Listy z Zakopanego/II

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kornel Makuszyński
Tytuł Listy z Zakopanego
Pochodzenie Straszliwe przygody
Data wydania 1922
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Wikisource
Inne Całe Listy z Zakopanego
Cały zbiór
Indeks stron
[ 143 ]

II.

 

Domy warjatów. — Takie śliczne, takie brudne, takie kochane! — W apartamentach Karpowicza. — Napoleon i jelenie głowy. — Arogancja gości. — Góral i panienka. — Zakopane dla ducha: kinematograf. — Jedna dama drugiej damie. — Pogrom Futurystów. — Straszliwe zapowiedzi.

 

Po długiem szukaniu na dnie serca, wynalazłem wreszcie coś, co może być pochwałą Zakopanego: oto jest to może jedyna miejscowość na ziemiach Rzeczypospolitej, w której cośkolwiek budują; widzi się prawdziwe, czerwone cegły i prawdziwe gaszone wapno, przypominające kolorem i pewnie smakiem majonezy i kremy w zakopiańskich restauracjach. Budują jakieś trzy, czy cztery wille i dwie wyniosłe kamienice na Krupówkach. Jest to pomysł haniebny i łajdacki, aby psuć idealną, swojską sylwetę zakopiańskiego corsa przez stawianie domów, wyciągniętych pod linję. Domy takie odstraszać będą krowy, kozy i owce, które bardzo lubią spacer po Krupówkach, pozatem arogancką miną swoją będą się naigrywały boleśnie z przemiłych domków, w których się przytuliły wdzięcznie żydowskie sklepy. Domki te, stawiane z [ 144 ]rozkoszną fantazją, tworzą jedno z najbardziej malowniczych ugrupowań na świecie; jeden jest bardzo duży, drugi bardzo malutki, i ten malutki przytulił się do dużego miłośnie, jakoś bokiem pod czterdziestym piątym stopniem; dwa inne stoją też obok siebie, ale zagniewane, bo się odwróciły do siebie tyłem i jeden drugiemu ciska pod nogi, co może najgorszego, więc odpadki z kuchni, nawóz z obory i inne takie delikatesy; ówdzie inna „dimorra casta e pura“, z głupkowatem spojrzeniem okien, miluchny domek, wysunął się o trzy kroki na chodnik, jakby się chciał z bliska przypatrzyć automobilom; inny skromny, uciekł w tył; jeden wali się w lewo, drugi na prawo, trzeci do środka.

Wszystko to tworzy całość tak rozmaitą, zdobną w schodki, werandy, słupki, daszki, wygięcia, przegięcia, chorągiewki na dachu, oberwane gonty, wykrzywione okna, że oczu nie można oderwać. Takie to swojskie, takie śliczne, takie brudne, takie kochane; a że znowu budują jeszcze jedną stodołę, więc się dusza raduje, że fantazja nie ginie. Każdy to zna, każdy to widział sto razy, ale nikt nie umie odczuć wichrowatego piękna zakopiańskiego city. Byle bałwan zaraz ci powie, jak to ślicznie jest w Karlsbadzie, albo na węgierskiej stronie, jak to tam schludnie, jakie bruki, jakie wygody. Naturalnie! A czy takie indywiduum, chwalca zagranicy, widział tam na pryncypalnej ulicy stajnię, tyłem zawadjacko do ulicy zwróconą, stajenkę ubożuchną, w której [ 145 ]doją kozy? Zamknąć takiego w koziej stajni na trzy noce! Każdyby zaraz chciał, aby najdroższa nasza tatrzańska mieścina miała ostendski kurhaus; trzeba upaść na głowę z Koziego Wirchu, aby nie umieć odczuć prostoty i wdzięku na przykład werandy u Karpowicza: obok szumi dziko potok, drży w nim rozhasana natura, wściekły żywioł, a tu obok rozkosz spokoju, sentyment, jasność, swojskość, psiakrewskość, cholera, wszystko to, od czego jasno się robi w polskiej duszy; dwa wazoniki bluszczu, rzewne, bezsilne, tkliwe, naprzeciwko napis prosty i zrozumiały: „tualeta“, tak poprostu, bez głupich wykrętów, obok jelenie rogi, potężne, wspaniałe, rosochate, pyszne; czaszki jelenie, oczodołami patrzące groźnie na tego mizernego przybysza z miasta, na ten zakalec, na tego natręta, poprostu na tego idjotę; a jeśliś się przeraził czaszek jelenich, spójrz gdzieindziej, a serce się w tobie roztkliwi, jak słowik: oto dwie sarnie główki z gipsu patrzą na ciebie szklanem okiem. To było dla serca, czy chcesz czegoś dla duszy? Masz, bierz, chwytaj, stać na to zakopiańską restaurację: oto cztery obrazki z „Polonji“ Grottgera, oto na deszczułce w jednym rogu on, Napoleon. Nos ma nieco zwichnięty, brodę trochę otłuczoną, ale znać cesarza. Patrzy na Karpowicza, jak na swojego marszałka, tylko czasem zamgli mu się orli wzrok, kiedy przy karcianym stoliku pan doktor wyjdzie z pod trzeciego króla, będąc na ręku. Jak można, jak można? [ 146 ]

A przecież nietylko Karpowicz jest ozdobą Zakopanego; jest jeszcze Morskie Oko, w którem żydy tańczą foxtrotta, jest kawiarnia Trzaski, gdzie go tańczą katoliki, jako, że to bliżej kościoła. Trzeba tedy mieć wątrobę chorą, aby żądać więcej; i tak daje się tu wszystko za pół darmo, sto dwadzieścia marek za trzynaście poziomek, prawie z cukrem, czy to nie podarowane? Taki warszawski przybłęda zarazby chciał, aby biedny, wymizerowany, nieszczęśliwy restaurator z nad potoku poił go kozią śmietanką i dawał sałaty z szarotek, tembardziej, że czasem sześciu żydów obsiądzie stół, każe sobie podać jedną wodę z sokiem i sześć słomek.

Nie należy się tedy dziwić, że niemądre pretensje przygodnych gości napełniają goryczą zakopiańskich restauratorów. Bo i jakże? Gość przyjedzie na miesiąc i myśli, że łaskę robi jemu, potentatowi, od czterdziestu lat zasiedziałemu. To też taki fircyk z Warszawy prędko spokornieje.

Przychodzi z gór w nocy, około jedenastej, zmęczony jak sto psów i chce jeść.

— Niema nic! Kuchnia zamknięta!

— W takim razie proszę o chleb i szynkę...

— Chleba niema, szynki niema...

— Proszę o butelkę porteru!

— Porter się wydaje tylko rano od pierwszej do drugiej!

Gość ma łzy w oczach i chce zwarjować z rozpaczy, potem obiecuje małżeństwo usługującej [ 147 ]panience, wreszcie odchodzi, cicho łkając. Dostał jednak słuszną naukę, aby wiedział raz na zawsze, że w Zakopanem nikomu na gościach nie zależy, bo tego tałatajstwa jest tyle, że zawsze wystarczy.

Całe szczęście, że krzywdę ci naprawi najmilszy, najdroższy, ukochany lud góralski; te orły, w ludzi zmienione, kochają gości z daleka; poczciwe kmiotki górskie, roześmiane, gościnne, chciałyby cię do serca przycisnąć. A co za spryt, co za rozum, jaka zdolność obserwacji! Dusza rośnie z radości. Spojrzy taki na panienkę z Warszawy i w lot odgadnie, że jest w Zakopanem po raz pierwszy.

Panienka, jak to panienka, chce jechać do Strążysk na kawę, nie wie jednak, że się drogiemu góralowi należy za to, przypuśćmy dwieście marek.

— Ile się należy, drogi kmiotku? — powiada panienka, która dlatego może jeszcze jest panienką, że nie była w Zakopanem.

— Tysiąc dwieście marek! – powiada orzeł tatrzański.

Tak zdarł skórę z panienki, potem ze starej matrony, potem z naiwnego dryblasa, który się zapomniał ugodzić, z kogo się zresztą dało. Są naturalnie i zacne kmiotki, które tego nie czynią, ale się pewnie prędko nauczą, straszliwie bowiem są pojętni i biegli w pomyśleniu.

„W góry, w góry miły bracie, tam swoboda czeka na cię!“

Czasem taka radosna swoboda, że będziesz [ 148 ]mógł nago biegać po tatrzańskich szczytach, pełen niefrasobliwego wesela i wyśpiewać chmurom, że cię do gołości obdarli, albo poskarżyć się wichrom, że ci na Hali Gąsienicowej kazali zapłacić za szklankę wody dziesięć marek. W każdym razie nie pobierają jeszcze w Zakopanem opłaty za widok księżyca i za pogodę, dłużej, niż trzy dni trwającą, co w letniskach pod Warszawą zostanie wprowadzone w sezonie przyszłym.

Niemożna jednak stanowczo odmówić Zakopanemu dobrych chęci i usilnych starań, czynionych w tym celu, by gościom umilić życie. Nie wszędzie na świecie można mieć za tanie pieniądze aż tyle przyjemności w najlepszym stylu. Do najwspanialszych należy kinematograf. Jeśli się kiedy Giewont nachyli nad Zakopanem, to tylko dlatego, by ujrzeć to dziwo; pierwsze przedstawienie nowego programu, ma w sobie zawsze coś uroczystego, zjawiają się bowiem na niem wszystkie matadory zakopiańskie, wszystkie patentowane piękności, kilku upartych suchotników, goście, co znakomitsi, wybitni przedstawiciele literatury i malarstwa, nieswoi mężowie z cudzemi żonami, cudze żony z nieswoimi mężami, pozatem zaś jeden wysłannik z każdego pensjonatu na przeszpiegi, czy obraz wart cośkolwiek i czy cały pensjonat ma pójść nazajutrz?

Przedstawienie jest zawsze nadzwyczajne, czar zaś jego oparty jest na nowym, doskonałym pomyśle: oto on już wzniósł rękę, aby ją zakatrupić, wtem coś trzaska i robi się jasno. Wszyscy myślą, [ 149 ]że film już jest taki łajdacki i potargany, a to nie prawda, to tak umyślnie, aby zaostrzyć ciekawość.

Czasem znów wykroili coś ze środka, aby trudniej było zgadnąć, o co idzie, najczęściej jednak kinematograf zakopiański używa doskonałego tricku, który budzi ogromne zaciekawienie: kilka scen nagle odbywa się do góry nogami. Bardzo to jest śmieszne, byłoby zaś jeszcze śmieszniejsze, gdyby widzowie szybko stawali na głowach, ale podobno panie nie chcą. Zawsze te same fochy!

W antraktach jest bardzo miło, kilka pań bowiem pochyla nisko głowy, albo zaczyna czytać gazetę, czasem któraś powie:

— Żeby mnie tylko nie poznał, bo znowu będą plotki...

Jakiś lekarz kiwa głową na temat:

— Wczoraj umierała, a dziś jest w kinematografie.

Jedna pani mówi o drugiej pani:

— Ta to musi być wszędzie!

Druga pani mówi o trzeciej pani:

— Mąż to się zawsze dowiaduje ostatni!

Trzecia jędza mówi o czwartej jędzy:

— Podlotka, małpa jedna, robi z siebie!

Jednem słowem jest miło, przyjemnie i rozkosznie. Dawno nie spędziłem chwil bardziej zajmujących, jak w tym ślicznym kinematografie.

Zakopane dostarcza jednak wrażeń nierównie podnioślejszych, wszystkie parkany oblepione są [ 150 ]zawsze zapowiedziami niesłychanych sensacyj, które się obdędą w sali Morskiego Oka. Na tych żółtych, zielonych i czerwonych afiszach, nalepia się zwyczajem miejscowym krzykliwe paski z jednem, krótkiem, sensacyjnem „Dziś! dziś!“ W rezultacie cały parkan wykrzykuje w niebogłosy: dziś, dziś, dziś! — jakby tańczył mazura. Wszystko się tam odbywa „dziś“. — „Carpe diem!“ — rzekło sobie Zakopane i „dziś“ idzie na koncert „pierwszego tenora opery paryskiej“, „dziś“ idzie na oglądanie wspaniałych produkcyj prestidigitatora „Górnoślązaka“, — na odczyt „o wpływie racjonalnego trawienia na siłę charakteru potomstwa“, — na występ operetki krakowskiej, — kabaretu warszawskiego, — opery lwowskiej, — wreszcie „jedyny wieczór futurystów krakowskich“.

Tego ostatniego zdarzenia nie widziałem; przez cały tydzień jednak głosiły afisze, że futuryści „pszyjechali jusz“ i objaśniają w sprawach futuryzmu polskiego w kawiarni Trzaski. Wieczór odbył się tylko w połowie, na drugą nie pozwoliła policja; dość było jednak tej połowy, gdyż wybite zęby wynosili z sali teatralnej koszami.

Odbywały się jednak w sali Morskiego Oka wieczory, na których byłem przytomny i równocześnie nieprzytomny. Ludzie! ja byłem w Zakopanem na „Trubadurze“! Tego jednak nie można napisać jednym tchem, zemdlałbym bowiem z samej rozkoszy wspomnienia. Wyśpiewam to w następnym liście.




Info icon 001.svg#licence info


Public domain
This work is in the public domain in the United States because it was first published outside the United States prior to January 1, 1925. Other jurisdictions have other rules. Also note that this work may not be in the public domain in the 9th Circuit if it was published after July 1, 1909, unless the author is known to have died in 1949 or earlier (more than 70 years ago).[1]

This work might not be in the public domain outside the United States and should not be transferred to a Wikisource language subdomain that excludes pre-1925 works copyrighted at home.


Ten utwór został pierwszy raz opublikowany przed dniem 1 stycznia 1925 r., i z tego względu w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej znajduje się w domenie publicznej. Utwór ten nadal może być objęty autorskimi prawami majątkowymi w innych państwach, i dlatego nie zaleca się przenoszenia go do innych projektów językowych.

PD-US-1923-abroad/PL Public domain in the United States but not in its source countries false false