Królewsko-Polski Kabaret/całość

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Lechoń
Tytuł Królewsko-Polski Kabaret
Pochodzenie Rzeczpospolita Babińska
Data wydania 1922
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Ignis“
Drukarz Straszewiczowie
Miejsce wyd. Warszawa, Lwów, Poznań, Toruń
Źródło Skany na Wikisource
Inne Cały zbiór
Indeks stron
[ 11 ]

KRÓLEWSKO-POLSKI
KABARET
1917—1918

 

...Satyra prawdę mówi, względów nie pamięta,
Drwi z przywar, szydzi z ludzi, szanuje... regenta



Najdostojniejszej
 Radzie Regencyjnej



[ 12 ] [ 13 ]PASZKWIL

 

Zły to ptak, który własne pokalać śmie gniazdo,
Złe gniazdo, skoro ptak zeń zlękniony uchodzi.
Paszkwile będę pisał — nikomu nie szkodzi
Po naszej wielkiej Polsce zabawić się jazdą.

Po Polsce nie stojącej w przepychu zbóż, kwiatów,
Nie pszennej, sianożętej, nie złotem błyszczącej,
Po Polsce wystawionej na rynku, — pragnącej
Fałszywych demokratów, prawdziwych prałatów.

Po Polsce, w której każda się znaczy bielizna
Czerwonym haftem z Orłem, niebieskim z Pogonią,
Otwartych której granic bezdomne psy bronią,
W chantanach której wszystkich śpiewają: „Ojczyzna!“

Dzieciuchów garść wpółnagich — to nasze są woje,
Pismaków zgraje podłych w redakcjach — sumienie,
Po całej Europie smakujem pieczenie,
Płatnerze kują obcy na piersi nam zbroję.

Gadają w górze Wisły, a w dole się boczą,
A walczą nad Isonzo, a milczą nad Wartą,
A państwo Paderewscy z piór srebrnych odartą
Wskazują Polskę z rany krwawemi, co broczą.

W Londynie nam pan Dmowski z Angliki się trąca,
A w Wiedniu Kucharzewski nam żebrze jałmużny,
Czy nasza Polska, psiakrew, proszący podróżny,
Czy arfa pod skrzydłami aniołów drgająca?

A cóż mi demokracja, a cóż mi są chłopy,
A cóż mi hrabskie herby i mitry książęce:
I Marxa i hrabiego Zygmunta poświęcę
Za wolnej głos Ojczyzny na sejmie Europy.


[ 14 ]

Niech chodzą w majestacie, gdy są już — regenci,
Nie z obcych, lecz ze swoich sztandarów łopotem,
A Żydzi niech koronnem nie bawią się złotem,
Ochronkę, gdy jest nowa — Chełmicki niech święci.

Niech premjer nam nie jeździ po rozum do Wiednia,
Niech jeno wszyscy pójdą po rozum do głowy.
Gotowy? Niechaj każdy odpowie: „Gotowy!“
........................
Da Bóg a będzie Polska. I pszenna i przednia.





Pisane wkrótce po uformowaniu się pierwszego polskiego gabinetu ministrów. Potomność może wiedzieć nie będzie, że t. zw. gabinet cywilny Rady Regencyjnej stanowili partnerzy bridge’owi xięcia Zdzisława. P. Leon Goldstand, skarbnik Rady Regencyjnej, omal że się nie stał w ten sposób dygnitarzem koronnym, którym był np. p. Kazimierz Natanson, królewsko polski dyrektor departamentu. Zaledwie tu wspomniane imiona xiędza prałata Chełmickiego i premjera Kucharzewskiego stale będą później powracały na afisz: xiądz Chełmicki, domorosły Richelieu, jest najczęściej głosem z za sceny, p. Jan Kucharzewski to transformista zawsze jednakowo kompromisowy, jednakowo miłe witany przez publiczność i wyzyskiwany przez reżyserję.



[ 15 ]TYMCZASOWEJ RADY STANU POLONEZ

na nutę: „Nie tak in illo tempore bywało!
 

Miłoż to było dawniej ojcu, matce,
Syna mieć w czaku i w konfederatce —
Dziś ojciec rodu rad zasiada w radzie,
I choć bez teki, tekę na stół kładzie.

W wielkim pośpiechu kontusz włożył na się —
Smutnie coś grzebał w ogniotrwałej kasie,
Podkręcił wąsa i popuścił pasa:
„Za Beselera, jak za króla Sasa!“

Z nawału zajęć będzie miał zajęcie —
Smutnie popatrzał na wielkie pieczęcie,
Agrafą srebrną spiął deliję swoją:
„Niech nienawidzą, ale niech się boją!“

Imć się Łempicki przystraja jak może,
Choć nie wie, w jakim wystąpić kolorze,
Więc Bandurskiego odmówił pacierze:
Żółte ma buty, czarny kontusz bierze.

Rad czyli nierad, mundur zrzuca Franio,
Zmienia koszulę, jedwab kładzie na nią,
W milicji przecież bronią robił wiele,
Więc z doświadczeniem trzaska w karabelę.


[ 16 ]

U Natansonów rwetes dziś od rana,
Kazali wołać z hotelu Germana,
Pięciu się braci zebrało na radę,
Kaźmierz ich pyta: „W czemże ja pojadę?“

Obejrzał German szaty rozrzucone,
Jak w „noc gwiaździstą“, popatrzał na żonę,
I w głowę biedak poskrobał się łapą:
„Cóż mamy robić? Kładź tużurek, papo!“

Zaś pan Dziewulski, choć ekonomista,
By się pokazać, z okazji korzysta,
Brylanty na nim lśnią na wszystkie strony,
Tak się to w Polsce kocha — za miljony.

Pan Niemojowski jeszcze coś się waży,
W białym kontuszu wielce mu do twarzy,
W białym kontuszu więcej człowiek wskóra,
Niźli w czerwonym — dziad Bonawentura.

Także xiądz prałat już przyjechał z Łodzi,
Ogromnym krokiem po pokoju chodzi,
Xiądz arcybiskup mu privat’nie każe,
By nowym bogom budował ołtarze.


[ 17 ]

Zimno Majowi, boć to styczeń przecie,
Ciepłym kożuchem odział się na grzbiecie,
Rozgrzej się, Maju — chociażby centralnie,
Bo ci Stadnicki „pater noster“ walnie.

Xiądz arcybiskup przystraja się godnie,
Ostatni radca szybko wciąga spodnie,
Śpieszy się wielce i mankietów szuka,
Bo już na zamku kukułeczka... kuka.





Parę zwrotek tej śpiewki, powstałej na kilka dni przed otwarciem Tymczasowej Rady Stanu w styczniu roku 1917 — wymaga szczegółowego wyjaśnienia. Pan Michał Łempicki, w chwili, w której to się dzieje, jest jeszcze filarem austro-polskiej orientacji, waha się w swojej rosyjskiej xiądz arcybiskup Kakowski i udziela korespondentowi pism szwajcarskich, panu Edmundowi Privat, wyjaśnień, które są pierwszym jego krokiem po drodze z ulicy Miodowej na plac Zamkowy. Późniejsze polityczne. oblicze x. arcybiskupa, jako regenta, aczkolwiek doskonale znane, zbyt rychłemu uległo zapomnieniu. Narzekał na to w roku 1919 satyryk, pisząc:

„Zaszczyty i honory dziwnym chodzą torem,
Czasami człowiek płakać, czasem śmiać się chciałby,
Dostali kapelusze Kokowski z Dalborem:
Dlaczego kapelusze, a nie pikelhauby?“

Porucznik Juljusz German, autor milowej powieści „Noc gwiaździsta“, stanowi najklasyczniejszy okaz z gatunku tych Bayardów, o których jeden ze znakomitych humorystów powiedział, że „nawet na morzu znaleźliby jakąś kancelarję“.



[ 18 ]KONSOLIDACJA czyli ROZBIÓR POLSKI



Kiedy się przekonano, że każdy miał rację,
Że wszyscy są porządni, nie zdrajcy i świnie,
Zasiedli różni męże przy miodzie i winie
Uchwalili powszechną stron konsolidację.

Arcybiskup Kakowski, uparty król grecki,
Poczuwszy dziś powiewy niezdrowe ze wschodu,
Oświadcza, że na czele chce stanąć narodu:
„W czem gorszy jest Kakowski, niż prałat Przeździecki?“

Niemniejszem przecież sercem ukochał ojczyznę,
Z przeszłości arcybiskup sam siebie rozgrzeszy,
Jak brudną w każdej pralni wypiorą bieliznę,
Tak samo można zetrzeć atrament — z depeszy.

Z prawicy i z lewicy zebrano się kołem,
Wzruszenie myśl i czucie zebranych ogarnia,
A Jego Ekscelencja siadł pierwszy za stołem:
„I będzie jeden pasterz i jedna owczarnia“.
........................

„Ojczyzna, bracia, jest to Matka Święta,
Co nas hoduje i tuli na łonie!“
...Wtem pan Garlicki zanucił na stronie:
„Boże nam ochroń i wspieraj ... regenta!“


[ 19 ]

Jako w czas burzy, gdy piorun w dom bije,
Jakby kto ogień podsycił oliwą,
Z ław się prawica zerwała co żywo
I „Republika — krzyknęła — niech żyje!“

Więc Lubomirski, co usiadł był skromnie,
Gdy żar na sali i radość poczuje,
Powstał, przeczekał: „Panowie! Co do mnie,
Bardzom jest wdzięczny! Bóg zapłać! Przyjmuję!“

Krwawym się oblał Sapieha szkarłatem,
A zdawiendawna — od Piasta i Lecha,
Zawsze był kanclerz lub hetman Sapieha,
I w pośród możnych był nawet magnatem.

O głos więc prosił, pogląda po sali,
Brylantów tęczą w pierścionkach zaświeci,
Odchrząknął, krzyknął: „Ratujcie nam dzieci!“
A wtenczas wszyscy w milczeniu z miejsc wstali.
........................
„Żądamy Polski od morza do morza,
Rządu i wojska i zwrotu pieniędzy,
Wierzymy mocno, że wstanie nam zorza
Nad popieliskiem pożarów i nędzy.

Królestwo weźmie lewica udziałem,
Konstytuantę by zwołać niebawem,
A hasłem będzie jej: „lewe przed prawem“,
I hasło drugie: „a chleb stał się ciałem“.


[ 20 ]

Prawica żyzne zatrzyma Poznańskie —
Gdzieś ponad Wartę, śród złotych zbóż łanów,
Zjedzie na „daczę“ pułkownik Romanow:
„Prosimy bardzo! Co nasze — to pańskie“.

Galicję wezmą stronnictwa centrowe,
Królestwo robiąc z dziedzicznym w niej tronem,
I xiądz Gnatowski pospołu z Simonem
Włożą królowi koronę na głowę“.





Pomysł, powyżej rozwinięty, powstał w czasie, gdy próbowano zarysowane trzy kierunki myśli politycznej w Królestwie pod jakimś wspólnym zgrupować sztandarem; działo się to w maju roku 1917. Nie po raz pierwszy wtedy i nie po raz ostatni głupia idea zgody rodzi tysiąc jeden od drugiego głupszych pomysłów, jakiemi były naówczas propagowane przez Ligę Państwowości Polskiej ideje regencji, oczywiście z arcyxięciem Karolem Stefanem, dla wielu po dziś dzień wcielającym „marzenia ojców i dziadów“. Koło Międzypartyjne, wierne swoim metodom, przeciwstawiło się jaskrawo tej myśli, dając do zrozumienia, ze stoi na gruncie republikańskim, ciągle pewne, że wróci Rosja, choć już nie Mikołaja, ale Guczkowa i Lwowa. Nikt nie przypuszczał wtedy, że arcybiskup Kakowski, pod wpływem wieści ze Wschodu coraz bardziej miękki w swym antypruskim uporze, i Zdzisław Lubomirski, międzypartyjny „xiąże niezłomny“, osławiony wątpliwej autentyczności aforyzmami à la xiąże Józef, — zejdą się z czasem na gruncie interesów większej własności, zarówno nieruchomej, jak i duchowej — że oni właśnie stworzą po dziś dzień wszechioładne u nas życie jezuickie, wsteczne, galicyjskie, biurokratyczne, królewsko-polskie, jednem słowem — kakowskie. Xiąźe Eustachy Sapieha był wówczas „en vogue“, zalecany nie tylko do akcji Ratujcie dzieci!“, ale również do ratowania ojczyzny. 3 maja 1917 roku miała go niedoszła do skutku konsolidacja obwołać Niepodległego Królestwa regentem.



[ 21 ]POWRÓT DO MARCHWACZA



Miała Polska hetmanów, mężów w wojnie bitnych,
Kanclerzów mądrych w radzie, pisarzów zaszczytnych,
I takich, co jej byli podporą i władzą —
Ma dzisiaj Polska takich, co o niej wciąż radzą.

O panie Niemojowski! Gdybyś w swym Marchwaczu siedział,
Niktby może o Tobie nawet i nie wiedział,
Dziś w kułak Ci sąsiedzi się śmieją w powiecie,
Marszałku, co bez laski chodziłeś po świecie!
Po parku Ci w Marchwaczu plądrują złodzieje,
Ekonom kradnie w śpichrzu, nietęgo chłop sieje,
I dziadek się uśmiecha z portretu w salonie, —
Koronny, chociaż jeszcze nie słychać o tronie!

........................

Przyjechał pan Marszałek jesiennym wieczorem,
Z powagą i godnością przywitał się z dworem,
Na starych swoich meblach się rozparł z rozkoszą,
A z landa mu raz po raz lokaje coś znoszą.
Pamiątki wy warszawskie! Drobiazgi prześliczne,
Urzędy i zaprzęgi, tytuły dziedziczne,
Obiady i kolacje i sesje i spory,
Homary prawie polskie, niemieckie — humory!
Miał przecież pan Marszałek i bóle i dreszcze,
Bez przykrej ich awersji nie wspomni dziś jeszcze:
Pamięta szlachcic polski, uprzejmym gdy tonem
Prowadził nieraz dyskurs lub spór z Natansonem.
A zresztą mniejsza o to! Toć nic nie obraża
Wojewody, że klepie łaskawie pachciarza,

[ 22 ]

I mówią wszak Karnkowscy w sąsiednim powiecie:
„Chód krew w nas senatorska, Gold stand-punkt jest przecie“
Przerzuca pan Marszalek pamiętne albumy:
Dyrektor w nich Łempicki, ex-poseł do Dumy,
I przecz-że jeszcze cierpią ludziska niewinne,
Gdy leczy ten — wewnętrzne, a inni — dziecinne?
I radca Grendyszyński, sekretarz chroniczny,
Co może — podpisuje, ma „poczerk“ prześliczny,
Depeszę wszak sierpniową w swe ubrał nazwisko,
W tym roku zaś podpisał pół setki ich blisko.
I mężny Ludwik Górski, dyrektor wojskowy,
W Legjonów strój się odział od pięty do głowy,
Lub, mówiąc równie dobrze, od głowy do pięty:
Na piersiach krzyż żelazny i Anny krzyż święty.
I zręczny pan Pomorski. Nie sieje, nie orze,
A przecież z pól rozległych najlepsze ma zboże,
Oświaty nie przysporzył, lecz wyznań nie szczędził,
Gdzie tylko mógł i nie mógł, tam chodził i ględził.
A otóż i Macchiavel — maleńki i zwinny,
Jest Wojtuś Rostworowski napozór dziecinny,
Grunt przecież — że wytrwały: z wieczora do rana
Przesiedział w przedpokoju kanclerza Bethmanna.
I inne pan Marszałek ogląda pamiątki:
Projekty więc Kossaka kanclerskiej pieczątki,
I cesarz Karol pierwszy w złoconej oprawie:
„Niech strzeże Matka Boska was, radcy w Warszawie!“
Generał-Gubernator też hojny być raczył,
Osobnem Radę Stanu orędziem odznaczył,
I nadał wszystkim radcom kosztowne pierścienie
Z napisem: „mowa srebro, a złoto — milczenie!“
I papier ten cierpliwy, ten papier niewinny,
Raz po raz ten sam przecie, a jakby coś inny,
Obietnic pełen słodkich i wahań zalotnych,
I przysiąg pełen licznych i zaklęć stokrotnych.

[ 23 ]

Pamięta pan Marszałek w lipcowy dzień znojny,
Gdy czytał Hutten-Czapski tekst noty spokojny,
Powiedział: „Kto z nas nie ma ni złota, ni miedzi,
Niech płaci tem ojczyźnie chociażby, że — siedzi“.

........................

W pałacu u Marszałka zapada mrok szary,
Gdzieś w kątach kurant grają prastare zegary.
Z ogrodu wszedł pocichu do sali wiew wonny.

........................

Tak zasnął pierwszy w Polsce Marszałek Koronny.





Wiersz ten pisany był w lecie roku 1917 jeszcze przed wyjazdem p. Niemojowskiego do Marchwacza, co znowu nastąpiło na czas pewien przed ostatecznym rozpadnięciem się Tymczasowej Rady Stanu. Przedstawiony jest w tej „wizji przyszłości“ jeden z najzabawniejszych dygnitarzy ówczesnej Polski, podstępnie wywabiony z głuchej prowincji, otumaniony rzekomym talentem dyplomatycznym i poczuciem odpowiedzialności względem zasłużonego nazwiska, człowiek tak nieprawdopobnie bez przekonań i indywidualności, że dosłownie nic o nim nikt nie wiedział, nie wie dotychczas i napewno wiedzieć nie będzie. Zjawisko analogiczne do marszałka drugiej Rady Stanu, p. Franciszka Pułaskiego, również zasługom przodków zawdzięczającego swą wysoką godność, chociaż nie niemieckiej, ale polskiej nominacji. Zarówno w czasie, gdy wiersz ten był pisany, jako też i dzisiaj jeszcze, rodziny Kordeckich, Wielochów, Goworków i Piastów są w naszem życiu politycznem „rodzinami przyszłości“.



[ 24 ]
KARTKA Z RAPTULARZA
 
 czyli

LUBOMIRSKI POD WIEDNIEM



A za tego króla Jana,
Co to po łbach bił pogana,
Co po Turków jeździł grzbiecie,
I był sławion w całym świecie —

Przyszedł poseł jeden, drugi,
Do nóg w progu padł jak długi,
Blade lica zrosił łzami:
„Ratuj, królu! Krucho z nami“.

Sparła króla radość wściekła:
„Dość mi hydra ta dopiekła!
Marysieńka! Żegnaj stara!
Jakób za mną! Naprzód wiara!“

Ledwie szary dzień zaświeci,
Jak grom spada król Jan Trzeci,
A husarji skrzydła wieją,
Lecą, pędzą i śmierć sieją.

A pod Wiedniem trupów wały,
Wezyr uciekł, rad, że cały,
A po Wiedniu okrzyk leci:
„Niechaj żyje król Jan Trzeci!“

Para koniom bije z pyska,
Cesarz króla rękę ściska,
Dłoń kordjalnie król mu poda:
„Głupstwo, Poldek! Gadać szkoda!!“


[ 25 ]

Gdzież są Twoje, Lubomirski, mężne hufce zbrojne?
Gdzież husarze, co z szumieniem idą piór na wojnę?
Gdzież tabory pełne jadła, wozy pełne broni?
Masz walizkę obok siebie i „Warszawski“ w dłoni.

Grał bo kiedyś Lubomirski, a gdy grę zaczynał,
Chmur oponę nad ojczyzną jako dach rozpinał,
I królowi stawił czoło. Dzisiaj, niech go trzysta!!!
Gra w „Myśliwskim“ xiążę Zdzisław w bridge’a albo w wista.

Gdzież są Twoje pyszne, konie, na świat sławne cugi?
Część wziął Niemiec rekwizycją, część zaś Żyd za długi;
Drugą klasą jedzie skromnie, smutne roi dumy.
........................
Jednokonkę bierze w Wiedniu, jednokonne gumy.

Już Tarnowski, wypomniawszy swe sofijskie cnoty,
Swoją podróż oceanem, liczne w niej kłopoty,
Poprzysiągłszy się na brodę Stanisława stryja,
Audjencję w Laxenburgu niby targ dobija.

Brillantiną skrapia włosy Lubomirski xiąże,
Najmodniejszy swój wiedeński zręcznie krawat wiąże,
Wąs podkręca! To bohater, co nam Polskę zbawi —
Wąs podkręcał Jakże pięknie z temi mu wąsami.

........................

Po godzinie, gdy opuszczał laxenburskie mury,
Był wzruszony niepomiernie, wznosił wzrok do góry —
I cóż grozić może Polsce, rzeknąć chciejcie sami,
Kiedy Pan Bóg jest z Karolem, a zaś Karol z nami?

........................


[ 26 ]

Do dorożki siada dumnie, deszczyk mżyć zaczyna,
Wieźć się każe do pałacu hrabiego Czernina,
Tną rozmówkę, do jadalnej zwolna idą sali,
Zupa na stół! I czerninę księciu panu dali.

........................

O Sobieski! Gdybyż wtenczas kto Ci szlak zagrodził,
Kiedyś, sam nie wiedząc po co, aż pod Wiedeń chodził!
Pocoś wdał się niepotrzebnie w całą tę kampanję?
Ty przez pychę, Lubomirski także przez — grossmanję.





Pisane we wrześniu roku 1917. W końcu sierpnia tego roku jeździł xiąże Zdzisław Lubomirski, naówczas tylko prezydent stoł. m. Warszawy, do Wiednia i przyjęty był w Laxenburgu przez cesarza Karola. Ta wyprawa wiedeńska xięcia Zdzisława stanowi poniekąd epokę w dziejach królewsko-polskiego kabaretu.

Podczas niej właśnie zaczerpnął późniejsza dostojność tego wiedeńskiego oddechu, który go będzie we wszystkich narodowych sprawach zwracał twarzą do Wiednia. To zarazem początek wojażów politycznych, ukoronowanych tegoż xięcia mową w Berlinie.

Tu się zaczyna historja najdostojniejszego parawanu, z poza którego kiedy niekiedy tylko wychyla się „hrabia Adam“ Tarnowski, spiritus movens i główny reżyser austro-polskich sielanek.



[ 27 ]PAN POMORSKI



Gdyby nam niepodległość był Moskal darował,
Któżby pierwsze urzędy w tej Polsce zajmował?
Któżby był jak ta kura, co siadłszy na grzędę,
Powiada: „Ja chcę wyżej i na łbie ci siędę“,
I któżby był najlepszym Słowianinem-bratem,
Co dmie się przed pokłonem a kłania przed batem?
Ma ponoć pan Pomorski swe cnoty rolnicze,
Lecz takich ja oraczów ojczyźnie nie życzę
I myślę, że z tej gleby o wczesnej nam wiośnie
Nie zboże, chleb dające, lecz kąkol wyrośnie.
Choć glebę trza nawozić, lecz z Polską rzecz inna.
Bez mierzwy sama przez się obrodzić powinna,
I każdy gospodarkę zobaczy w tem marną,
Gdy rolnik dba o nawóz, a nie dba o ziarno.
Mój Boże! Gdybyż każdy, co myśli o sobie,
Że służy ku ojczyzny specjalnej ozdobie,
Że sam mu Napoleon z Bismarkiem wraz wzięty
Dostaje conajwyżej w połowie do pięty —
Każdemu gdyby z takich oddawać mospanów
Fotele senatorów, buławy hetmanów!...
A zresztą... pan Pomorski nie mylił się całkiem:
Kiep żołnierz, co nie myśli, by zostać... marszałkiem.
Paskiewicz Erywanskij Erywań zdobywał,
Od bitew Zabajkalskim się Dybicz nazywał,
Pan, panie Mikułowski, powiedzieć nie może,
Że stałeś się Pomorskim, zdobywszy... Pomorze.

[ 28 ]

Niedawne to są dzieje, gdy z dobrym wynikiem
Opiekę roztaczałeś nad ruskim językiem,
Z Gogola była mądrość, z Puszkina zaś cnota;
Dziś brzydka jest Tatjana, a piękna — Dorota.
To zresztą osobiste. Lecz kryją swe lice,
Łez mają pełne oczy obydwie wszechnice,
Wołając: „Swem przeczuciem pokieruj się bystrem:
Siej, gadaj, tańcuj, pływaj, lecz nie bądź ministrem.
Pan wiesz to z agronomji: „Gdy chwastów za wiele,
Ogrodnik rad czy nierad, choć westchnie — wypiele“.





Jest rzeczą drugorzędną, kiedy powstał wiersz powyższy, skoro pan Józef Mikułowski-Pomorski raz po raz był to dyrektorem departamentu, to znowu ministrem, to wreszcie wicemarszałkiem wszystkich pod rząd tymczasowych rad stanu. Ta nadludzka wszechstronność pana Pomorskiego, sprawiająca, że przerzucał się z bajeczną lekkością od wyznań religijnych do dóbr koronnych, od oświecenia publicznego do spraw wewnętrznych, czyni tego nowoczesnego Figara postacią nieledwie dla królewsko-polskiego kabaretu symboliczną. I tak jak w tradycji komedji dell’arte pozostaną na wieki typy pedanta, czy tyrana albo subretki, „Pomorski“ będzie tradycyjną komedjową postacią w Polsce, wcieleniem politycznego wszędobylstwa i czapkowania „z głupia frant“ wszystkim kolejno okupacjom.



[ 29 ]OTWARCIE RADY STANU W WARSZAWIE



Na wieść o mającem nastąpić otwarciu Rady Stanu, Warszawa już od wczesnego ranka była na nogach. Członkowie Centrum Narodowego, Ligi Państwowości, Związku Budowy, chodzili z radości na głowie, co nie mało przyczyniło się do podniesienia odświętnego nastroju w mieście. Przez ulicę przeciągają co chwila mniejsze lub większe grupy pracy narodowej ze sztandarami lub bez, z pieśniami narodowemi na ustach. Oto idzie Związek Budowy Państwa Polskiego pod przewodnictwem bar. Zdzisława Heydla: parobcy gnają konie, woły i krowy tego światłego ziemianina. Związkowi śpiewają: „Szumny wiatr wionął po pustym stepie“. Dr. Baranowski prowadzi 5-ro dzieci radnego Natansona. Dzieci biją w tarabany i śpiewają: „Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę — będziem Polakami“. Oto ks. Chełmicki wyszedł z firmy „Aurelja“, w której powieszono jego portret obok Kościuszki i ks. Józefa. Czcigodny sekretarz generalny nuci „Ksiądz mi zakazował“. Oto wreszcie pan Grendyszyński, Czartkowski i wielu, wielu innych. Grupa ta śpiewa cienko. Zwartym szeregiem idą uczestnicy wypadków 1863 r. Za nimi uczestnicy nieszczęśliwych wypadków: pp.: Ilski, Koralewski etc. Mężowie ci mają na siedzeniach amarantowe kokardy z napisami: „Żywią nas i bronią". Kierujemy się w stronę Tow. Kredytowego Miejskiego, gdzie Rada Stanu postanowiła sobie zdobywać kredyt w społeczeństwie. Jesteśmy mile zdziwieni demokratycznym jej charakterem. Już we drzwiach wejściowych wita nas wielki transparent z napisem: „P. O. W." (Proszę Obuwie Wycierać). To owoc zabiegów p. Artura Śliwińskiego, który w ten sposób zdobył poważną koncesję na rzecz ugrupowań lewicowych. W tej właśnie chwili zajeżdża przed gmach Rady [ 30 ]olbrzymi furgon wyładowany wielopudowemi workami. Woźny informuje, że jest to piasek, którym p. Steczkowski będzie sypał w oczy społeczeństwu. Powoli zaczynają się zjeżdżać przedstawiciele władz, radcowie stanu, przyjaciele, krewni i życzliwi. Milicja, której polecono zorganizować żywiołową manifestację, woła pod kierunkiem p. Łączkowskiego: „Wiwat król“; — p. Nojach Priłuckij kłania się i dziękuje za tę sympatyczną owację. Przy przechodzeniu pp. Potockiego, Rostworowskiego, Ronikiera, rozlegają się z tej samej strony okrzyki: „Wiwat wszystkie stany!“

Prof. Askenazy wprowadza pod rękę kanoniczkę Walewską, która go pyta, co słychać z Napoleonem.

Wchodzą również Janusz, Maciej i Franciszek, Trzy Trąby Radziwiłłowie. „O: łyki!“ — woła pogardliwie Janusz Radziwiłł (na Ołyce), wskazując na przedstawicieli Rady Miejskiej. Zajeżdżają wreszcie samochody urzędowe, z których wysiadają: regent Ostrowski z adjutantem, regent Lubomirski z żoną i minister Stecki z brodą.

Arcybiskup Kakowski nadjeżdża na pięć minut przed dwunastą. Na chwilę przed nim wchodzi rektor Kostanecki. Spóźnienie swe tłumaczy ekonomją czasu, tym razem polityczną.

Na galerjach i w loży przepełnienie. Publiczność, wychylona z lóż, rozmawia z radcami stanu. Jedna z ulubionych artystek dramatu i komedji woła do radcy stanu p. Augusta Popławskiego: „Śmiało Gutek“. Popławski obiecuje jej solennie, że będzie robił „Sfinksa“.

Prawdziwą sensację budzi wniesienie wirylisty, rabina Perlmuttra. Czcigodny radca, który jako wolentarjusz brał udział w odsieczy Wiednia, zapytuje hofrata Rosnera o najświeższe nowiny z tego miasta.

P. Rosner zaprzecza, jakoby miario zarządzić w mieście zniszczenie wszystkich reprodukcyj Madonny [ 31 ]Sykstyńskiej. Wśród zebranej publicznej usilnie kolportowana jest pogłoska, iż radcowie stanu zbiorą się wieczorem na stokach cytadeli, niżej krzyża, i tam właśnie pocałują gen. Beselera. W loży prasowej przez czas dłuższy szukają p. Czekalskiego, który gdzieś się zapodział. Znajdują go wreszcie pod nogą stołową. Jest to, jak się okazało, jeden z jego pseudonimów.

Na ulicach wzmaga się hałas: czterech podejrzanych przymiotników, którzy gwałtem chcieli się dostać do Rady Stanu, schwytano, a o zajściu spisano protokół.





Mowa o Radzie Stanu, mianowanej wiosną r. 1918 przez Najdostojniejszą Radę Regencyjną — z pośród t. zw. aktywistów i skłaniających się jut wówczas ku współdziałaniu z nimi endeków. Pan Józef Świeżyński — jest już wtedy rozkonspirowany i siedzi na prawicy — chociaż na honorowych fotelach w Radzie siedzą jeszcze pp: Lerchenfeld, Ugron, Czapski, Żychliński, Iszkowski i radca dworu dr. Ignacy Rosner (jeszcze nie był redaktorem „Kurjera polskiego“). Lewica, mimo pewnych zabiegów ze strony p. Artura Śliwińskiego (o czem się mówi w fejletonie), udziału w Radzie Stanu nie bierze. Licznych aluzyj o charakterze intymnym nie uważa autor za stosowne wyjaśniać — napomknienie o sytuacji w Wiedniu tyczy się akcji pokojowej x Sykstusa Bourbon de Parma, skompromitowanej przez niewczesne jej ujawnienie.



[ 32 ]WIERSZ NAPISANY Z ABOMINACJI



Był Jan w Oleju, a przyjdzie Jan Kanty:
Ten zaś napewno już starań dołoży,
Aby nas w końcu nie minął Jan Boży —
Rzeczpospolita nam pójdzie na fanty!!

Bo choć w nas żywię animusz rycerski,
Nie to słuchamy, co Mawors nam powie,
Jedno, co powie nam On... Belwederski,
I tak żyjemy — jak zechcą bogowie.

Mówią już o nas, że płoniem jak świeca,
Otworzym nowych w historji stos stronic;
Później powiemy, że hałas był o nic,
Zawsze swojego musimy mieć Goetza.

Cóż, że nie Wojciech drzwi raju roztworzy,
Gdy Machiavellich w nas rzesza tak liczna —
Tych nam nie zbraknie, choć będzie najgorzej:
Chronikier — nasza choroba chroniczna.

Jużbym się teraz niczemu nie zdziwił,
Tak jak mnie więcej nic w Polsce nie złości:
„Mąż zaufania“ Franciszek Radziwiłł
Jest w niej, o Boże, i mężem przyszłości!


[ 33 ]

Hola! Gdy wino choć wpół niedopite,
Wara nam pętlę zaciskać na szyję,
Zresztą „historia magistra est vitae“
Mówił Lelewel. Joachim niech żyje!





Pisane niedługo po traktacie brzeskim, kiedy w polskiej ugodzie zaczęło się znowu prostować nieuleczalne natręctwo wyczekiwania po przedpokojach. Hrabia Adam Ronikier i xiąże Franciszek Radziwiłł, przysłowiowe „keko“ — wysłani zostali na zwiady do Berlina, skąd omal ze nie przywieźli niepodległości dziesięciopowiatowej i xięcia Joachima w królewsko-polskich gronostajach. Wtórował im, naprawiając „we Widniu“ niemiłe dla sfer tamtejszych wrażenie manifestacyj polskich — prezes ówczesny Koła Polskiego, Jan bar. Goetz-Okocimski, żeby się przypadkiem nie pomylił p. Fehrenbach, niemiecki Reichstagsabgeordnete centrowy, gdy mówił o polskim ogniu słomianym.

Pan Jan Kanty Steczkowski dochodzi w tym momencie do pierwszych partyj w królewsko-polskim kabarecie.



[ 34 ]JESZCZE POLSKA NIE ZGINĘŁA



— Czas to już niedaleki. Jak niegdyś Czarniecki,
Przejdziem Wisłę i Wartę po pruskim zaborze,
I będziem Polakami, i zorza rozgorze,
I wyjdą nasi Żydzi z niewoli niemieckiej.

Po różnych radach stanu i różnych regentach,
Gdy jeszcze naszej Polsce dość siły zostanie,
Na szmugiel będą jeszcze towary wieźć tanie
Grohmany i Poznańscy na polskich okrętach.

O Polsko! — Jesteś pawiem i ludów papugą,
Adama Ronikiera masz w lśniącym ogonie,
Jak lew, Muśnicki leży oparty przy tronie,
I grozi wrogom Polski niemiecką maczugą.

A jeśli dechby poszedł od wnętrza niezdrowy,
I zadrżał Piotr Drzewiecki na setce swych stolców,
To nic! To tylko „Róża“ Katerli bez kolców,
A z tem da sobie radę Łączkowski-gajowy.

Pan premjer Kucharzewski po brzeskim traktacie
Historję robi Polski z swych smutnych historji,
I będzie może jutro nam chodził we glorji,
Najmilszy z dyplomatów przy słodkiej herbacie.

Krzyż niesiem sobie sami bez wielkiej obrazy,
Za chustę Weroniki — „Monitor“ nam chusta,
Rzeźwiącą wodą w oczy Steczkowski nam chlusta,
I Szymon nam pomaga nieść krzyż... Askenazy.


[ 35 ]

A cóż, że książę Janusz Radziwiłł z Ołyki
Ojczyznę dziś w Berlinie przewraca na nice —
Za Szwedów był w Kiejdanach, za Niemców — w Ołyce,
I pisze pod dyktando „traitement polityki“.

A choćby wszystkich takich ministrów w koronie,
I Rudych Radziwiłłów, i chudychby, zniosła!
Lecz gdzież jest Zygmunt August? Augusty u wiosła,
I jeszcze trochę tego — a okręt zatonie.

Bo mełło się językiem, a teraz się skrupi,
I byle pruska świnia nas zeżre w tej kaszy,
Czem Maciek nad Maćkami Radziwiłł nas straszy.
A ja mu przyznam rację. A głupi, a głupi!





Wiersz ten napisany był wiosną 1918 r. Generał Muśnicki, z którym tutaj spotykamy się po raz pierwszy, jest w najlepszym gatunku polski „miles gloriosus“, przechodzący bez mrugnięcia powiek od legendowego, zgoła niehistorycznego brania w jassyr bolszewickich baszów do najrealniejszego w świecie ofiarowania bezcennego materjalu wojennego sprzymierzonym z Polską Teutonom.

Xiąże Maciej Radziwiłł niedługo występował w królewsko-polskim kabarecie: posądzony o knowania przeciwko dyrekcji, na progu zaledwie honorów i stanowisk, w pełni ambicji, usunął się ze sceny.



[ 36 ]GŁOS SZLACHECKI O ELEKCJI



Tron Jagiellonów jest dzisiaj do wzięcia,
Choć dzwon nie bije z katedry krakowskiej —
Może już śmiało Wojciech Rostworowski
Do Europy pojechać po księcia.

Wieda czy Żyda Erzbischof Kakowski
Ostatnim w Polsce olejem namaści:
Cześć Ci i chwała, Steczkowski! To Waści
Jest dyplomacji rezultat łotrowski.

Piastowski szczerbiec niemieckie nam xiąże
Do swego boku przypasze w katedrze,
Przed tron krzyżacka hołota się wedrze —
Co oni zwiążą, i Bóg nie rozwiąże.

Że ktoś tam kiedyś był sobie poczciwcem,
Grzmot go okrzyków w Warszawie przywita;
Chociaż nas Niemiec o zdanie nie pyta,
...Takiego pana nie wpuściłbym... żywcem.

I chociaż tylko Studnicki w tem cel ma,
Prinz August Wilhelm też myśli o tronie —
Jużeśmy mieli Augustów w koronie,
Więc drwię z Augusta, lecz nie chcę... Wilhelma.

Bo wszędzie widzę podstępy zdradzieckie
I bułgarskiegobym przeklął Cyryla —
Ojczyzno moja! Ostatnia to chwila:
Wpierw Cyryl, potem Metody... niemieckie.


[ 37 ]

W gronostajowe ubiorą nas suknie,
A dym kadzideł tę prawdę nam zaćmi,
Że się nam w Prusach znęcają nad braćmi
I będą znęcać, dopóki nie huknie

Na samym środku Warszawy z tysięcy
Piersi wezbranych dynamit wołania:
„Nie chcemy króla! Od jednych Poznania,
Od drugich chcemy Krakowa! Nic więcej“.

To polityki wskazaniem jest bystrem:
Gdy mieć nie będziem bałtyckich wybrzeży,
I pan Świeżyński nam nic nie odświeży,
I pan Bądzyński, choć będzie... ministrem.





Wiersz ten powstał w sierpniu roku 1918, kiedy, jak zwykłe na jesieni — wraz z likwidacją nieudanych na Zachodzie ataków szykowali się Niemcy do nowych podarków dla Połski. Po wszechnicy, niepodległości i regentach, chciano wziąć Polskę na nową uroczystość, ku czemu przygotowywano już podobno klasztor jasnogórski, aby go najnowszym wsławić cudem. Pominąwszy niedorzeczny pomysł zaciągania na improwizowany polski stolec aż bułgarskiego majestatu i kandydaturę xięcia Augusta Wilhelma, którą ten, jako szanujący się xiąże, odrzucił — miano zaatakować nieśmiertelną tromtadrację polską od strony Żywca, licząc widać, że nie trudno będzie odurzyć ją zapachem habsburskim, cudownie pomieszanym z wonią pól, łąk i lasów Zachodniej Galicji.

Można sobie wyobrazić, ile spodziewał się po tym pomyśle hrabia Wojciech Roztworowski, milimetrowy Bismark polskiego monarchizmu, skoro się zważy, że przy królewskim dworze nie trudno o szambelaństwo, o koniuszowstwo, albo o godność łowiecką.

Sam Zdzisław Lubomirski marzył pewno o tem nieraz, zarabiając na chleb powszedni regentowaniem przy generał-gubernatorze.



[ 38 ]XIĘCIA JANUSZA RADZIWIŁŁA POLONEZ



Że xiąże Janusz piękny, że ma wygląd dzielny —
On nam dziś poprowadzi polonez weselny.
Wziął ton w kwaterze głównej i poddał kapeli:
Kapela zadźwięczała, a kontusz się bieli,
I xiąże Janusz zwolna, podkręcając wąsa,
Sunie w takt poloneza. Polska za nim pląsa!

Tan to międzypartyjny! Choć nie wszyscy w tańcu,
Żaden szabli nie szczerbi na szwabskim pohańcu —
Choć nie tańczą, lecz patrzą, kiedy z Bożey woley,
Tańczący w cień odejdą: na nich przyjdzie kolej.
Więc już Henryk Potocki krok do tańca czyni,
W strój odziany najpierwszy, wyjęty ze skrzyni,
Przyjaźnie mruga parom, których tysiąc płynie —
Ma kontusz pamiątkowy... po krewnych w Rydzynie.

I także pan Świeżyński, choć się nieco boczy,
Popatrzcie, jakie jasne, poczciwe ma oczy —
Nie może w miejscu ustać, a przyszłość pokaże,
Czy także w tan nie pójdzie — i to w pierwszej parze.

Wciąż idą! Nagle: co to? Głośniej brzękła blacha,
I ton się wmieszał obcy, coś jak z Offenbacha
De Cologne, co jest zdawna bożyszczem magnatów
De Pologne. Oto truchtem, śród głośnych wiwatów


[ 39 ]

I śmiechów i okrzyków i gwizdania tłuszczy,
Nadbiega xiąże Keko, chudy jak duch puszczy.
Zabrzęczał szablą, zniknął, żegnany z chichotem —
A za nim suną fraki... A jeden ze złotem:
To hrabia Adam, unser Botschafter w Berlinie,
Wysoki, wyczesany — znaj pana po minie!
Jak głowę swą, tak Polskę chce z boku przedzielić,
Aby Polak do Niemca nie mógł czasem strzelić —
„Tir aux pigeons“ niech czyni, lub strzela jarząbki,
Jak on, ten mały piesek, który szczerzy... ząbki.

Jak xiądz prałat Chełmicki, który niewyspany,
Choć cicho, chociaż bokiem, ale rusza w tany.
Nikt nie wie, że rej wodzi, że mistrz to w komendzie,
Że zwoła wszystkie pary, gdy czas na to będzie.
Monsignor sekretarzu! Jakież Ciebie modły,
Jakież msze do takiego upadku przywiodły?
Ty, coś zawsze do łóżka wraz z trzecim szedł kurem,
Ty, coś był Don-Juanem, dziś jesteś rajfurem
Niemieckiej okupacji, co smołą nas praży —
Pamiętaj, że Bóg wygna z kościoła handlarzy.
(Choć może przedtem Polska w świat pójdzie bez gaci,
O cześć wam, cześć, hrabiowie, xiążęta, prałaci).

I Stecki z długą brodą też poważnie kroczy;
Choć tekę ma pod pachą, ale wpija oczy
W siedzenie po premjerze. Gdy ten się wywali,
On weźmie ster! Jan III. I ten nas ocali:
Kramołę po więzieniach pozamyka szczelnie,

[ 40 ]

Policją wszystkie w Polsce obsadzi uczelnie
I będzie, jak ci dawniej, wszystkie leczył bóle
Świadectwem prawomyślnem, pisanem w cyrkule;
Stołypin polski stanie w bohaterów rzędzie,
Zgnębiwszy opozycję, jeśli taka będzie —
Bo w Polsce niema partji, coby, gdy jest w modzie
Ugoda, iść zechciała przeciwko wygodzie.

Ambasador Lednicki, ten, co w Moskwie siedzi,
Też stąpa w polonezie, jak w tańcu niedźwiedzi,
Do rubachy przywykły, w delji iść nie umie —
Ambasador Lednicki nie chce zostać w tłumie
I gubiąc zapach dziegciu berlińską perfumą,
Patrzajcie, jak się puszy, z jaką idzie dumą!
O! nie wierzę ja w tego sumienie panieńskie,
Co wczoraj pił kie-reńskie, dziś zaś spija reńskie,
I będzie może jutro Turkiem albo Celtem,
Gdy dziś stoi, choć polskim, lecz przecież — jurgieltem.

Wciąż nowi! Coraz nowi! Wciąż nowi biskupi,
Wciąż nowi kanonicy, dyplomaci głupi,
Coraz nowi Przeździeccy, i każdy z nich bierze
To infułę, to znowu straż przy Beselerze,
Czyszczenie jego spodni i patrzenie chytrze,
Czy się z nich czasem czego dla Polski nie wytrze.

Xiąże Janusz takt zgubił, myśląc o Horodle,
Spocili się tancerze i pobledli podłe,

[ 41 ]

Lecz ton z kwatery głównej wciąż w muzyce dzwoni,
I muszą tańczyć ciągle w takt niemieckiej dłoni,
Co raz po raz po pysku naszą przeszłość bije —

Wciąż nowi, coraz nowi! Radziwił niech żyje!





Pisane we wrześniu roku 1918, wkrótce po naradach nad sprawą polską w wielkiej kwaterze głównej. Moment to kulminacyjny, a jak się później okazało, przełomowy dla idylli trójkolorowych i czarno-żółtych Niemców z Polakami. Jest to zarazem 40° gorączki w powierzaniu wszelkich ministerstw, ambasad i przedpokojów (cięciom, hrabiom, a choćby tylko Przeździeckim. Wyrasta więc na zbawcę ojczyzny niezawodne remedjum na wszelkie narodowe nieszczęścia, piękny xiąże Janusz Radziwiłł, dosyc wyraźnie dający do zrozumienia, że węzeł sprawy polskiej zaplątany jest na jego czarnym wąsie. Xiąże Janusz, jest, jak trzeba, Radziwiłł „Panie Kochanku“, kiedyindziej Radziwiłł „Całuję rączki“, później znów Radziwiłł „Towarzysze i towarzyszki", słowem Radziwiłł — Badeński.

Należało się obawiać, że jeżeli prezydent Wilson nie dostanie bzika na swoim trzynastym punkcie, na co liczyło wielce Koło Międzypartyjne, nawet narodowa demokracja przekona się, że zbawienie Polski przyjść może od Radziwiłłów — i zamiast do Waszyngtonu, powędruje, niby do Canossy, do Ołyki.

Xiąźe Franciszek jest w tym okresie hetmańską powagą w rzeczach wojska polskiego, hrabiowie Ronikier i Przeździecki — luminarzami dyplomacji polskiej, w której pan Aleksander Lednicki gra rolę tradycyjnego bufona, rozdymany przez niestrawione jeszcze rosyjskie kapuśniaki.

Autor nie tracił nadziei, że przy nadarzającej się okazji najbliższej z kolei okupacji w Polsce sprawdzi się to, o co posądzał hrabiego Henryka Potockiego i prezesa Świeźyńskiego, był pewien, że Koło Międzypartyjne raczej inwazjęby nam sprowadziło chińską, niźli wyrzecby się miało dyplomatyzowania na naszym gruncie z jednym jeszcze chociażby zaborcą.



[ 42 ]OSTATNIA PROKLAMACJA

 

Kiedy wyjdzie z Warszawy niemiecka hołota,
Koniec będzie etapom oraz okupacji:
Pomyślcie, o rodacy, nie będzie już racji
Na pruskich dostojników rzucać kupą błota.

Nie będzie bohaterstwem, ani trudnym czynem
Spotwarzać Ludendorffa, z Beselera szydzić,
Najwyższa polska władza każe nienawidzieć
I wczorajszy majestat nazwie „takim synem“.

Żaden więcej Radziwił nie pośle depeszy,
Nie stanie przed kanclerzem z oniemiałem licem;
Gdy ktoś w farsie wyskoczy z anty-pruskim witzem,
Sam premjer się Świeżyński w swej loży ucieszy.

Pomyślcie, o rodacy, jak to będzie nudnie
Nie słyszeć już narzekań, że w naszej ojczyźnie
Plądruje srogi Teuton, niesyty w dziczyźnie,
I Polskę chce zostawić, wychodząc, bezludnie.

Od Wilna do Poznania pojedzie się szosą,
Na prawo będzie Polska i Polska na lewo,
Nie będzie można mówić, że Niemiec tnie drzewo,
I panny na ulicę nie pójdą już boso.

„Legjony“ wyjdą „wschodnie“ w tysiącznych odbitkach,
Do których holenderski, czerpany posłuży,
I w naszej szklance wody już będzie po burzy,
Kto zechce, nadmiar żółci odbije na Żydkach.


[ 43 ]

Więc zanim się w przeszłości pogrąży mgławicach
Dzisiejszość, co nas jeszcze niewoli i nęka,
Na starą oto nutę najnowsza piosenka:
Ostatnia proklamacja na polskich ulicach.

„Obywatele! od pięciu miesięcy
Niecny się yankes panoszy w Warszawie,
Ojczyzna nasza bez jadła jest prawie,
Niesyty yankes zaś żąda wciąż więcej.

Na Zamku flaga powiewa gwiaździsta,
Osiadł Japończyk w pałacu Staszyca,
Wieczór się z loży Mesalką zachwyca,
My się kłócimy, a trzeci korzysta.

Angielski żołdak się rozparł w kawiarni,
Piou-piou zaś bony uwodzi Francuzki,
Herse dziś żąda miljonów za bluzki,
Jutro zaś mają Murzyni przyjść czarni.

Aż drży Warszawa od ciągłej muzyki,
Od świtu zamek kapelą poczyna,
To Paderewski dosiada pianina
I z „Manru“ motyw wygrywa wciąż dziki.

W Gnieźnie stanęły legjony z Kanady,
I przez dzień cały aż huczy uciecha;
W cichej stolicy świętego Wojciecha
Wydaje Lansing proszone obiady.



Info icon 001.svg#licence info


Public domain
This work is in the public domain in the United States because it was first published outside the United States prior to January 1, 1924. Other jurisdictions have other rules. Also note that this work may not be in the public domain in the 9th Circuit if it was published after July 1, 1909, unless the author is known to have died in 1948 or earlier (more than 70 years ago).[1]

This work might not be in the public domain outside the United States and should not be transferred to a Wikisource language subdomain that excludes pre-1924 works copyrighted at home.


Ten utwór został pierwszy raz opublikowany przed dniem 1 stycznia 1924 r., i z tego względu w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej znajduje się w domenie publicznej. Utwór ten nadal może być objęty autorskimi prawami majątkowymi w innych państwach, i dlatego nie zaleca się przenoszenia go do innych projektów językowych.

PD-US-1923-abroad/PL Public domain in the United States but not in its source countries false false