryki setki tysięcy czarownic i czarowników, którzy doskonale się utrzymują z tego rzemiosła: w wielkich miastach nie ma ulicy, na którejby nie mieszkali znawcy horoskopów, kobiety, czytające z kart, przepowiadaczy przyszłości i wróżbiarki wszelkiego rodzaju. Sekty teozoficzne i mistyczne wyrastają wszędzie jak grzyby, [ 180 ]wyrastają czasem na wielkie organizacje religijne. Niedawno temu byłem obecny na zebraniu teozoficznem, na którem po wykładzie przewodniczącego przeszło sto osób należących do klas wykształconych — a jakże! — z całą powagą dyskutowało o różnicach t. zw. magji białej i czarnej — przyczem surowo tę ostatnią potępiano. Ani jeden z wszystkich tych ludzi nie miał najmniejszego pojęcia o tem, że cała ta sławetna różnica opiera się jedynie na śmiesznym błędzie drukarskim: oto słowo „nekromancja“ w średnich wiekach przekręcono na „nigromancję.“ Lekarzy — cudotwórców za naszych czasów jest o wiele więcej niż kiedykolwiek dawniej, a wszyscy robią doskonałe interesy. Parę dni temu dopiero „Jezus z nad dolnego Renu“, który za dwadzieścia marek drogą karty pocztowej „przyłączał“ pacjentów do świętego swego ciała, zwinął „interes“ swój i przeniósł się do Szwajcarji. Poczciwiec ten praktykował w mieście naszem zaledwie rok jeden i zarobił w tym czasie parę miljonów. Do wszystkich tych oszustów biegnie tłumnie ta sama publiczność, która czułaby się bardzo obrażoną, gdyby ją podejrzywano o wiarę w czarownice. Nader chętnie święci czasów naszych obwieszają się płaszczykiem indyjskim, nie mając najmniejszego zrozumienia jak głęboko różni się nauka indyjska od istoty [ 181 ]naszego zachodu. A że owe ziarenko prawdy, które leży na dnie wszystkich szarlatanerji, pochodzi właśnie z średnich wieków, o tem nie mają najmniejszego wyobrażenia. Nie mówiąc już o tem, że wieki średnie skorumpowaną mądrość swą na rozmaitych krętych drogach czerpały z „gnozis“, a że ta pochodzi od chaldejczyków i babilończyków, którzy z swej strony czerpali u akadów. —

Lecz gotyka stała się modną tylko w sztukach pięknych, zresztą jest dziś pogardzaną. Dlatego wskazówki, zebrane przezemnie, będą dla Ciebie tak mało przekonywujące, jak dla innych dzieci czasów naszych. Jednak ciekaw jestem, kochany bracie, jakie będzie zdanie Twe o następującem zdarzeniu:

Siedzieliśmy onegdaj po kolacji u matki dokoła stołu z jakich osiem panów i pań. Mówiono o sztukach kuglarzy indyjskich, a jeden z panów zademonstrował znaną rzecz z szpilkami: wbił sobie długie szpilki od kapeluszy do policzków i z muskułów dolnej części ręki swej uczynił piękną poduszeczkę na szpilki. Indyjscy fakirzy pokazują te rzeczy z prawdziwą doskonałością i są pozornie zupełnie niewrażliwi na znacznie gorsze uszkodzenia spowodowane gwoździami, rozżarzonemi węglami i t. d. Sztuczka, którą często widziałem, i której sam spróbowałem, jest wcale prostą: niema w niej nic, [ 182 ]aniżeli trochę wprawy i siły woli. Drobne uszkodzenie wierzchnej skóry wprawdzie zawsze trochę boli, ale ból ten łatwo można znieść. Wybiera się naturalnie takie miejsca ciała, w których wykluczonem jest uszkodzenie jakiegoś organu szlachetniejszego, najlepiej mięśnie, opycha się igłami, gwoździami, szydłami szewskiemi i do tego się uśmiecha — działa to zawsze frapująco. Jedynem niebezpieczeństwem jest zatrucie krwi; najlepiej więc zdezinfekcjonować wprzód dziecinne te narzędzia torturowe. Lecz skoro jednego z tych nieczułych zupełnie kuglarzy znienacka ukłuje się igłą, można założyć się o to, że uczuję ukłucie i przestraszy się. To mi nasunęło myśl zrobienia małej próby z matką. Jest nadzwyczajnie wrażliwą na najmniejszy nawet ból. Skoro przy szyciu ukłuje się w palec, napewno wyda głośny okrzyk. Otóż ma ona na szyji małe, blade znamię. Gdym ją całował na dobranoc i obie ręce kładłem około jej szyji, ukłułem ją w to znamię małą szpilką. Nie czuła nic. Udawałem tedy szczególnie czułego, nie wypuszczałem jej, całowałem ją raz po raz — i przy tej sposobności wbiłem jej szpilkę aż po główkę w ową plamkę. Nie zauważyła tego z goła. Wiesz, że oprawca przed każdą torturą rozbierał czarownice i szukał szpilkami tak zwanych znamion guślarskich [ 183 ]miejsc zupełnie nie czułych — o matce naszej on i sędziowie byliby sobie wytworzyli sąd bardzo rychło. Tegoż wieczora mogłem znowu obserwować matkę naszą w pełni księżyca. Siedziałem ukryty na kanapie narożnej, widziałem jak otworzyła drzwi sypialni swej i weszła. Usiadła na fotel w samem świetle księżycowem, przygładziła sobie srebne włosy pod czarną koronkową chusteczką i spoglądała przez otwarte okno — matka nasza wyglądała cudownie. Siedziała nieruchoma; ulica pogłębiona była w ciszy całkowitej, w pokoju panował spokój najzupełniejszy. W tej chwili odezwał się świerszcz matki. Cieniutko i delikatnie, o wiele ciszej niż zazwyczaj ćwierczy. Lecz zdawało się, że zwierzątko się obawiało przerwać tę świętą ciszę. Rychło znowu śpiew jego ustał. Oko me szukało świerszcza po pokoju. W chwili, gdy znowu spojrzałem na matkę, widziałem, jak coś zeskoczyło z niej? — Obok niej? Nad nią? — Nie wiem. Ale nie świerszcz, o nie, coś wielkiego, szarego. Spadło na dywan, lecz nie słyszałem najmniejszego szmeru. Potem wskoczyło na mały szezlong przed otwartem oknem, leżało przez chwilę na żółtem futrze guanaka, wówczas zauważyłem, że był to wielki kot. W następnej chwili szare zwierzę siedziało na oknie — potem wyskoczyło. Mimowoli przeląkłem się. Lecz [ 184 ]i teraz nie słyszałem najlżejszego szmeru. Pospieszyłem bezzwłocznie do okna — zastanowiłem się przez chwilę, gdyż w wysokości ucha mego usłyszałem wyraźnie mruczenie jakieś. Odwróciłem się — tuż obok mnie stała Bast, kocia głowa bogini, o której matka twierdzi, że umie fruczeć. Nie słyszałem nic więcej, była to może tylko jakaś chwilowa halucynacja. Poszedłem dalej do okna, wyglądnąłem. Tuż pod oknem siedział szary kot, który potem zwolna powstał i spokojnie szedł dalej. Widocznie skok z pierwszego piętra na kamienie wcale mu nie zaszkodził. Nie mając świadomości właściwej przyczyny postępowania mego, zbiegłem po schodach, otworzyłem bramę i wyszedłem na ulicę; widziałem, jak kot o parę kroków dalej przekroczył trakt uliczny. Szedłem za nim w pewnem oddaleniu. Szedł przez ulicę, jak gdyby miał jakiś cel określony. Nie zakradał się kocim sposobem wzdłuż domów, lecz spokojny i dumny szedł środkiem bezludnych zupełnie ulic.

Zastanawiałem się nad tem, w jaki sposób mógł się był dostać do domu naszego. Bo aczkolwiek matka bardzo lubi wszystkie koty, jednak nigdy żadnego w domu nie miała. Zrozumiałem nareszcie, dokąd zwierzę zmierzało. Szło wprost na cmentarz —— może chce tam kłusować, myślałem. Tuż przed [ 185 ]cmentarzem usłyszałem parę pijanych głosów męskich, widziałem potem, jak dwóch panów szczuło pięknego brązowego jamnika na kota, który atoli wcale nie przerywał spokojnego swego chodu. Zuchwały, mały jamnik od razu skoczył nań; w jasnem świetle księżycowem widziałem wyraźnie, jak go zębami uchwycił za lewe ucho. Lecz kot otrząsł go, skoczył na bok i sam teraz go zaatakował. W momencie siedział na karku psa i wbił weń pazury swe; biedak tak się przeląkł, że uciekał tak szybko jak tylko mógł. Tak tedy kot na krzywonogim koniku zajechał na cmentarz. Za krzakami słyszano rozpaczliwe skowyczenie i skomlenie, potem jamnik, krwawiący na całem ciele, wrócił z schowanym ogonem i bardzo zawstydzony wskutek haniebnej swej porażki. Wyglądał tak śmiesznie, że musiałem się śmiać razem z panami, którzy dobrodusznie go pocieszali. Potem szedłem dalej, ku grobom. Lecz kot znikł; zatem zwolna wróciłem do domu.

Gdym wszedł do buduaru matki, siedziała zawsze jeszcze w tej samej nieruchomej pozycji. Przystąpiłem do niej, ucałowałem ją w czoło, wtedy zauważyłem — że całkiem u góry, na brzegu lewe ucho jej krwawiło się.

Na tem właśnie miejscu jamnik uchwycił był ucho szarego kota. — [ 186 ] Cóż znowu? Cóż znowu — ?

Matka siedziała tu, tu na tem samem miejscu, nie ruszała się stąd przez cały czas, ani dziś, ani w innych nocach. Ciało jej nie ruszało się, ciało nie! Ale — duch jej?

I stąd — z tego miejsca — szary kot —

Potem matka — nasza matka —

Skombinuj sobie to, bracie, jeśli potrafisz! Szary kot łaził po grobach...

∗             ∗

Gdym schodził nazajutrz zrana na śniadanie, serce lekko mi biło. Ach może to wszystko tylko mi się śniło.

Matka siedziała spokojnie i piła herbatę. Na lewem uchu, całkiem u góry, z brzegu, miała mały, czarny plasterek.

„Co masz na uchu?“ zapytałem.

„Nie wiem“, odpowiedziała zupełnie spokojnie. „Zapewne się skaleczyłam, ale nie wiem w jaki sposób. Poduszka ma była dziś zrana zupełnie zakrwawioną.“

Brzmiało to zupełnie niewinnie, zupełnie szczerze — nie, nie mogła tego udawać!

— Tak już jest: matka jest wilkołakiem i nie wie o tem!

∗             ∗
[ 187 ]

Tego wieczora siedziałem sam z matką. Gawędziliśmy długo i bardzo serdecznie, piliśmy przy tem jak zazwyczaj wino mozelskie. Nie spostrzegłem tego wcale, że odkorkowałem już drugą i trzecia flaszkę. Matka śmiała się. „Zapijasz się dziś!“ rzekła. „Czy rzeczywiście?“ odpowiedziałem, „Bóg świadkiem, że wcale tego nie zauważyłem!“ — „Pij tylko,“ — kiwnęła głową — „cieszę się, jeżeli wino ci smakuje!“

Zazwyczaj nic pijam więcej niż matka, dwie, najwięcej trzy małe szklaneczki — tego wieczora bez żadnego powodu wypiłem cztery flaszki. A potem uczyniłem coś, co mi się jeszcze nigdy w życiu nie przydarzyło: piłem sam. Gdym poszedł na górę do pokojów swych, dostałem nagle gust na „highball.” Przyniosłem sobie whisky i parę flaszek sodowej wody.

Musiałem czekać parę godzin aż weszedł księżyc. Siedziałem w pokoju swym, palilem i piłem jedną szklankę whisky po drugiej. Jednak, gdym znowu zeszeł na mą pozycję obserwacyjną, czułem się zupełnie świeżym — było mi nawet tak, jak gdybym tej nocy o wiele jaśniej mógł widzieć i myśleć.

Niebawem nadeszła matka. Siedziała znowu w fotelu swym, tak jak wczorajszej nocy. Z czarną [ 188 ]chusteczką koronkową na srebrnych włosach — w pełnem świetle księżycvwem. Siedziała bez ruchu.

Potem ujrzałem nagle starą miotłę opartą o fotel. Nie mogłem pojąć, skąd się tam dostała — ale była tam. Przetarłem ręką oczy — potem wstałem, poszedłem do niej, uchwyciłem miotłę obiema rękoma, by się całkowicie przekonać. Przed nią na stole zauważyłem małą okrągłą puszkę; otworzyłem ją: była w niej zielona maść. Powoli wróciłem na swe miejsce.

Potem widziałem, jak matka podniosła obie ręce, jak zdjęła z głowy chustkę koronkową. Jak wyciągnęła szpilki z włosów, jedną po drugiej; jak włosy w nieładzie spadły. Uchwyciła miotłę, otworzyła małą puszkę — i zieloną maścią nasmarowała miotłę. Nie wiem, jak się to stało — ale teraz na niem siedziała, jeździła, uniosła się w górę, wyleciała otwartem oknem.

Słyszałem głos jej wołający:

„Dalejże, dalej! Hallo, pod górę, nie stawać nigdzie!“

I widziałem, jak jeździła przez powietrze.

Były tam inne, jeździły na miotłach i cęgach — lecz były też chmury i obłoki, tak, że nie mogłem ich rozpoznać dokładnie. [ 189 ] Był tani pagórek, stały na nim krótkie pnie olszowe. Kozioł na środku, wielki kozioł — och, ów andaluzyjski ze Sierry Newady! Krótkie rogi jego świeciły nad zebraniem. —

A czarownice tańczyły w koło, odwracając twarze na zewnątrz. „Hasaj, hasaj!“, wołały. „Djable, djable! Skacz tam, skacz tu! Hasaj tam, hasaj tu! Graj tam, graj tu!“

Lecz widziałem to jak przez mgliste zasłony, gdzieś daleko nad łąkami olszowemi. —

— A jednak siedziała przedemną, matka nasza, nieruchoma na fotelu swym, w promieniach księżyca.

∗             ∗

Nie wiem, kiedy usnąłem tej nocy. Obudziłem się wczesnym rankiem, lecz było już jasno. Wytarłem sobie sen z oczu, spostrzegłem, że siedzę skulony, zmarznięty w kącie kanapy.

Wstałem; matka dawno wyszła.

Lecz obok miejsca jej stała stara miotła, na stole puszka z zieloną maścią.

Zdawało mi się, że się ze mnie śmieją.

Powoli kroczyłem przez pokoje, poszedłem na górę. Rozebrałem się, umyłem się, położyłem się do łóżka. Spałem tego dnia aż do południa.

∗             ∗
[ 190 ]

Oto wszystko, kochany bracie. Nie wiem, czy Cię przekonało. Cokolwiek uczynisz, rozważ dobrze.

Po trzech tygodniach doktor Kasper Krazykat otrzymał następującą odpowiedź:

„Jak Pan wiesz, kochany szwagrze, jesteśmy od wczoraj zaślubieni. Mąż mój dał mi długi list Pański zaraz po jego nadejściu. Przeczytaliśmy go razem. Z początku śmieliśmy się i zapatrywaliśmy na to wszystko bardzo sceptycznie. Lecz muszę przyznać, że czem bardziejśmy się zagłębiali w treść listu, tem poważniej rzecz nam się przedstawiała. Rozważyliśmy bardzo dokładnie wszystko, co Pan nam o matce napisał i kilkakrotnie jeszcze czytaliśmy list Pański. Mówiąc krótko, kochany szwagrze, osiągnąłeś Pan zupełnie to, co Panu szło: przekonałeś Pan zarówmo brata swego jak i mnie.

Tylko, kochany szwagrze, żeśmy z tego inny wyciągnęli wniosek.

Pobraliśmy się i mam nadzieję, że obdarzę męża mego potomstwem. Być może, że będą tam i dziewczątka jakieś — w takim razie nie miałabym gorętszego życzenia ponadto, by wszystkie zostały takiemi miłemi, słodkiemi czarownicami jak matka.“

Doktor Kasper Krazykat czytał te słowa w głębokiej, tajemnej zadumie.



Info icon 001.svg#licence info


Public domain
This work is in the public domain in the United States because it was first published outside the United States prior to January 1, 1925. Other jurisdictions have other rules. Also note that this work may not be in the public domain in the 9th Circuit if it was published after July 1, 1909, unless the author is known to have died in 1949 or earlier (more than 70 years ago).[1]

This work might not be in the public domain outside the United States and should not be transferred to a Wikisource language subdomain that excludes pre-1925 works copyrighted at home.


Ten utwór został pierwszy raz opublikowany przed dniem 1 stycznia 1925 r., i z tego względu w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej znajduje się w domenie publicznej. Utwór ten nadal może być objęty autorskimi prawami majątkowymi w innych państwach, i dlatego nie zaleca się przenoszenia go do innych projektów językowych.

PD-US-1923-abroad/PL Public domain in the United States but not in its source countries false false