Przewał/całość

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leopold Staff
Tytuł Przewał
Pochodzenie W cieniu miecza
Data wydania 1922
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy »Bibljoteka Polska«
Druk Zakłady graficzne „Bibljoteki Polskiej“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Wikisource
Inne Cały tomik
Indeks stron
[ 95 ]

PRZEWAŁ




[ 96 ] [ 97 ]

JEŃCY MICHAŁA ANIOŁA.

(Grota w Giardino Boboli we Florencji).



Kamienie cierpią... W obcej ich tragicznej doli,
W niegodnej, by cierpienia cud mieścić wyniosły,
W stalaktytowej grocie ogrodu Boboli:

Cztery widma kamienne w cztery kąty wrosły,
Jak oskarżenia słane w cztery świata strony,
Jakiejś okropnej tajni i zagadki posły.

Ciosane z gruba w głazie, jak sen niedośniony,
Poniechane snadź w chwili gniewu czy zawodu
Przez mistrza, co z nich nie zdjął ostatniej obsłony,

Skazawszy je na niebyt na progu porodu —
Patrzą, jak w grób wkopane żywcem potępieńce,
Jakby dyszące jeszcze topielce z pod lodu.

Ciała napięte w strasznej wysilenia męce,
W rozpacznym buncie dzikiej, ciemięskiej bezsiły,
Kipią wezbraniem mięśni w nadludzkiej udręce.

Ścięgna, które się w grudy twardych guzów zbiły,
Daremnie usiłują przerżnąć się przez szyby
Nieprzenikliwe głazu, co im wrasta w żyły.


[ 98 ]

Kształt bioder, łon i piersi potężny, jak gdyby
Ciało zwycięstwa, w podłej niewoli się wije.
Nóg, rąk i głowy, które głaz ściska, jak dyby.

Jeńcy-ż to? Czyje moce narzuciły, czyje,
Białemu marmurowi rzemiosło czerwone
Kata, które czyniły Laokona żmije?

Jeńcy-ż to? Jakie bogi dzikie i szalone
Kazały pięknu nędzą być, sile rozpaczą,
że marmury się zdają, jak sól, od łez słone?

Kto uczynił, że głazy cierpią a nie płaczą
Szmerną, źródlaną ulgą skamieniałej Nioby,
Której sny w zapomnieniu żadne nie majaczą?

Lub są-ż to zmarłych bogów olimpijskich groby,
Zwłoki niebian spowite w śmierci prześcieradła,
Którym Mojra odmawia cyprysów żałoby?

O, żadna jeszcze męka nigdy nie pobladła
Tak bolejącą bielą, jak te ciała z głazu,
Na które niezbłagana, tajna klątwa padła.

Straszny bój musiał toczyć się tutaj z nakazu
Dzikich sił, straszna klęska i pogrom w niemocy!
Nawet słońce nie wgląda tu blaskiem topazu...


[ 99 ]

Nigdy białość nie kryła w sobie tyle nocy!
Nigdy marmur tak nie był stalą i kajdanem,
Kamień tak bardzo sercem i taki sierocy!

O, duszo moja, uniż się kornem kolanem...
Kamienie mówią męki bolesnym wyrzutem
Do tego, co, obecny tutaj, jest ich panem

I co serce swe krwawił i zabił swem dłutem.



KAMIENIE MÓWIĄ:

 

Jakaż zemsta okrutna, za co pełna żółci
Zielonej złość nas męczy w gniewu wściekłym szale!
O, ramię me potężne, kto przeguby skuł ci?

Oczy, kto rzucił na was ślepoty blachmale,
Wszczepiwszy wam wpierw złote przeczucie światłości,
Tchnąwszy w was wiedzę, że są lazury i dale?

Biada nam, biada! Kształt jest początkiem wolności!
Przeklęty, który białe zapłodniwszy łono
Zabił je, ostawiwszy w mogile wnętrzności

Żyjący płód! Przeklęty, kto ręką szaloną
Napisał słowo: Wolność! na więziennym murze.
Każąc nam być źrenicą i własną zasłoną!


[ 100 ]

Przeklęty, który przypiął skrzydła, jak dwie burze,
Do jarzma okutego otroka i czoło
Cierniom wieńca mu kazał zdobić w krwawe róże!

Nie było nas i dla nas nie było nic wkoło.
Był sen bez snu i martwy niebyt, co jest niczem.
Nie śniły o nas Parki nad życia kądziołą.

Tyś stawił bezbolesną nicość przed obliczem
Żywota i tęsknoty w okrucieństw rozpuście.
Tyś wcielił nas zaklęciem woli tajemniczem.

Wulkanie, coś wyrzucił nas, bryły! Oszuście,
Coś nam dał przeczuć piękna kształt nieskazitelny,
By nas w niedoskonałe pogrążyć czeluście!

Kto nie jest, jest jak szczęśnik w żywot nieśmiertelny
Wierzący, co nie będzie oszukany złudą,
Mrąc nierozczarowany, choć jest pył popielny.

Lecz tyś nas wywiódł z śmierci w wolne życia cudo,
A spętałeś nas wiecznym wolności zakazem
I dałeś pierś, by bardziej cierpieć, wielkoludą.

Czemuś nas wyśnił w głębiach snu, co gadał głazem
I krzyczał ku bezdeni nieb młota językiem,
W rytm serca twego w marmur bijąc ciosu razem?


[ 101 ]

Kto-ć kazał nas z kamienia dobyć niewolnikiem,
A nie cielesną pieśnią w boskiej Niki szacie,
Która w przelocie sandał opina rzemykiem?

Czemuś nie efebiczną hermą, srogi kacie,
Wywołał nas z martwoty, choć dziewiczy kamień
Ukrywa w sobie wszystkie kształty i postacie?

Raczej nas młotem swoim na biały proch zamień,
Jak śmierć ciało na popiół rozkłada na nowo!
Wyrwij nas z niedościgu żądz i snów omamień!

Milczysz, szatański Boże, marmurów Jehowo,
Piorunów śpiących w młocie straszny Adonaju,
Krzywdzicielu szyderczy z źrenicą surową!

Na martwoty i życia każesz nam rozstaju
Stać wiecznie w ruchu, co się z kamienia wydziera,
By nigdy się nie wydrzeć do światłości raju!

Przeklęty bądź, że gwiazda Piękna złotoszczera
Świeciła ci, lecz myśl twa, co zgodę zakłóca,
Uczyniła cię chmurą, co światło odbiera

Od słońca, a na ziemię ponury cień rzuca!



[ 102 ]

GŁOS DUCHA:

 

Tytanicznie cierpiący, żyję w was, jak wprzódy
Żyłem w swem własnem ciele, o, moje kamienie,
Ja twórca wasz, com stworzył z głazu całe ludy.

I dwa nieba stworzyłem, co w swoje sklepienie
Zbierają modlitewnych próśb kościelne śpiewy
I własne niebo twórcze stworzyłem: Cierpienie.

O, niebo me piekielne! Snów najbielsze mewy,
Wzbiwszy się pod zuchwałe twoich sklepień łuki,
Rzucają czarne plamy, jak rozpaczy siewy.

Białych gołębic cienie są czarne, jak krμki,
Cóż dopiero me myśli, jak orły-krwiożerce
Wpite dziobem w me serce, jak w kark wilczej suki.

Cierpię w was! W każdym głazie cierpi moje serce.
Tyle serc miałem, ile jest głazów na świecie,
A każde świat mieściło w swej krwawej rozterce.

Najkrwawszy ból, w objawień natchniony podniecie,
Nierozdzielnym się mego życia stał udziałem,
Który na skroń wybrańców wieniec z cierni plecie.

Najwyższą doskonałość w zachwycie widziałem!
Dany mi był sen Boga, a siły człowieka...
Nikt tak nie kochał ciała i nie gardził ciałem!


[ 103 ]

Mówcie wy, których skarga na mój gniew narzeka,
Kto mnie wyśnił i wydał z łona tajemnicy,
Z nicości co mnie kryła, Jak oko powieka?

Mówcie, kto zdjął powiekę z mej ślepej źrenicy,
By na chwilę ukazać jej przeboskie piękno
I kazać potem śnić je ślepotą w piwnicy?

Gdzie kat? Dzikie ramiona me się nie ulękną
Wznieść młota, godząc w jego piersi, jak w kowadło,
Aż mi wykułem słowem zaklęcia odjękną!

Młot mój był wiecznym buntem, który w nieodgadłą
Bramę zagadki bije, lecz dzikiemi ciosy
— Widziałem — żem tłukł jeno złud ziemskich zwierciadło.

Brat Cyklopów, wyzwałem niewzruszone Losy,
Piętrząc stropy obłoezne na zuchwałym tumie,
Zaludniając nowymi bogami niebiosy.

Jakże gardziłem ziemią, zdany górnej dumie,
Palowi, ach! na który człowiek sam się wbija
Wnętrznościami, by konać wysoko, nie w tłumie!

Całe życie konałem tak i nie przemija
Konanie me: w was będę konać wiekuiście
Na swych snów gruzach, w których mąk lęgnie się żmija.


[ 104 ]

Na gruzach snów i dzieła, które los jak liście
Rozmiótł, na gruzach duszy... Kto zmiażdżył mnie w duszy?
Kto podeptał ją? Czyje gniewy i zawiście?!

Jam jeńcem w was. Przez odruzg, co się z głazu kruszy,
Przedzierając się młotem do piękności Boga,
Dobywałem człowieczą niemoc z głazu głuszy.

Rzuciłem was w kamiennych okowach u proga
Kształtu! Bom chciał w was spętać swoje sny bezsenne,
By w więzach legła z wami ma tęsknica sroga!

Serca i Snu nie mogłem wcielić w nieodmienne
Kształty wydarte bieli czystego kamienia:
Bo niezgłębione serce me jest i bezdenne.

A obłok nigdy swego nie dogoni cienia.



[ 105 ]JASNOWIDZ.



Na statku, gdzie stu zmarłych na pokładzie leży,
A stu drugich kamiennym snem bez czucia dyszy,
Budzę się pośród morskiej, przeraźliwej ciszy
Na głuchych, ołowianych wód pustej bezbrzeży.

Żagle, których pierś wichrem, bywało, się pyszy,
Wiszą, jak martwe ptaki wśród sideł obieży,
Liny śpią, jako węże w zgnuśnienia lubieży,
I próżno budzę, darmo wołam towarzyszy.

A stoję na tym statku błędny, nieprzytomny,
Gdy potrzebuję tysiąc silnych rąk do wioseł,
Niesłychanej na świecie, nowej wieści poseł!

I cała ma załoga śmiercią lub snem drzemie,
Gdy w jasnowidczych ogniach sen boski, ogromny
Wskazał mi nocą drogę w nieodkryte ziemie!



[ 106 ]JAKŻE POTĘPIĘ...



Błądziłem wiele, przewiniłem wiele,
O, życia mego błędzie i przewino!
Lecz nie oskarżam was, jako mściciele,
Choć przez was duszą cierpiałem — jedyną.

Za niezdobyte swe nie klnę was cele,
Bezdroża moje, mgłą owiane siną,
Bo mym manowcem były mórz topiele,
W których żeglarze najzuchwalsi giną.

Jakże potępię cię, moje zbłąkanie,
Gdy grób głęboki w wiecznym oceanie
Czeka rozbitków na wodnej roztoczy...

Jakże potępię falę, co mnie zniosła,
Gdy wypuściłem z silnych dłoni wiosła,
Wznosząc do nieba ramiona i oczy...



[ 107 ]POSĄG.



Jeżeli kiedyś pamięć druha albo brata,
Co cnoty zmarłych w serca przecenia żałobie,
Postawi marmurowy posąg na mym grobie:
Niechaj to będzie postać jasna i skrzydlata.

Niechaj ma wzrok pogodny, skroń jak ku ozdobie
Kwietnych wieńców stworzoną, które radość splata
I niech jej tak pieściwie pierś opływa szata,
Jakby ta pierś ran w żadnej nie zaznała dobie.

Niech ma postawę smukłą, ze skrzydły lotnemi,
Jakby jej żadne brzemię nie zgięło do ziemi,
Wdeptawszy w proch i w błoto pióra potargane.

Ale niech ma rozpacznie ręce załamane,
Które powiedzą wszystko, co w swem życiu całem
Ze wstydu i z bolesnej dumy przemilczałem.



[ 108 ]ZMORA.



Sto dni już goni oczy obłąkane
Mając szaleństwem, a na ustach pianę,
Czując, jak oddech zziajanego płuca
Z ostatkiem siły czarną krew wyrzuca.
W starganych włosach wichr szyderczo świszcze —
Lecz on przez drogi, popioły i zgliszcze,
Niosąc win ogrom i brzemię pokuty,
Jak zbój ścigany, jak zwierz psami szczuty,
Gna nieprzytomny przez bagna i puszcze,
Słysząc za sobą rozbestwioną tłuszczę,
Gotową za nim przez topiele wpław iść,
A gna go zemsta, klątwa i nienawiść.

A jaka była jego wina dzika,
Co zeń zrobiła zbiega i nędznika,
Nie wie i nie chce wiedzieć, nie pamięta!
Jeno, że stargał gdzieś haniebne pęta,
Które mu w biegu kolano i biodro
Ranią i, zda się, ciało z kości odrą;
Że zaprzepaścił gdzieś coś nieodpłatnie,
Stracił, co było pierwsze i ostatnie,
Podle swą duszę przegrał w grę fałszywą
I wdał ucieka z resztką serca żywą,
Nagi, oplwany, brudny i obdarty,
A za nim krwawy wstyd i wstręt, jak czarty.


[ 109 ]

A za nim tłuszczy pijanej wrzask srogi
Smaga mu plecy, jak ostre batogi,
Czerepy zbitych czar ranią mu stopy,
Stargane wieńce parzą jak ukropy,
Wicher muzyki wściekłej huczy echem,
Co się zjadliwym natrząsa zeń śmiechem...
O, uciec, uciec! Straszny tłum go żenie!
O, rozpaczliwe, potworne wspomnienie!
Męcie cykuty w złotym wina dzbanie!
Szaty szkarłatnej nikczemny łachmanie!
Strzępie na grzbiecie, co, jak krwawe skrzydło,
Czynisz ze zbiega upiór i straszydło!

Skąd goni? Ze snu, z obłędu, czy z jawy?
Sromoto gorzka, o, kale plugawy...
Pomni: ohydną, piekielną biesiadę,
Twarze w wypiekach, w pocie czoła blade,
Róże w warkoczy nierządnym powabie,
Zrywane szaty, zmięte łóż jedwabie,
Ciężkie, trucizną obłąkane wonie,
Mdlejące dusznic na dławionem łonie,
Zachętą mroku współwinne kotary,
W żądnych objęciach posplatane pary,
Drgawki rozkoszy i ust pocałunki
I na posadzkach, jak krew, ciemne trunki.

I znów szał chutny, pochodnie, kagańce,
W wężowych splotach szalejące tańce,
Zawrotne wiry lubieżnej muzyki,

[ 110 ]

Oddechy parne, łaskotane krzyki,
W puchu kobierców podeptane kwiaty,
Zachłysty czkawki, opilcze wiwaty,
Bezwstydne śpiewy, przewrotne oklaski —
A wkrąg dziwaczne, nieznajome maski,
Nagie ramiona i piersi i uda,
Włosów noc czarna i pożoga ruda,
Tan wyuzdany na krawężej perci,
Pląs nieprzytomny obłędu i śmierci.

Pomni: w park uciekł: lecz park w ćmie obłudnej
Dyszy, od schadzek tajemniczych ludny,
Zwikłany ślepo splotami gałęzi
I ciał sprzęgniętych w uścisków uwięzi.
Aleje nieme i ubocza przecznic
Pełne ladacznic bladych i wszetecznic,
Wabiących wonną podnietą rozpusty
Ciche opryszki i zręczne oszusty.
Łotry układne, nieme rzezimieszki
Na skręcie każdej skradają się ścieżki,
Zewsząd nadchodzą, zjawiają się wszędzie...
O, jawo dziksza, niźli sen w obłędzie!

Wtedy chwyciła go za gardło groza!
Dopadł do komnat, dorwał się powroza
I drzwi na oścież pchnąwszy, z twarzą bladą
Wrzasnął: „Precz biesy, ohydna gromado!“
Wściekłość zmieniła bicz na tysiąc biczy,
A on na oślep sypie razy, ćwiczy

[ 111 ]

Po plecach, karkach, głowach, gdzie dosięże...
Tłum w pisk, pod biczem świszczącym, jak węże,
Do drzwi się tłoczy w popłochu i ginie
W dzikiej rozsypce... Został sam jedynie
I zaparł wrota, otarł z potu czoło,
Odetchnął... Otwarł okno: duszno wkoło...

Lecz oknem, z świstem wichury i chłodem,
Tłuszcza pstrych masek wraca korowodem,
Karminem krwawa, bielidłem pobladła,
Gwiżdże w orzechy i dzwoni w brzękadła...
Swisty, pisk, hałas, docinki i drwinki...
Dłoń mu ściskają, dają upominki,
Składają śmieszne, szydercze ukłony,
Ten wnosi świece, ów stolik zielony,
Tamten gitarę z fletnią, mandoliną,
Ów stawia kwiaty na stole i wino,
A tu stręczyciel szepce w ucho gładki,
Znak dając dziewkom kupionym od matki.

Nie! Niema w cichym niegdyś zamku schrony!
Dom 'okropnością po wiek zarażony!
Na łup go oddać! — Przez tłum i przez róże
Przedarł się, wypadł w noc, gdzie wichr gna burzę!
Lecz tłuszcza za nim! On jakby na pięcie
Kły wilków czując, w żywiołów rozpęcie,
Wśród trzasku gromów i błyskawic śmiechu
Pognał i dotąd gna resztką oddechu,
Jak potępieńcza mara piekieł naga

[ 112 ]

I o pioruny i śmierć nagłą błaga,
W strachu, czy tłum go nic dogna za chwilę,
Co szydero ściga go i został w tyle...

Lecz przebóg! widzi: już nie on gna! Biada!
Bo się na części, na członki rozpada!
A z kłębu członków dawny tłum się rodzi...
Drga, skacze, tańczy!... Ha! teraz uchodzi!
Motłoch go rozkradł!... On sam: cień człowieka,
Co w dal czczym serca tętentem ucieka
Przed samym sobą i ślad własny grzebie
W grozie upiornej! Jakże znajdzie siebie!
Niema go! Niema! Nim dopadł ustroni,
Zgubił się w drodze, wpadł w ręce pogoni!
Nie siebie niesie w samotność, w milczenie,
Lecz pamięć straszną, lęk i przerażenie!

Aż, upiór własny, ledwo dysząc jeszcze,
Padł wycieńczony na głuszą złowieszcze
Łono Pustyni... Już jeno mgła, mara...
Wiatr go rozwiewa, chłonie nicość szara...
Gaśnie... I stając się już zapomnieniem
Własnej pamięci i nowem milczeniem,
Widzi Cud nagle: W godzinie północnej
On sam, przeczysty jak śnieg, jak miecz mocny,
Nagi słoneczną pięknością przedziwną,
Olbrzym pogodny z gałęzią oliwną,
Naprzeciw siebie, jako Bóg z świątyni,
Z najpustynniejszej wychodzi Pustyni...



[ 113 ]POWITANIE.



Pocieszające wiecznie Morze, dobra falo!
Witam cię sercem dziecka, strwoniwszy dni tyle
W jałowej nędzy zwątpień i w upadku pyle,
Oddzielony od ciebie gór i rzek oddalą.

Niedbały, łódź zagnawszy w uschłych trzcin badyle,
Deptałem głaz i piaski, które stopy palą...
O wichry dziś się modlę! One mnie ocalą!
Zachowałem tęsknoty żagle: mórz motyle.

Falo słona, tak słodka! Dobroczynne morze!
Czekam! Na brzegu twoim serce swe położę,
Jak muszlę pustą, zbywszy się żalu, łez, dumy.

Ty je napełnij grot swych tajemnemi szumy,
A rytm wiosła w tę chwilę już mąk niepamiętną,
Niech odmierza spokojnie mego serca tętno.



[ 114 ]WIECZOREM.



Głęboka, senna cisza niemego wieczora
Zeszła na ziemię. Niby na błękit jeziora,
Wypłynął na niebiosa, jako łabędź śnieżny,
Pełny księżyc i rozlał srebrny blask bezbrzeżny
Na lasy, w których gąszczach czarny mrok się smuci.
Brzemię cienia, którego wiew żaden nie zrzuci,
Obarcza drzew znużonych bezsilne konary,
Które się uginają, jak strudzone bary
Pracowników idących na spoczynek cichy.
Jak głowy ich, owisły rośnych ziół kielichy...
Zda się, życie po długim, ciężkim dnia wysiłku
Uległo i poddało się, z słońcem na schyłku,
Znużeniu i zwiotczało, jak zbyt długo pracą
Napięte mięśnie ramion, co w zmierzch siłę tracą
I wzdłuż bioder spadają z ulgą, wreszcie wolne.
Rozluźnia się, rozwiewa wszystko, jak mgły polne,
Wyzwala się z mozołu twardego skupienia
Wyczerpane i w słodycz zapada wytchnienia.
Jeno tobie nie wolno poddać się i ulec,
Serce moje. Jak twarde jarzmo i hamulec,
Myśl twa własna nad tobą wieczną strażą czuwa,
A spoczynku ci wrota zapiera zasuwa,
Którąś samo przybiło na swych wrót zaworze
I, zamknąwszy na głucho, rzuciło klucz w morze.


[ 115 ]

Trzymaj się hardo, śnie mój, czołem swem wysokiem,
Nie ugnij się kolanem, ani cofnij krokiem.
Niechaj będzie, co wolą wybraliśmy własną.
W ten dzień, gdy się zdawało, że już gwiazdy gasną,
Gdy na piersi bezwładnie chyliły się głowy,
Jakby jutro i nigdy dzień nie miał wstać nowy,
Gdy w popiołach na smutku jałowej rubieży
Zdawało się, że nikt już nie zbuduje wieży,
Nikt nie wyśle spojrzenia, ni śpiewu nad chmury,
Nikt nie uplecie wieńca, nie utka purpury;
Że morze jest zbyt gorzkie, niebo zbyt dalekie,
Sen złudą jeno, skrzydła chore lub kalekie,
A jawa marny pozór, zasłona rozdarta,
Nieuleczalnie kłamna i trudu nie warta:
Tęsknota nasza młoda, jak poranne zorze,
A stara, jako wicher i góry i morze,
Tłumiąc w piersi swe własne obawy i łkanie,
Nie mając chleba w sakwie, ani wody w dzbanie,
Choć droga była twarda i przepaść zawrotna,
Poszła w dal bez podpory, zachęty, samotna
I upadłszy przed słońcem ukrytem w błękicie,
Zaprzysięgła mu miłość swą i całe życie.

Szliśmy długo, o, serce me, i wciąż idziemy
Wśród ludzi i kamieni w obojętnej, niemej,
Niegościnnej dziedzinie, gdzie dusza nie widzi
Progu, który zaprasza, jeno wzrok, co szydzi,
Jeno wzrok, co nie ufa, wzrok, co podejrzywa
I dłoń, co drzwi zamyka i okna zakrywa.



[ 116 ]

Lecz my z pieśnią na ustach, z wargi pozdrowieniem
Idziem, choć mrok osłania ziemię snem i cieniem
I uśmiech zostawiamy swój przy każdej bramie,
Nawet w zmierzch tak posępny, co zgina i łamie.

Ileśmy już przeżyli zmierzchów! Ileż razy!
Gdy na duszy mrok leży, jak mogilne głazy,
Gdy ból całuje ogniem zmierzch naszego czoła
I załamuje ręce myślom, a noc woła:
„Ugnij się, serce, ugnij! Pracujesz najemnie
W pługu, co orze ugor! Trud mija daremnie!
Ziarna rozmiotły burze wśród wichrów niesnasek,
A to, co w ziemię rzucasz, to jedynie piasek,
Który w oczy ci rzuca wiatr i złość na psotę,
A wzrok oślepion myśli, że to gwiazdy złote!
Co siejesz, to nie perły muszlom wykradzione,
Ale łzy twoje własne, gorące i słone!
Poddaj się, serce, poddaj! Złam miecz na kolanie,
I z krzykiem proś o pardon, proś o zmiłowanie.
Rozluźnij uporczywe, zaprzysięgłe palce!
Rzuć miecz złamany, tępy! Musisz ulec w walce
I paść ku pastwie kruków i psów poniewierce.
O, poddaj się, ulegnij, ślepe, wierne serce!“

O, wtedy ścisnąć pięście, zaciąć niemo wargi,
Dźwigać się hardo czołem i nie wydać skargi;
O, piąć się po krzemiennej, nagiej, stromej skale
Z usty popękanemi w suszy i upale;
Nie mieć cienia dla czoła, ni dla wargi źródła,

[ 117 ]

Kędyby pierś płonąca w spoczynku ochłódła;
Chwytać się dłonią drżącą najuboższej trawy
I całować w niej życia wielki dar łaskawy
I twardo stać na serca własnego wyłomie,
Bronić wstępu zwątpieniu, co czyha kryjomie;
Martwych mórz popielnemi musieć żyć owocy,
Wiedząc, że znikąd dłoni i znikąd pomocy:
A wzrok nadzieją, wiarą wysyłać w błękity,
Cieszyć się, że choć szczyty są, wysokie szczyty,
Bez serca, bez miłości, lecz podniebne, dumne,
Jeżeli nie dla życia, to na głaz na trumnę,
Na głaz, który, gdy ziemia nocą skryje oko,
Na piersi padnie, kamień, co leżał wysoko...
I kiedyby się chciało, pięścią bijąc w ciemię,
W nieutulonym, dzikim żalu paść na ziemię
I, twarz ukrywszy w trawie chłodnej i wilgotnej,
Płakać strasznie, szalenie, w rozpaczy samotnej:
Wówczas miast dłoni, co są dobre i kochane,
Zimny jeno na serce kłaść głaz, jak na ranę
I duszę swą rozrzucać wkrąg w uśmiechów siewie —
Ile kosztuje uśmiech taki, ach, nikt nie wie!

Ale my wiemy, dusze. Mówią o ubóstwie
Nędzy, ale my znamy w przepychu i mnóstwie
Ubóstwo gorsze. Mówią o smutku w żałobie,
My wiemy, jak być może blada skroń w ozdobie
Róż szkarłatnych, co czynią czoło jeszcze bledszem.
Znamy samotność, co nam jest chlebem, powietrzem,
Swobodą i więzieniem. Wiemy ilokrotnie



[ 118 ]

Pogoda jest śmiertelnem znużeniem w samotnie
Milczącem opuszczeniu, w bezsilnej godzinie
Po burzy rozpaczliwej, dzikiej targaninie.
Ach, znamy siedmiobarwną beznadziejność tęczy,
Kiedy się ją znalazło miast pewnej poręczy.
Wiemy, ilekroć śpiewna lekkomyślność nasza,
To jeno na odwagę pita wina czasza,
Którą chłoniem, gdy w północ zbłąkani i sami
Idziem nad ziejącemi bezdnem przepaściami.

Lecz podjęliśmy mężnie wysiłek junaczy
I trwamy. Codzień w oczy patrzymy rozpaczy
I każem jej giąć czoło pokłonem pokory
I pozdrawiać tron słońca i gwiazd srebrne dwory.
Codzień niewiary zimnej dłoń ujmujem czarną
I każemy jej w ziemię rzucać jedno ziarno,
Ziarno, którem jest jeno nasze serce własne.
I nic nie chcemy, jeno mieć to światło jasne,
Które słońce rozdaje królom i żebrakom,
Jeno śpiew, który życie daje wiatrom, ptakom
I drzewom i potokom i by myśl w nas młoda
Była święta, jak góry i piękna, jak woda
I aż do śmiertelnego w płótna upowicia
Nie chcemy nic od życia, prócz miłości życia.

A gdy me życie, które — jak każde — jest smutkiem
Mroku o radość światła walczącym, po krótkiem
Choć długiem wędrowaniu, stanie, gdzie godzina
Śmierci czeka, jak wieczna wędrowców gościna;

[ 119 ]

Gdy ustom, które żyły z słonecznego mleka,
Zgon poda kielich nocy i zmierzchnie powieka:
Wówczas w wieczór ostatni, co choć spadnie cieniem,
Złoty będzie poranka jasnego wspomnieniem,
Niech na me serce smutek położy się starczy,
Jako mrący wojownik na pękniętej tarczy.



[ 120 ]POD KRZYŻEM.



Był wieczór letni: godzina, co godzi
I jedna jawę dnia z nocy marzeniem,
Cicha słodyczą ostatniego słońca,
Co, w sen się kłoniąc, skośne blaski rzuca
Na pól różowe ściernisko, po którem
Przeszła dopiero srebrna żeńca kosa,
Jak sierp księżyca po niebios zagonie
I zostawiła poza sobą długie
Fale poległych kłosów i woń chleba.

W łagodnie zmierzchłej dali słychać ciche
Gwary wsi dobrej, kędy po dniu pracy
Troski się dzienne na spoczynek kładą,
Jako się kładą siwe dymu smugi
Na ziemię, sennie ze strzech się snujące,
A ukojona cisza słodko gędzie
Podzwonną dniowi pieśnią skrytych świerszczy.

Na dróg rozstaju pustym i odludnym,
Na czarnym krzyżu wisi uwieńczony
Cierniami Chrystus nagi i samotny
I w oddal patrzy gasnącą źrenicą
Tak beznadziejnie smutno i rozpacznie,
Jakby nad krzyżem już nie było nieba,
A pod tem niebem wielkiej, pięknej ziemi.


[ 121 ]

Pod krzyżem w niemej zadumy postawie,
Wsparty ramieniem o męczeńskie drzewo,
Młodzieniec nagi i cudownie piękny
Stoi w kwitnącej siłą ciała wiośnie,
W koźlęcej jeno skórze na ramionach,
Z gałęzią winną w kędzierzawych włosach
I fletnią z trzciny w opuszczonej dłoni
I z dziwnie smętnej pogody uśmiechem,
Głosem pieściwym, jak powiew w winnicy,
Mówi, objąwszy pień krzyża ramieniem:

„Bracie! Wysoko tak przybili ciebie,
że chcąc cię objąć uściskiem miłości,
Której uczyłeś słowem i cierpieniem,
Muszę ramieniem swem opleść twe drzewo,
Jak je oplata wino, które posiał
Czas u stóp krzyża i które wyrósłszy,
Pędem najwyższym dziś sięga ci serca.
Kochałem drzewa, winorośl i trzcinę,
Wszystko, co żywi się wodą i słońcem,
Rośnie i szumi na wietrze i śpiewa.
Owoce-m kochał i zbóż sypkie ziarna,
W które swą duszę złotą słońce wlewa
I daje ludziom spożywać ją chlebem,
Nieb pocałunkiem całując ich serca,
A w winie niesie pozdrowienie życia —
Jak ty żegnałeś ich chlebem i winem.
Zwierzęta-m kochał ciche i łagodne,
Pstrą tygrysicę i gibką panterę,

[ 122 ]

Co z wesołemi mojemi pochody
Szły za mym tyrsem posłuszne i ciche.
Kochałem śpiewy, śmiech, radość i młodość,
Których tyś nie chciał kochać, może przeto,
żem, nazbyt młody wówczas, nie rozumiał,
W tańca i szału i śpiewu nadmiarze,
Pomazan wina czerwonym osadem,
że wino słodycz lecz i gorycz kryje,
Bowiem słodyczy nadmiar jest piołunem.

„Lecz i jam cierpiał prześladowań męki
I ja leżałem w zimowym grobowcu
I nauczyła mnie boleść mądrości...
A mądrość ślepe otwarła mi oczy,
Które się zlękły widząc przebudzone,
że ciągle jeszcze bolejesz na krzyżu,
że rany w boku nie pokryła blizna,
A cierń twej skroni nie zakwitł różami.

„Czy nikt ci nie chciał pomóc? Nikt zdjąć z krzyża?
Mogliż tak długie wieki bezlitośnie
Patrzeć na twoją mękę i konanie,
A nikt oliwą ran ci nie namaścił?
Mogliż wciąż paść się ofiarą twej męki
I nie dać ożyć ci, nie wskrzesić ciebie,
Nie zbawić w sercu ofiarą radości?
Idąc ku tobie, zbierałem po drodze
Słowa i myśli ludzkie i poznałem,
Że ludzie muszą być źli lub szaleni,



[ 123 ]

Bo opłakują zmarłych, a nie płaczą.
Własnej Młodości, co kona znękana,
Otruta czadem najświętszego smutku.

„Więc sam przyszedłem, aby zdjąć cię z krzyża,
By wyjąć gwoździe z twoich stóp i dłoni
I skroń, miast cierniem, ubrać winogradem.
Przyszedłem do cię, bo chwila naszego
Przyszła przymierza. Widzisz? Żniwo wkoło!
Brzemieniem snopów obciążone wozy;
Winograd zwisa wezbraną jagodą,
Jak piersi pełne słonecznego mleka;
Ule są ciężkie od słodkiego złota,
Jak niegdyś twoje usta miodopłynne;
Owoc dościgły kłoni się ku ziemi,
Jako ku tobie dojrzałe me serce.
Spojrz ku mnie! Deszcze ciepłe, co me nagie
Ciało zwilżają kroplistą pieszczotą
Chmury żywiącej w parne noce letnie,
Zmyły już ze mnie ślad mętnego moszczu.

„W zimowym grobie, jako ty, leżałem,
Męka bolesnej zrównała nas śmierci.
Niechaj nas zrówna także szczodre życie,
Co mnie słodycze dało, tobie boleść,
Mnie wieniec winny, tobie oplot z cierni,
Mnie śpiewną fletnię, tobie łzy milczące.


[ 124 ]

„Bracie mój smutny! Daj mi dłoń zranioną,
W którą włożono ci szyderczo trzcinę,
Byś pustem, wietrznem tem królował berłem.
Patrz! Jam ją podjął, pociąłem na fletnię
I dzisiaj trzcina, która niewzruszenie
Pod ust twych bladych westchnieniem milczała,
Żyje i śpiewa pod mych warg oddechem,
Słodko, jak miody, co się kryły w wosku,
Którym zlepiłem nierówne piszczałki...
A wzorem moich piszczałek stworzone
Organy świątyń twych grają twą chwałę,
W muzyce duszę mą jednocząc z twoją.
Niech trzcina w pieśni miłości nas złączy,
Jak już łączyła twój ból i mą mądrość“.

Był wieczór letni. Na miękkich niebiosach
Wykwitły cicho złotych gwiazd źrenice,
Nadziemskie świadki ziemskiej, świętej chwili,
Co godzi jawę dnia z marzeniem nocy
I srebrne kwiaty tęsknoty otwiera
Dla rosy przeczuć i dla nasion cudu
I czyni ciszę modlitwą natchnienia.

A pośród ciszy, która stapia ziemię
Z bezkresem niebios, Chrystus podniósł czoło
I zdjąwszy rękę z krzyżowego ćwieka
I wieniec cierni zrzuciwszy ze skroni,
Podał dłoń z słodkiej dobroci uśmiechem
Pięknemu u stóp swoich młodzianowi,

[ 125 ]

Który nań patrzył z miłosnym zachwytem.
I zstąpił z krzyża ku niemu i złożył
Na czole jego długi pocałunek,
Głęboki, jako życia tajemnica.
I przyjął z trzciny wyrzezaną fletnię
I wieniec z wina chłodny, jak cień w skwarze.
A ów, koźlęcą przepasany skórą,
Dźwignął krzyż krzepko na młodzieńcze bary
I obaj, wziąwszy się wzajem za ręce,
W świat polną drogą poszli zgodnym krokiem...
I pod gwiazdami rozległa się w ciszy
Cudna pieśń fletni: o snach i tęsknocie,
O łzach i śmiechu, szczęściu i cierpieniu
I echem niosła się hen wdal, po łęgach,
Święta, jak dźwięki pobożne organów,
Wielka, jak życie, głęboka, jak serce...



[ 126 ]CZAS IDZIE.



Tłum, który wszelkiej małości jest rady
I nienawidzi szczytów i gwiazd krasy,
Rozbił namioty jarmarcznej biesiady.

I wznosząc dzikiej radości hałasy
I w biodra bijąc się i klaszcząc w dłonie,
Wył skacząc: „Oto rozstrzygły się czasy!

„Co było dumnie wielkie, leży w zgonie,
Co grzmiało tętnem zdobywczych stuleci,
Jak pierś rozbite jest i jak łódź tonie.

„Nasz dzień nastąpił, naszych żon i dzieci,
Zdeptany orła lot i mądrość węża,
Milczą prorocy i wątpią poeci.

„Przestał się hardo wznosić mąż nad męża,
Ostatnie buntu zamarły korzenie,
Nikt się nie chwyci tęsknot ni oręża.

„Złoto i spokój będą odtąd w cenie.
Rozczarowały się sny i zamiary
Serc mocnych, w które padło zniechęcenie“.

I jęli śpiewać w uciesze i dary
I pocałunki słali sobie wzajem
I pokrajali na suknie sztandary.


[ 127 ]

I częstowali się, jak korowajem,
Rozpaczą męki tych, co w serca człecze
Zwątpili, zżarte jak drzewa liszajem.

Nie było pieśni, by szła na odsiecze
Myślom, co słysząc, że milczą rozkazy,
Pytały: „Mogąż bić serca i miecze?“

Prorocy zmilkli, a wsparci o głazy
Wodzowie sami pytają się: „Czyli
Zostały jeszcze kędyś drogowskazy?“

A tłum radował się upadkiem chwili,
że lęk i trwoga niewiarą urzeka
Tęsknotę, co się na czyn już nie sili.

Ale już tajnie idzie ten zdaleka,
Co wie — był bowiem sam i na pustyni —
I mówi: „Idzie czas! Milczenie czeka.

„Nie wierzcie głuszy. Serc tęsknota wini
Każdą godzinę, że próżna wyrasta.
Lecz jeden pozór różne rzeczy czyni.

„Słyszcie! Czas idzie do Złotego Miasta!
Nikt nie wie, co się milczeniem otula...
Jednako dziewięć miesięcy niewiasta

„W łonie żebraka nosi, jak i Króla!“



[ 128 ]DYSKOBOL ZIEMI.



W ślepej ćmie stającego się głucho Chaosu,
Przed narodzeniem godzin, na praczasów brzegu,
Duch nowy przed obliczem zakrytego Losu

Stałem. — Pomrocz poryta od błyskawic ściegu,
Co zeszywały przestrzeń we mgłach rozpierzchniętą,
Wyłaniała gwiazd świty z nieistnień noclegu.

I zrywając martwoty przedbytowe pęto,
Potwornym hukiem grzmiało czeluści bezedno,
Wieszcząc nieskończonego życia wieczne święto.

A ja, duch niewcielony, w mrokach, które rzedną,
Stojąc przed Taicielem, patrzyłem w bezbrzeże
Złotych światów. I rzekł mi: „Z tych gwiazd wybierz jedną.

„Pomiędzy nią i tobą uczynię przymierze
„Miłości i wesela. Z niej tobie dam ciało,
„A ją w żywe, roślinne przyodzieję pierze.

„Między zmysłami twemi a jej krasą całą
„Nieomylnie zważoną ustanowię zgodę“.
— „Daj mi Ziemię!“ — odrzekłem mu. I tak się stało.


[ 129 ]

Między gwiazdy po gwiazdę, jako po jagodę
Ku drzewu nieb, sięgnąwszy, Pan mój tajemniczy
Rzucił mi ją w ramiona ducha, brzaskiem młode.

I pochwyciłem w uścisk skarb Ziemi dziewiczy
I, Duch-olbrzym, w miłosnej ważyłem go dłoni,
Pieszcząc ten owoc pełen żywota słodyczy...

Wtem nagle zmierzchłem cały, runąłem i w toni
Stawania się bezwiedną zanurzony treścią,
Zwarłem się w sobie, jako pięść, co łupu broni.

Dreszcz zapłodnień rozkoszną przebiegł mnie boleścią
I ku światłu targnęło mną z mroku szarpnięcie,
Jak wojownik wyrwaną z pochwy rękojeścią.

I ze snu się zbudziłem na jutrzni zaklęcie
W drobnem, człowieczem ciele, w nagości pod drzewem,
Co przez liść siało na mnie złociste pieczęcie.

Podparłszy złotowłosą skroń ramieniem lewem,
A prawe na wysmukłe swe złożywszy udo,
Mrużyłem wzrok oślepion rozkoszy zalewem.

Wszystko wkrąg było jako złoto-modre cudo,
Kipiące rozrzutnością szczęśliwej zieleni...
Wszystkie wonie wciągnąłem w swą pierś młodoludą...


[ 130 ]

I zerwałem się z usty pełnemi płomieni
Wielkiego upojenia i uwielbień szału,
Który się, jako wino, w czarze serca pieni.

Błogosławiłem, śpiewem duszy, memu ciału:
„Pochwalone mi bądźcie, pięciorakie zmysły,
Odbijające świat w swych zwierciadłach z kryształu!

„Błogosławione moje oczy, co rozprysły
Po całej ziemi podziw zbieracie w naczynie
Źrenic, aby wdzięczności bujnemi łzy trysły!

„Błogosławione bądźcie, uszy me, w godzinie
Porannej i wieczornej, w ciszy i w szeleście
Wśnione w gędźbę o życia wieczystej nowinie!

„Błogosławione nozdrza ssące wonne treście,
Duszę rzeczy bezdusznych, sycącym oddechem,
Jak niemych serc szeptane opowieście!

„Błogosławione usta moje, co uśmiechem
Pozdrawiacie przynętę głodu i pragnienia,
Owoc, za sok krążący w krwi słodyczy echem!

„Błogosławione ręce, ślepe, bez spojrzenia,
A jasnowidcze ramion sięgające twarze,
święte, bo przyciskacie do serca stworzenia!


[ 131 ]

„Błogosławione pola źrejące na skwarze,
Kwieciste łąki, lasy cieniste i chłodne,
Jeziora na równinach i potoki w jarze!

„Błogosławione góry i doliny płodne,
Słońce, drzewa, owoce i trawy i zioła,
Obłoki i zwierzęta dzikie a łagodne!“ —

...Lew spał w rogatym cieniu żującego woła,
Sęp drzemał na śpiącego jelenia rososze,
Zając tulił się w cieniu pod skrzydłem sokoła.

U stóp moich pantera i płochliwe łoszę
Czekały pieszczotliwej łaski z ręki pana,
A ptaki, w drzewach, ziemi śpiewały rozkosze.

Ze skłonem słońca skroń ma, miękko całowana
Pochlebczym mchem, w przymilnej zasypiała ciszy,
By otworzyć znów oczy pod ustami rana...

Aż powiew, który w liści kołysance dyszy,
Znudził mnie raz przed świtem; nim brzask zamajaczy...
Noc była — i duch jakby jakieś echo słyszy —

Mrok, ciemność... I nie wiedząc sam, co myśl ta znaczy
I nie mogąc jej chwycić za niewidne skrzydła,
Pomyślałem pamięcią nieznaną: „Inaczej...“


[ 132 ]

Inaczej? Co? Gdzie? Kiedy? Jak tajemne sidła,
Pochwyciła mnie myśl ta w zdradzieckie powrósła —
A gdym rano się zbudził, ziemia mi obrzydła!

Jakby ją noc powiewem trującym omusła,
Wszystko zbladło, przywiędło, codzienne i stare...
I radość mą zwarzyły czarne smutku gusła.

Nie poznawałem zwierząt i one niewiarę
Poczuły do mnie trwożną i uciekły w lasy
I kwiaty się stuliły, jakby czując marę.

A ja siedząc nad wodą, nie bacząc dnia krasy,
Płakałem. I bezbrzeże jakieś mi się śniło,
Huk gromów, błyskawice i mgławic zapasy.

Chodziłem niby błędny. Każdą moją żyłą
Targało jakieś tajne wspomnienie odwieczne,
Tęsknota k‘temu, kiedy mnie i nic nie było.

I wzniósłszy rękę, światło przekląłem słoneczne,
Nazwałem złudą ziemię i morze i życie,
Kopnąwszy je, jak próchno już bezużyteczne.

Czarny pług gniewu orał serce moje skrycie,
Ziemia była mym oczom nikczemna i mała
I widziałem już jeno w niej popiół i gnicie.


[ 133 ]

I buntem wyskoczyłem z człowieczego ciała,
Wściekły, żem z Ziemią wiecznem przymierzem jest skuty,
I że mi się wyborem na zawsze dostała.

I, znów Duch, w grozie mocy straszliwej i buty,
Olbrzym, zaparłem stopy swe o gwiazd ściernisko,
Co bolesnemi drżało pode mną podrzuty.

I potworną postacią schyliwszy się nisko,
Strzępiąc rozwianym włosem chmur lecących płaszcze,
W garść pochwyciłem Ziemię: „Hej! pójdź mi w igrzysko!

„Silny jestem i dumny i nie zaprzepaszczę
„Dumy swojej! Leć w drogę, co w bezbrzeż zastygła,
„Albo cię stopą twardą, jak płaza, rozpłaszczę!

„Bądź nad innemi gwiazdy daleka i śmigła,
„Wola ma ukochała niewidne zaświaty,
„W zaświatach żyj, jak chłodna ma myśl niedościgła!“

I jakąś straszną siłą nadmiaru bogaty,
Skurczonego w stłok ścięgien ramienia rozmachem
Cisnąłem ją, jak kulę, w bezmiar lodowaty.

Potoczyła się między gwiazd złocistym piachem,
Z świstem siejąc iskrzyce prującem mrok łonem,
Aż przestwory pobladły srebrno-sinym strachem.


[ 134 ]

I w pęd pognałem za nią z weselem szalonem,
Czepiwszy się jej wichru, jak rumaka grzywy
I w nieskończoność ścigam ją niebios zagonem.

A ona, jakby zaświat porwał ją w swe wpływy,
Toczy się jakom pragnął, w loty coraz prędsze...
Wieki już gnam... Lecz czuję, żem nie jest szczęśliwy.

Wkrąg samotnie i ciemno i chłodno, choć piętrzę
Przestrzenie na przestrzenie dziką skrzydeł pracą.
Zimno i mróz w bezbrzeżu i krzepnie me wnętrze.

A gwiazda ma wciąż pędzi płomienistą racą,
Ucieka, aż lęk chwyta mnie, że mnie się wyprze
W tej próżni, bo już skry jej z oczu mi się tracą.

Syp-że mi, Ziemio, iskry śladem swoim, syp-że!
Bo czuję się sierocy i w strasznej obczyźnie...
Rzut mój był potężniejszy, niż ścigi najszybsze.

Własnem ja cię ramieniem, maczanem w truciźnie
Szału, tak precz rzuciłem od mojego serca,
Ty serce mego ducha, memu ciału bliźnie.

Wiarołomca niegodny, niewdzięczny bluźnierca,
Zapomniałem, że twoją to krwią i twym sokiem
Spotężniało me ramię, co nasz ślub uśmierca.


[ 135 ]

Czym nie z twej piersi wyssał moc, żem poznał okiem
Cuda słońca, księżyca i gwiazd srebrnych morza,
By dziękczynić ci każdym oddechem i krokiem?

Tyś to mnie uczyniła lutnią, że przestworza
Wzruszały moje struny szumem gwiazd, tych liści
Z nieb drzewa, a milczeniem wielka cisza boża.

Czyż ręce, które święty ogień żądzy czyści,
Nie były szczęsne, ważąc twoje łaski w dłoni,
że śnią, nad sięg wdzięczności, niedosięg zawiści?

Chciałżem hodować ROZKWIT, co w zanik się kłoni,
Szczepiąc złoty winograd na surowej sośnie,
Każąc na fali słonych mórz kwitnąć jabłoni?

Otom dziś wywołaniec, wyklęty żałośnie
Własnym wyrokiem swoim z ojczystego domu,
Co z ogrodem swym zdany jest wieczystej wiośnie.

Pośród obojętnego zbłąkany ogromu,
W pustynie nieprzytulne, bezserdeczne, cudze,
Przed własnem przerażeniem pierzcham pokryjomu.

Ale ku tobie, Ziemio! I Tęsknotę budzę:
Wstań! Przypnij do bar tego, co jest dziś tułaczem,
Drugie miłości skrzydła, ku ciężkiej żegludze.


[ 136 ]

Na nich puszczę się w bezbrzeż z swem sercem żebraczem,
A kiedy cię doścignę, Ziemio porzucona,
Na czarną skibę rzucę się z serdecznym płaczem,

I jednem wielkiem tętnem bić będą dwa łona.



[ 137 ]STWÓRCA ŻYWIOŁÓW.



I.

 

Sam w bezkresie, pustelnik świata, próżen stoję,
Urodzony w nagości, z bezimiennem licem
I nie mając niczego, cobym nazwał: moje;

Zrodzon, by ojcowizny swej nie być dziedzicem,
Pasierb bytu, ze wszystkich wydziedziczon włości,
Wśród których mnie stawiła moc, co mi rodzicem;

Przybysz obcy, wepchnięty między wrogów w gości,
Którzy, pod pięścią Tajni otwarłszy mi wrota,
Spiskują pełni gniewu, przekory i złości.

Wkoło mnie głód, pragnienie, zimno i ciemnota,
Czeluść obca, nieznana i otchłań milczenia...
O, przeraźliwa, głucha pustynio żywota!

Nędzo!! Stać nad przepaścią, co się wybezdenia,
A nie mieć źdźbła dla dłoni, ani piędzi ziemi
Dla stopy, ni dla oczu jednego promienia!

świat pusty, jak puhary wypite głodnemi
Usty zmarłych, jak nieme zwierciadła w komnacie,
Z której uciekli wszyscy przed widmy nocnemi.


[ 138 ]

Tak! Umarli, złożeni w grób w śmiertelnej szacie,
Zabrali na powiekach swych wszystkie obrazy
Swiata! Nic, o zrodzony, nie zostało dla cię!

Mórz głębie wyczerpali, by ze zwłok swych zmazy
I cnoty zmyć żywota, wobec śmierci bieli;
Na stos dla ciał zużyli wszech ogni topazy;

Ostatnim płuc oddechem w piersi swej zamknęli
Cały bezmiar powietrza, a na swe mogiły
Cały ziemi czarnoziem, głaz i piasek wzięli.

Nie masz nic, o zrodzony, prócz woli i siły,
Kromia snów i olbrzymiej myśli górnoczołej.
Nie dziedzic, lecz zdobywca morza, ziemskiej bryły,

Powietrza i płomienia, stwarzaj sam żywioły!



[ 139 ]

II.

 

Niema mego powietrza, nieba w niem i dali,
Więc ni mgły, ni lazuru, cienia, ni oddechu,
Ni śpiewu, co się cieszy, pieśni, co się żali.

Nie ma gdzie mknąć myśl moja, śniąca o pośpiechu
Za wichrem, co z północy na południe goni,
By podawać swe szepty milczeniu i echu.

Nie mój jest ogień, który radośnie się płoni
W pochodniach i jutrzence, w gwiazdach, w lodozorzu
I słońcu, co swą dobroć, jako serce, trwoni.

Nie mój jest płomień w chacie, światło na rozdrożu,
Znicze święte i dzikie pożogi złowieszcze,
Ciepło ranka i upał w południe na zbożu.

Cudze jest morze, złotych fal lśnienie i dreszcze,
Dno, głębia i powierzchnia, prądy i żegluga,
Przypływ i odpływ, który szumi i szeleszcze.

Cudzy plusk wiosła miękki i za sterem smuga,
Snieżna piana i senne, rozpieszczone fale,
Kołys burzy i cisza ciężka i przydługa.


[ 140 ]

Nie moja ziemia: kamień, glina i metale,
Szczyty gór i doliny, lasy i pustynie,
Sioła w kwiatach i sadach i grody na skale...

A myśl śni w rękach moich o Dzieła nowinie,
I marzy fletnie, pługi, wieże, statki, zbroje...
O, muszę was, żywioły, stwarzać w własnym czynie!

Bo tyle mi powietrza, ile stworzą moje
Westchnienia tęsknot dzikich! Ognia jeno tyle,
Ile żaru rozpalą mych żądz nieukoje!

Tyle wód, ile bujnych łez wyleję w chwile
Męki, klęski, cierpienia, zachwytu bez miary
I tyle ziemi, ile jej w popielnym pyle

Serca, które spłonęło na stosie swej wiary.




Info icon 001.svg#licence info


Public domain
This work is in the public domain in the United States because it was first published outside the United States prior to January 1, 1925. Other jurisdictions have other rules. Also note that this work may not be in the public domain in the 9th Circuit if it was published after July 1, 1909, unless the author is known to have died in 1949 or earlier (more than 70 years ago).[1]

This work might not be in the public domain outside the United States and should not be transferred to a Wikisource language subdomain that excludes pre-1925 works copyrighted at home.


Ten utwór został pierwszy raz opublikowany przed dniem 1 stycznia 1925 r., i z tego względu w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej znajduje się w domenie publicznej. Utwór ten nadal może być objęty autorskimi prawami majątkowymi w innych państwach, i dlatego nie zaleca się przenoszenia go do innych projektów językowych.

PD-US-1923-abroad/PL Public domain in the United States but not in its source countries false false