Page:Lechoń Rzeczpospolita Babińska.djvu/39

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.


I śmiechów i okrzyków i gwizdania tłuszczy,
Nadbiega xiąże Keko, chudy jak duch puszczy.
Zabrzęczał szablą, zniknął, żegnany z chichotem —
A za nim suną fraki... A jeden ze złotem:
To hrabia Adam, unser Botschafter w Berlinie,
Wysoki, wyczesany — znaj pana po minie!
Jak głowę swą, tak Polskę chce z boku przedzielić,
Aby Polak do Niemca nie mógł czasem strzelić —
„Tir aux pigeons“ niech czyni, lub strzela jarząbki,
Jak on, ten mały piesek, który szczerzy... ząbki.

Jak xiądz prałat Chełmicki, który niewyspany,
Choć cicho, chociaż bokiem, ale rusza w tany.
Nikt nie wie, że rej wodzi, że mistrz to w komendzie,
Że zwoła wszystkie pary, gdy czas na to będzie.
Monsignor sekretarzu! Jakież Ciebie modły,
Jakież msze do takiego upadku przywiodły?
Ty, coś zawsze do łóżka wraz z trzecim szedł kurem,
Ty, coś był Don-Juanem, dziś jesteś rajfurem
Niemieckiej okupacji, co smołą nas praży —
Pamiętaj, że Bóg wygna z kościoła handlarzy.
(Choć może przedtem Polska w świat pójdzie bez gaci,
O cześć wam, cześć, hrabiowie, xiążęta, prałaci).

I Stecki z długą brodą też poważnie kroczy;
Choć tekę ma pod pachą, ale wpija oczy
W siedzenie po premjerze. Gdy ten się wywali,
On weźmie ster! Jan III. I ten nas ocali:
Kramołę po więzieniach pozamyka szczelnie,

— 37 —