Listy z Zakopanego/III

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kornel Makuszyński
Tytuł Listy z Zakopanego
Pochodzenie Straszliwe przygody
Data wydania 1922
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Wikisource
Inne Całe Listy z Zakopanego
Cały zbiór
Indeks stron
[ 151 ]

III.

 

Na zakopiańskim teatrze. — Wspomnienia lwowskie. — Pochwała poezji. — Czemu nie spalono „Żydówki“? — Krótka, ale obłąkana treść „Trubadura“. — Przepych zakopiańskich dekoracyj. — Tajemnica lasu. — Verdi w niespokojnym grobie. — Anatema na lwowską operę. — Panna Rojówna i Janosik zbójnik. — Dramat tańczony.

 

Jak szanująca się jadłodajnia, przestrzegająca sumiennie zasady, by nic w naturze nie ginęło, robi na niedzielę bigos ze wszystkich odpadków mięsnych z całego tygodnia, tak Zakopane przyrządza w sezonie letnim smakowity bigos z polskiego artystycznego żywota; więc „bierze się do tego kwaszona kapusta“, trzech tenorów, dziesięcioletnią tancerkę, kilka pianistek, trupę góralską, ananasy z kabaretów warszawskich i robi się „sezon“. Zakopane pasjami to lubi, bo po takiem widowisku można pójść na kolację nigdy z własnym mężem, zawsze jednak z cudzym oficerem; wielka ilość ozonu w powietrzu górskiem znakomicie działa na wzmożenie się sentymentów dla armji, pozatem samotne panienki w Zakopanem mają zawsze oficera przy boku na wszelki wypadek z powodu pobliża czeskiej granicy. [ 152 ]Strzeżonego Pan Bóg strzeże, ale i dzielny porucznik też nigdy nie zawadzi.

Wieczór teatralny w Zakopanem tem się odznacza, że artyści zwykle czekają cierpliwie, aż we wszystkich pensjonatach zjedzą ludzie kolację, ponieważ jednak uzgodnić tego nie można, więc oczekiwanie trwa dość długo, co jednak nikomu nie szkodzi, gdyż przez ten czas ludzie mają w teatrze czas na oczernianie się wzajemne, co też nikomu nie szkodzi, po chwili bowiem w teatralnej sali jest taki upał, że z ludzkich gęb spływa nietylko pot, ale i bielidło i róż i czerń oszczerstwa. Publiczność jest łagodna, cichutka i siedzi dziwnie sztywno; nie czyni tego bynajmniej z niewytłumaczonej dumy, raczej zaś z tego powodu, że dla ułatwienia duchowego skupienia się, krzesełka są niesłychanie ściśnięte. Gość z temperamentem łacno może wybić łokciem bliźniemu oko, lub dwa zęby; każdy więc siedzi spokojnie i jeśli wszystkich obmówił, przygląda się kurtynie; namalowano na niej Morskie Oko, co tem więcej jest łudzące, że przez dziurkę w płótnie wciąż widać jakieś aktorskie oko, tęsknie patrzące, kiedy się wreszcie sala napełni. Z góry kurtyny wpada w modrą toń Morskiego Oka wielka plama z oliwy, którą od wielu lat pamiętam, nie mogę dojść jednakże ukrytego jej znaczenia. Jedni mówią, że to piękne i wdzięczne uzmysłowienie przysłowia, że prawda, jak oliwa zawsze na wierzch wypłynie, inni mówią, że to kiedyś lampa pękła: dokładnego wyjaśnienia tej tajemniczej [ 153 ]strasznej plamy w książce Hoesicka o Zakopanem nie znalazłem.

Po obu stronach sali zbudowano loże, pod baldachimami z drzewa, co przypomina katedralne stalle, rzadko jednak gość w takiej loży przypomina kanonika, rabini zaś, jak mi wiadomo, w stalach nie siadają. Sala teatralna jednak czyni wrażenie dość miłe, chociaż się odznacza niejaką surowością kryminału; pamięta ona jednakże wieczory w istocie świetne, bo i do kryminału czasem zajrzy przez kratę słońce jednym złotym promieniem. Podczas większości jednakże wieczorów można byłoby zrobić majątek w sposób niezawodny: wpuszczać wszystkich za darmo; chcesz wejść — wejdź, siadaj, gdzie ci się podoba i słuchaj; dopiero kiedyby gość chciał czemprędzej wyjść — o, wtedy niech płaci za prawo i przyjemność wyjścia. Nie ma takiej sumy, którejby czasem uczciwy człowiek nie zapłacił, byle go tylko wypuścili.

Do najmilszych wieczorów w ostatnich czasach należały dwa; podczas jednego produkowała się opera lwowska, podczas drugiego trupa góralska z Zakopanego, oba zaś były cudownem szaleństwem, niedościgłą wizją, niewymowną rozkoszą, promienną jasnością, urodą życia, cudem artyzmu.

Przyznam się, że drgnąłem z radości na widok zawiadomień na parkanie, że przybywa opera lwowska; mój lwowski patrjotyzm dostał skrzydeł, serce napełniło się wspomnieniem; byłem zawsze fanatycznym wielbicielem lwowskiej [ 154 ]muzyki, i to, co zawsze psuło żółć Niewiadomskiemu, to mi zawsze słodyczą napełniało duszę. Straszliwie kochałem zawsze operę lwowską i choć najmłodsza lwowska chórzystka mogła być zazwyczaj moją babką, która wnukowi śpiewa ze sceny kołysanki, jednak świetny okres opery lwowskiej zapisany jest w rocznikach polskiej muzyki.

Nawet lwowskie przekłady operowe miały swój swoisty wdzięk; gdzie w Polsce mógłby kto w wierszu, bardziej zwartym i jędrnym, w kilku słowach tak wyrazić mękę miłości, jak to uczynił lwowski tłumacz w owem piekielnem: „Tyś pchła, tyś pchła mnie do miłości tej“!

Któż piękniejszych dobrał porównań, śmiałych i barwnych, jak lwowski tłumacz „Aidy“? Oto Amneris się stroi, a soprany przeplatają się z altami; soprany zapytują: „I któż wśród hymnów szczerej czci („szczerej czci!“ potwierdzają alty) — „wznosi do chwały lot?“ — („do chwały lot!“ — potwierdzają alty) — „Jak wojny bóg, jak wojny bóg, jak barw słonecznych splot!“ (— „jak barw słonecznych splot“ — ryknęły alty).

Czy to nie śliczne? A ile głębokiego wzruszenia jest w szczebiotaniu Butterfly z porucznikiem Pinkertonem: „A te figurki, coż się z niemi stanie“? — „To dusze moich przodków!!! — „Ach, uszanowanie!“

Porucznik Pinkerton zawsze zresztą przemawia pięknie. Śpiewa bowiem, że dlatego pływa po oceanach: [ 155 ]

„...By człowiek z handlu swego miał uczciwe zyski...“

Ładnie to jest z jego strony, jak na nasze czasy wzruszające, i powiedziane z prawdziwym poetyckim polotem.

Mało kto jednak zwraca uwagę na te rzeczy milutkie, stylowo śmiałe i oryginalne, jak owo dźwięczne pytanie Figara, zwrócone do Almavivy: „Ja mam dowcip, pan ma złoto; czy pan hrabia nie czuje efektownego skutku tego kruszcu?“

Ha! Jakżesz tu nie miłować takiej teatralnej poezji? — jak burza przeleciała mi przez duszę na wieść, że opera lwowska da w Zakopanem dwa przedstawienia: „Trubadura“ i „Żydówkę“. Przyznam się, że miałem nieco obawy, szczególnie o „Trubadura“, bo z „Żydówką“ mogło być w Zakopanem łatwiej; można było pół sali w ciągu przedstawienia zaprosić na scenę i byłby gotowy chór, najstylowszy, jak tylko można.

Opera lwowska jest to jednak opera śmiała i dała sobie radę doskonale, trzeba tylko mieć trochę pomysłowej fantazji. „Tańcząca żyrafa, czyli Król Jakitaki“, słynna komedja u Marka Twaina, miała dlatego tak wielkie powodzenie, że sprytni aktorowie z góry sobie powiedzieli, że publiczność zbiorowo jest tłumem ciekawych idjotów; w Zakopanem bynajmniej inna teorja nie obowiązuje, wobec tego „opera lwowska“ śmiało przystąpiła do dzieła. Było też ono wspaniałe, a wywarło takie wrażenie piorunujące, że kilku ludzi odwieziono do Krakowa do Piltza, [ 156 ]kilku do Bujwida, kilku zaufało doktorom miejscowym; i to wcale nie dlatego, by źle śpiewano, przeciwnie, dzielni lwowscy śpiewacy robili to bardzo dobrze; o obłęd przyprawiła ludzi odwaga przedsięwzięcia, niewidziana dotąd nigdzie na świecie wystawa, wspaniałość wyszkolenia i liczba chórów, szczególnie zaś wybornie dowcipne przystosowanie i „Trubadura“ i „Żydówki“ do potrzeb miejscowych.

„Żydówki“ na ten przykład wcale nie spalono na stosie, gdyż nie mogąc ustawić stosu na małej scenie, musianoby tego haniebnego czynu dokonać na kuchni restauracji, której częścią jest sala teatralna; poza tem zakończenie to jest niesmaczne i mogłoby zbyt wielkie wrażenie uczynić na Rachelach wśród widzów. Dość już było kłopotu z ustawieniem — katedry i ogrodów pałacowych w Konstancji na scence wielkości niedużej celi w Tworkach.

Z „Trubadurem“ było kłopotu mniej; w operze tej nie potrzeba wiele zachodu z dekoracjami, libretto bowiem wymaga śmiesznych drobiazgów: przedsionka pałacu, ogrodu pałacowego, zwalisk pałacu w górach Biscai, podwórza klasztoru, obozu hrabiego Luny, sali pałacowej, podwórca pod murem więzienia i tylko jeszcze wnętrza więzienia. Są to drobnostki wcale śmieszne, które ominięto z genjalną prostotą.

Zaczyna się!

Pięciu muzyków robi wrzask. (Verdi przewrócił się w grobie na lewy bok). [ 157 ]

Scena wyobraża „przedsionek pałacu“: namalowane drzwi ustawiono między dwoma drzewami w straszliwym lesie, który się składa z trzech drzew. (Drabik, niezrównany dekorator teatrów warszawskich, siedzi w loży, oczy z zachwytu wyłażą mu z orbit. Ktoś litościwy podaje mu chustkę zmoczoną, którą on sobie kładzie na tył głowy).

W lesie stoi Ferrando, bas okrutny, oparty na mieczu i opowiada, że jego pan kocha się w Leonorze i życzy ciężkiej cholery i czerwonki Trubadurowi.

W tem miejscu należy wspomnieć, że niema wśród ludzi żywych takiego, któryby umiał streścić libretto Trubadura; był podobno w Tworkach stary, zasiedziały warjat, recydywista, który je rozumiał; po długich jednakże studjach udało mi się odkryć, w czem leży rozpacz tragiczna tej opery, co opowiadam, korzystając z miłej sposobności.

Otóż córka spalonej na stosie cyganki porwała hrabiowskie dziecko, aby je wrzucić w ogień, tymczasem jednak pomyliła się i wrzuciła w ognisko (cóż za roztargnienie!) dziecko własne, a tamto wychowała i to jest właśnie ów Trubadur. W ten sposób, przez takie cygaństwo uchował się bohaterski tenor opery lwowskiej, pan Ignacy Mann. Niech go przerażony czytelnik nie mienia z wielkim polskim śpiewakiem, Józefem Mannem, który niedawno umarł na scenie berlińskiej opery.

Ale oto nadchodzi Leonora; wyszła z drzwi, [ 158 ]przybitych do dwóch pni i śpiewa biedactwo w strasznym lesie, trzymając za rękę przyjaciółkę, która się od niej nie chce odczepić, bo się pewnie boi, żeby nie zbłądziła wśród trzech namalowanych drzew. Długo sobie o czemś mówią nawzajem, czego nikt nie rozumie i wracają do „przedsionka pałacu“.

Lecz — ha! — co to jest!? Piekło i zniszczenie, groza i śmierć!

To z poza „przedsionka pałacu“ wychodzi straszliwy hrabia Luna, straszny łajdak, bo już po zawinięciu płaszcza i po ruchach znać jasno, że ten człowiek narobi nieszczęścia. I on także śpiewa w lesie, bo i gdzież ma śpiewać? Ale niedoczekanie jego! „Zdaleka" słychać śpiew Trubadura, który także przychodzi do lasu, bo w Zakopanem najłatwiej — rzecz prosta, — o las. Hrabia się zaczyna ciskać i mówić Trubadurowi rzeczy zupełnie ordynarne, ale bez wielkiego przekonania, Trubadurem jest bowiem p. Ignacy Mann, który czuje za sobą rasową sympatję publiczności, więc się zirytował, długo próbował dobyć miecza, potem go dobył i napełniony wściekłością wybiegł za scenę, aby się bić z Hrabią, za kulisami jednak jest bardzo ciasno, więc się dlatego nie pozabijali.

To było bardzo ładne, ale nie rozczulajmy się, bo oto stara Cyganka siedzi przy ognisku w tym samym lesie, z którego w jednej ręce wynieśli przedsionek pałacu, razem z pałacem. Cyganka opowiada licznej bandzie cyganów i Trubadurowi [ 159 ]okropne dzieje. „Banda“ cyganów składa się z dwóch chórzystów śpiewających i z dwóch wynajętych, „głuchoniemych“; jeden z nich jest zezowaty i wskutek tego zdaje ci się, że to odrazu patrzy kilku ludzi. Chóry brzmią wobec tego wspaniale. (Verdi obraca się w grobie na bok prawy). Wtem Trubadura coś poderwało, bo głupia Leonora chce iść do klasztoru.

Trubadur woła:

„Jedna chwila wydrzeć może najdroższego mi anioła!“

P. Ignacy Mann śpiewa jednak: „jedna chwyla“..., co nie jest pozbawione wdzięku.

Scena następna odbywa się w tym samym lesie, po którym wciąż chodzi w kółko Leonora, „otoczona“ swoją powiernicą. Wszystko, co się dzieje w operze, już się stało za sceną, bo jakieś dwie odsłony opuszczono. (Verdi usiadł w trumnie i tłucze głową o jej wieko).

Wreszcie zamienia się scena na wspaniałą salę w zamku Castellor. Trubadur chce się żenić i podśpiewuje sobie:

„...Niebiańskie tony dźwięczą tam,
Pójdź, o, aniele mój!
Przysięga święta ześle nam,
Rozkoszy czysty zdrój...“

Akuratnie!

Ale dobra Leonora powiada mu nato ślicznie:

„...Albo życiem mego łona.
Wydrę cię z morderczych szpon,
Lub na wieki połączona,
Zgonem twój przypłacę zgon!“

[ 160 ]

Biedactwo moje kochane! Na nic życie, „łona“; wszystko djabli wzięli.

Jak wiadomo, Leonora „zwolna“ skonała, pięknie śpiewając, a hrabia krzyknął: „biada moim dniom!“ Wszystko to jednak działo się podczas produkcji „lwowskiej opery“ sposobem, wybornie skróconym, aby się kochankowie bardzo nie męczyli. (Pod koniec opery Verdi kręcił się w grobie jak wrzęciono).

Opero lwowska! Jak można? jak można? Czy ci życie nie miłe? Czy wypada, czy to ładnie? Dwa miecze, jeden żelazny garnek na głowę i zezowaty, głuchoniemy chórzysta, a przecież na afiszu i piękne nazwiska i śliczne tradycje i sława mołojecka. Ludzie się cieszyli, a płakać się chciało, bo czyż warto dla kilku srebrników wydawać sztukę na ukrzyżowanie? Przecież taka zwarjowana eskapada się nie ukryje i dobra sława ślicznego lwowskiego teatru pójdzie psu na buty, a taka podniosła „chwyla“, jak ten zakopiański „Trubadur“ napełni goryczą i do wyrzutów ciężkich zmusi sumienia aktorskie; z miłości dla Lwowa trzeba na przyszłość zaprotestować przeciwko takim występnym występom, nie zbrodniczym, lecz lekkomyślnym, bo zacni lwowscy śpiewacy nie zdali sobie chyba sprawy ze śmieszności, jakiej się dopuścili na tej wędrówce. Potem jeszcze ta „Żydówka“, — szkoda, że nie „Lohengrin“ albo „Zygfryd“. Co sobie pomyślą o Lwowie ludzie, którzy tam nigdy nie byli i widzieli jedynie „lwowską operę“ w Zakopanem? Trzeba było [ 161 ]choćby zacząć operę od końca, bo by nieboszczyki nie mogły śpiewać.

W zasobnym w urządzenia i rekwizyty teatrze zakopiańskim, możnaby jeszcze jako tako wyśpiewać „Halkę“: góry są, można autentycznie zrobić „ej, dudarzu, smętnie gracie“, bohaterek zaś, panienek z dzieckiem, znalazłoby się coś nie coś. O zacnego Jontka byłoby trudniej, bo bestja strasznie zmądrzał i ma teraz dorożkę, na której robi doskonałe interesy. Piękność jednak i wspaniałość dawnych czasów można jeszcze ujrzeć w Zakopanem — na scenie. Wystawiali na niej w ostatnich czasach niebywałe dzieło sceniczne p. t. „Jak czarownice pasowały Janosika na zbójnika“. Już dlatego trzeba sztukę osądzić łagodnie, że zwykle kobiety, sztuki piszące, przypominają z wejrzenia makbetowe czarownice, tę zaś napisało śliczne dziewczątko, które się zowie panna Helena Rojówna; sztuka wprawdzie nie jest taka ładna, jak autorka, ale niezawsze dziecko podobne jest do matki, czasem też do paru innych ludzi. Grają ją jednak górale tak pomysłowo, że starają się być podobni do „prawdziwych“ aktorów, co przyprawia wprawdzie o furję, o ile się zapłaciło za bilet. Uprzejmość jednakże biura koncertowego zapobiega temu, jeśli idzie o literaturę.

W pierwszym akcie Janosik natknął się na czarownicę, co się w Zakopanem często zdarza. Chytre baby odkryły w nim bystrem okiem zdolności złodziejskie, o co tam także nie trudno. [ 162 ]Mianowały go tedy zbójnikiem, najwspanialszym, wśród wspaniałych. Wobec tego zaczęli wszyscy tańczyć. W drugim akcie Janosik opowiada innym, to, co mu się zdarzyło w pierwszym akcie, co nie jest bardzo zajmujące, ale innym zbójnikom bardzo się to podobało, więc zaczęli tańczyć. W trzecim akcie okradli karczmę, co im się także tak podobało, że znowu zaczęli tańczyć. W czwartym akcie Janosika zabierają do kryminału, co sprawia takie wrażenie, że wszyscy zaczynają tańczyć.

Sztuka tedy składa się z trzydziestu trzech słów i z tysiąca piętnastu tańców, co jej daje prawo nietylko do wszystkich względów, przy tem jednak powinna służyć za niebotyczny wzór dla kilku dramatycznych pisarzów warszawskich; o ileżby bowiem było rozsądniej, kilka ostatnich warszawskich sztuk odtańczyć, zamiast je wygadywać? Trzebaby jednak odtańczyć je tak, jak tam tańczą; dziesięć lwowskich „Trubadurów“ można oddać za jeden ich taniec nieporównany; jest to furja, obłęd, szaleństwo, burza, wściekłość, pęd, rytm wspaniały — nie taniec. W istocie, coś nieporównanego i nieskazitelnie pięknego.

Spojrzały literaty na swoje łydki z waty po widoku tego tańca; jeden westchnął, a drugi bez słowa machnął ręką i splunął.

Damy zaś były dziwnie, dziwnie zamyślone...







Info icon 001.svg#licence info


Public domain
This work is in the public domain in the United States because it was first published outside the United States prior to January 1, 1925. Other jurisdictions have other rules. Also note that this work may not be in the public domain in the 9th Circuit if it was published after July 1, 1909, unless the author is known to have died in 1949 or earlier (more than 70 years ago).[1]

This work might not be in the public domain outside the United States and should not be transferred to a Wikisource language subdomain that excludes pre-1925 works copyrighted at home.


Ten utwór został pierwszy raz opublikowany przed dniem 1 stycznia 1925 r., i z tego względu w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej znajduje się w domenie publicznej. Utwór ten nadal może być objęty autorskimi prawami majątkowymi w innych państwach, i dlatego nie zaleca się przenoszenia go do innych projektów językowych.

PD-US-1923-abroad/PL Public domain in the United States but not in its source countries false false