Listy z Capri/całość

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kornel Makuszyński
Tytuł Listy z Capri
Pochodzenie Straszliwe przygody
Data wydania 1922
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Wikisource
Inne Cały zbiór
Indeks stron
[ 29 ]

LISTY Z CAPRI



[ 30 ] [ 31 ]
Lipiec, 1911.

I.

Karawaniarskie przysłowie, które każe człowiekowi umrzeć na obstalunek po obejrzeniu Neapolu, należy zmienić w tym sensie, żeby zagrozić przynajmniej ciężką chorobą każdemu, kto był w Neapolu i nie pojechał na Capri. Może to wprawdzie porządnego obywatela odstraszyć, że dotąd przesiadywała na tej rozkosznej wysepce sama literatura, rozmaite poety i tym podobne indywidua, ssące wino, — ale gdzież się taki nie włóczy? Snadnie tedy w czasie, w którym na Capri przebywa dwustu malarzy i tyluż poetów, może być wyspa ta uważana za jeden wielki zakład obłąkanych, ale człowiek może się pocieszyć tem, że w ojczyźnie Zakopane bynajmniej inaczej nie wygląda.

Tak... Bardzo to jest pięknie podumać na zgliszczach zakładu Chramca, ale równie pięknie podumać na ruinach willi Tyberjusza, tem bardziej, że to taniej kosztuje, a masło z tą samą wprawą fałszują na Capri, co i w Zakopanem.

Obejrzawszy w Neapolu wszystkie kinematografy, które się stały włoskim specjałem [ 32 ]narodowym, obejrzawszy Wezuwjusz, który dymi tak tylko, jakby chciał odstraszyć komary, zupełnie jak zepsuty piec, jedzie się na Capri z tęsknotą w sercu, nietylko dlatego, że Konopnicka napisała tam trzy sonety, lecz i dlatego także, że wyrosłe z niebieskiego morza skały kaprejskie przedziwnie nęcą.

Słońce, ciągnące za sobą powłóczysty upał, stanęło właśnie ponad wyspą, która jakby się chciała ukryć we własnym cieniu, oblana blaskiem, ściekającym tysiącem złotych potoków po prostopadłych ścianach w spokojne, zmęczone upałem morze. Gromada delfinów pląsa niefrasobliwie po lazurowej zatoce, odwracając się krotochwilnie tyłem do Anglika, który je chce odfotografować z pokładu; i byłoby wszystko dobrze, gdyby nie kilka opalonych indywiduów, które z niesłychanem przejęciem wyją na pokładzie „O, dolce Napoli!“, a potem sprzedają prawdziwe grzebienie z fałszywego szyldkretu i fałszywe korale na prawdziwych sznurkach, zato jednakże resztę z ceny wydają zawsze tylko w fałszywej monecie. Zrażać się jednakże tem nie należy w nadziei, że bliźniego naszego, który po nas przyjedzie, czeka z pewnością to samo.

Wjeżdżamy do malutkiego portu, który w Ameryce np. mógłby służyć za pokojowy basen do żywienia złotych rybek, potężny zaś wieloryb zdołałby pewnie jednem machnięciem ogona strzepnąć w morze całe urządzenie portowe wraz z policją portową w jednej, czcigodniej [ 33 ]osobie i całe miasteczko nadbrzeżne z hotelem pod straszliwem nazwaniem „Hotel Vesuvio“.

Wysoko, ponad wybrzeżem, przeziera przez zieleń winnic i gajów oliwnych śliczne miasteczko, migotliwe białe, rozrzucone tu i owdzie, wyglądające zupełnie tak, jakby je dziecko zbudowało z białych kostek, służących do zabawy. Jest to potężna metropolja wyspy, wspaniała stolica, ukochane gniazdo jaskółcze, siedziba władz politycznych wyspy: pretora i dwóch policjantów, siedziba proboszcza i organisty, miasto, rozporządzające ośmioma dorożkami i czterema osłami pod wierzch, siedziba dyrekcji kolei linewkowej, złożonej z dwóch wagonów, której cały regulamin, wydany przez ministerstwo kolei mieści się w uroczystych słowach: „Non sputare“!

Miasteczko to już z samej fizjognomji jest tak niesłychanie miłe, że je pokochać można; cóż dopiero, kiedy się z gąszczu winnic wjedzie w jego śliczne uliczki, pokręcone paralitycznie i wąziutkie; czasem w jakimś zaułku na długą chwilę się przystanie, bo żal odejść, patrząc, jak słońce, zabłąkawszy się nieopatrznie, nie może wyjść z matni kilku murów i pełza po nich smugami, jakby to złote pełzały jaszczurki, wiesza się blaskiem na skałotoczach i po drodze zagląda w malutkie okienka mieszkań. Czasem znów jakiś rzeźki powiew, odbiegłszy od morza, wpadnie z impetem w jakąś miniaturową uliczkę, nieopatrznie uderzy głową o mur przeciwległy i, nie wiedząc którędy uciec, biega zrozpaczony, [ 34 ]jak pies, co zgubił pana; więc węszy na wszystkie strony, targnie okienną firanką, zatrzepoce z irytacji markizą nad sklepikiem i przez wyłom w murze dostanie się wreszcie na pole kaktusów.

Ukochane, prześliczne miasteczko! Za dwa dni czuje się w piersi wspaniałą, obywatelską dumę i bierze się udział w ogólnem zainteresowaniu wyborami trzech radców miejskich, zna się osobiście aptekarza i listonosza i wszystkich innych dygnitarzy. Ba! Z rozczuleniem patrzysz na dziesięciolitrową beczkę, którą ciągnie na sznurku jakiś miejski urzędnik i polewa wspaniale ulice miasta, na których jest właśnie tyle kurzu, co na porządnym lwowskim fortepianie. Ale już zgoła w zachwyt wpaść należy, wszedłszy na ulicę, nazwaną skromnie „Corso Tiberio“; jest to ulica szlachetna i w wielkim stylu, kaprejskie Elizejskie Pola; Corso Tiberio ma w miejscu najszerszem dwa metry, ale w poczciwem Capri utrzymuje się słuszne zdanie, że wspaniałość ulicy niekoniecznie zawisła od jej szerokości, bo wysokość także coś znaczy, więc dlaczego nie ma to być „Corso“? Zresztą szeroka ulica jest tu wcale niepotrzebna, bo życie stolicy koncentruje się wyłącznie na piazzy; wieczorem tedy wędruje inteligentne Capri na to forum i rajcuje; oto koło „salonu“ fryzjera (jest to równocześnie radny miejski, szwagier burmistrza, właściciel winiarni, wekslarz i nauczyciel muzyki), gromadzi się cała najwykwintniejsza societa: lekarz, który sam się od czasu do czasu kładzie do łóżka, aby [ 35 ]przecież mieć jednego pacjenta: aptekarz, który częściej sprzedaje atrament i igły, niż lekarstwa; ksiądz, który pobocznie handluje winogronami i wynajmuje mieszkania; kapitan okrętu, który z dumą patrzy na otoczenie, bo co dnia bywa w Neapolu; dyrektor kolejki linewkowej, na którego znów wszyscy patrzą ze strachem, aby kiedy nie wykoleił „pociągu“. Pozatem schodzą się na piazzy przed wieczerzą obywatele z obcych krajów, więc jakiś mąż, straszliwie opalony, prawie, że w negliżu, jakiś malarz w spodniach tak szerokich, jak neapolitańska zatoka, jakaś niewiasta z olbrzymim pióropuszem białych piór na głowie, o której Staff powiada, że wygląda jak „dziecinny karawan“, jakiś dynamitard rosyjski, któremu ustępujemy z drogi, nawet kiedy w ręku dzierży tylko pomarańczę, jakiś Anglik, jedenaście razy dziennie pijany i cała czereda innych.

Wśród tego zgromadzenia przewijamy się skromnie, a wśród nas Leopold Staff, który należy do najzagorzalszych obywateli Capri, cichutki, niepokaźny, zawsze wesoły i ogromnie kochany; zna na pamięć historję każdego mieszkańca, wszyscy go pozdrawiają i on wszystkich; siedzi na Capri już kilka miesięcy bez przerwy i ukryty w malutkim domku, który i nas przytulił, wśród bogatej winnicy, zalanej słońcem — i pisze.

Więc tu rozprawiamy o słońcu i morzu, o książkach i o ludziach.

Jest dobrze i jest cicho; przepyszne morze oblało nas dokoła, nakryło nas niebo; nie dojdzie [ 36 ]tu żaden zgrzyt, błękitnego morza nie przepłynie żadna zgryzota. Na białym żaglu, co się położył na cichym, gorącym wietrze i płynie na widnokręgu, zbiegły się nasze wszystkie biedne tęsknoty... Niech płyną.

Jest cicho i jest dobrze...

Capri jest jak wymarzony zakątek, gdzie ludziom zawsze dobrze być musi, mają bowiem to wszystko, z czego się rodzą chwile szczęśliwe: słońce i morze. Słońce łagodne, roześmiane i przychylne, a morze cudnie niebieskie, szemrzące przy brzegach, przedziwnie spokojne. Więc się wszystko uśmiecha, wszystkie winnice i gaje, pełne złotych jaszczurek i rozkrzyczanych świerszczów. Czynią one czasem zgiełk taki, jak na polskiej wsi, rozkrzyczane w noc. Każda zaś noc mija spokojnie i cicho pod osłoną potwornych skał, które obsiadły miasto dookoła i strzegą go przed wszelką krzywdą.

Powiew wieczorny powiał od morza, orzeźwił ciała i dusze, ochłodził kamienne mury domków i gada sam ze sobą w alejach winnic. W oddali rozświetlił się Neapol i błyska tysiącami świateł; na olbrzymiej przestrzeni półkola zatoki od Pozzuoli do Sorrento drgają blaski; ze wzgórz spływa cisza, a mrok gasi światła powoli, aż usną ciche miasteczka na stokach Wezuwjusza, śpiące czujnie, bo razem ze śmiertelną trwogą.

Capri, przylepione do zielonych wzgórz spowija się w ciemność i słucha szmeru morza; gdzieś [ 37 ]tylko ktoś śpiewa, na jakiejś skale ktoś samotny czeka, aż od strony Sycylji wypłynie księżyc na wody; w jakiejś sklepionej izdebce, której ściany pomalowało stu malarzy, jacyś szczęśliwi ludzie (a jeden zbyt do mnie podobny!) śpiewają cichem słowem o radości życia, które umie być dobre, i mówią wiersze o szumiącem kaprejskiem winie, o krwi słońca.






[ 38 ]

II.

Przyjaciel nasz, signor Salvatore Cosentino, z zawodu rybak, z przekonań „socjalista klerykalny“ i zagorzały przytem wróg papieża — przekonał nas, że należy opłynąć Capri dookoła na jego „morskiej pławaczce“, tak przestronnej, jak wanna. Wziąwszy tedy na zapas kilka bohaterskich min, płyniemy wzdłuż potwornych skał kaprejskich, zezem tylko patrząc na olbrzymie głazy, które wiszą nad naszemi głowami; zdaje się nam, że trzeba tylko lekkiego podmuchu, aby taki kamyk, ważący mniej więcej tyle, co dowcip z polskiego kabaretu, spadł w morze. Pan Bóg jednakże łaskaw i chowa te sensacje dla kogoś, co po nas tędy płynąć będzie.

Pod nami przeczysta głębia, zachłanna i uwodząca; fala z tej strony wyspy spokojna i cicha. Przed nami sterczy z morza głaz, na którym śpiewały syreny, które się swego czasu uwzięły na Odyseusza. Niestety, nie zachował się żaden konkretny ślad tej awantury, ani nawet syrenia podwiązka. Wiosła rzucają na falę tysiące skrzących kropel, zmącony lazur wody przybiera zimny kolor marmuru, porżniętego żyłami; drogę nam [ 39 ]znaczy cień gór, rzucony na wody. W jednem miejscu powiada nasz wioślarz z dumą:

— W tem miejscu jest sto pięćdziesiąt metrów głębi...

— Święty Antoni sorentyński! — krzyknęły trzy polskie dusze w głębi bohaterskiej piersi.

Zrobiła się uroczysta cisza, bo ze strachu śpiewają tylko ludzie, źle wychowani. Po tej uroczystej chwili pytam pana Salvatora, zupełnie bez ukrytego celu:

— Czy dobrze umiecie pływać, Salvatore?

Salvatore uśmiechnął się jak langusta.

— Pewnie! chociaż ostatni raz kąpałem się przed dziesięciu laty...

Naturalnie! Miał kiedy szewc porządne buty? Ale wobec tego człowiek począł się rozglądać w sytuacji i udając, że niby nic, począł rozmyślać nad tem, coby było, gdyby się łódź przewróciła i jakby się wydrapać na skałę nadbrzeżną, mającą trzysta metrów wysokości? Są to myśli tak szalenie wesołe, że się niedobrze robi.

Płyńmy jednakże dalej...

W tej chwili łódź wjeżdża, jak dorożka w ciasną bramę, w otwór groty.

— Grotta verde!

Aaa! (Baedecker doradza w tem miejscu zachwyt niemy).

Pod nami woda zielona, jak przeczysty szmaragd, nad nami kopuła sklepienia, na której grają blaski przeróżne, goniąc się nawzajem. Przejrzysta meduza, podobna do srebrzystego grzyba, [ 40 ]drga w głębi. Ktoś z nas krzyknął głośno, a echo mu odbrzmiało w wąskiej czeluści groty, gdzie zielonawy odblask się kończy i gdzie się zaczyna wieczysty mrok, pełen niesamowitego szumu; kłębiąca się tam fala, uderzyła o kamienną zaporę i jęczy głuchą wściekłością.

Łódź, jak pływak rzeźki, wymknęła się z zielonej, przecudnej poświaty i wypłynęła na słońce; giętke wiosła wparły się w fale i rzuciły łódź naprzód ku innej znów grocie „brylantowej“, skąd ją poniosły do groty „Wszystkich świętych“.

Skalne odłamy zbiegły się w niej w jedną gromadę, podobne ludzkiej rzeszy; tu rozpoznasz sylwety klęczącej niewiasty, ówdzie tajemnicza postać kamienna legła, jakby snem zdjęta. „Wszyscy święci“ śpią snem kamiennym, ukołysani pluskiem fali, która tu węszy niespokojna. Zdjął nas lęk prawie że nabożny, który podniecił jeszcze nasz sternik, obwieściwszy uroczyście:

— Na głowach „Wszystkich Świętych" turyści jedzą zwykle śniadanie!...

Sternik zrobił za chwilę minę ważną; chce nas najwidoczniej przerazić, bowiem głosem brzuchomówcy obwieszcza:

— Grotta degli canoni!

Strach! Jest to grota, w której ma się słyszeć straszliwy huk armat; coś niecoś tam strzelało w gardzieli groty, ale nie tak znów strasznie, widocznie dlatego, że teraz niema sezonu.

Płyniemy przeto do groty lazurowej.

To się łatwo mówi, ale nie tak łatwo się [ 41 ]płynie; musieliśmy opłynąć całą połać wyspy, tymczasem wiatr, dość anemicznie dotąd wiejący..., włóczący się po morzu leniwie, jak ktoś, co się po ulicy wałęsa i ogląda sklepowe wystawy — poderwał się, jakby go giez ukąsił. Gdzieś z otwartego morza dojrzał trzech biednych Polaków i, skącząc po wierzchu fal, bieży ku nam.

Łódź dostała najwyraźniej histerycznego ataku; przerażona, poczęła przeskakiwać z fali na falę, jak ktoś, co skacze po zoranem polu, ze skiby na skibę. Wiatr, znalazłszy sobie doskonałą zabawkę, radby nas rzucić na skały, co się nam oczywiście nie podoba. Całe szczęście, że miny mamy bohaterskie i prawie, że kpiące... Kredową bladość naszych twarzy w tej chwili należy przypisać chyba efektom świetlnym, prosta zaś rzecz, że przy takim wichrze dygotają wszystkie członki.

Sympatyczny Salvatore krzyczy nam w uszy:

— Nie bać się! Nie patrzeć na fale. Trzymać się mocno! Śpiewać!

Śpiewać? Zdaje się, że stary rybak zwarjował ze strachu. I w istocie, poczyna śpiewać; wytężył wszystkie siły, aby nie dać falom łodzi, przyrósł rękoma do wioseł, dyszy ciężko i — śpiewa. Zdaje się, że wiatr zawył w tej chwili ze śmiechu, potem począł porywać słowa piosenki i rzucać niemi na wszystkie strony, między jednem słowem a drugiem otwierała się przepaść, wypełniona ciężkiem westchnieniem oddychających forsownie piersi rybaka. [ 42 ]

„...Aria serena... doppo... la tempesta
Nel’ aria... fresca...“

Słusznie, bardzo słusznie, tylko nie w porę. Fala nas podniosła w górę, widocznie po to, żeby nam pokazać, że całe morze w tej stronie jest równie takie miłe, potem nas pchnęła bez ceremonji w bok.

— Jeszcze tylko kwadrans! — krzyczy Cosentino, — dalej morze jest spokojne... Śpiewać! Spiewać! Tutaj zawsze wzburzone... O, mamma mia!... Nie bać się!... Ten doktór ze Lwowa, wasz przyjaciel był odważny. Ciągle śpiewał... Ho! ho!... Trzymać się łódki!... Tu jest tylko taki przeciąg...

Ślubuję w myśli sonet z dedykacją dla św. Łucji i — śpiewam. Śpiewałem podobno z niesłychanem przejęciem, tak jak śpiewają przy umarłym. Ale tylko jeszcze jeden skalny przylądek i spokojne morze. Nasz rybak zaparł się nogami, wyprężył się cały i rzuca łódź kurczowo naprzód. Patrzy pilnie w stronę otwartego morza i ile razy dojrzy wielką falę, idącą ku nam, urządza jakoweś nadzwyczajne manewry, aby jej ujść bez szkody, na co patrzymy z niesłychanym podziwem. Zbliżamy się w stronę groty lazurowej... Och!... Przypominam sobie, że w tej właśnie okolicy, z opisu sądząc, rozbiła się łódź, wioząca bohatera z powieści Andersensa „Improwizator“. W powieści to się wszystko dobrze skończyło — całe szczęście, że w moim liście... także. [ 43 ]

Płyniemy już spokojnie; jakaś jeszcze fala ujada za nami z tyłu i pluje pianą w stronę łodzi, która dumna, otrząsa się gwałtownie i wpływa na toń spokojniejszą, poza strefą „przeciągów“.

— Śpiewaj, Salvatore! — rzeknę rybakowi.

— Teraz już nie potrzeba... — rzeknie rybak — ale ta jazda warta jest sto lirów. (Po targu dostał osiem).

Przed nami otwór do lazurowej groty. Właśnie nadjechał statek z Neapolu i przywiózł kompanję Anglików, złożoną z dwustu osób, które będą zwiedzały grotę. Patrzymy z pogardliwą litością na tych nieśmiałych ludzi, którzy pośród straszliwych krzyków lęku, przebywają w łódkach drogę ze statku do groty; wysiadamy na ląd i, stanąwszy na kilku stopniach kamiennych, sterczących z boku wejścia do groty, urządzamy sobie znakomite przedstawienie operetkowe, obserwując, miny Angielek przy wjeździe w głąb czeluści. Zabawa niesłychana! W każdej łódce trzy Angielki, a każda o pół metra dłuższa od łodzi, przy wjeździe zaś w wązki otwór groty musi każdy, aby głowy nie postradać, położyć się na wznak na dnie lodzi.

Łodzie wyglądają jakby napełnione trupami; jeden w niebieskich okularach chce sobie dodać odwagi i uśmiecha się. Boże! Ten uśmiech wart całej noweli; tylko paraliż zdobywa się na taki uśmiech, albo gwałtowne kurcze żołądkowe; tak się uśmiecha człowiek, który wypił litr octu, albo [ 44 ]połknął karakona w kawie. Inne znów indywiduum chwyciło się kurczowo ławeczki łodzi, inne zasię, aby nie patrzeć na to, co się będzie działo, położyło się na brzuchu i głowę skryło w dłoniach. Z głębi groty dolatuje wycie zachwytu... Straszliwe „All right!“ wstrząsa wspaniałem sklepieniem groty. Aż wreszcie szumiąca fala, cofnąwszy się kilkakrotnie w głąb, jakby dla nabrania rozpędu, wyrzuciła najpierw jedną łódkę, potem drugą, dziesiątą.

Już niema nikogo, więc my z kolei, leżąc na wznak w łodzi, czekamy przychylnej fali; cofnęliśmy się raz i drugi, wreszcie łódź przemknęła pod sklepieniem otworu, trącona przypływem. Podnosimy głowy i słychać tylko jedno przeciągłe A! — jak na Czatyrdahu. Lazurowy cud otoczył nas dokoła; jesteśmy w środku niesłychanej szklanej kuli: niebo na dole i niebo na górze, lazur w oczach i w duszach, zdaje się, że słowa zachwytu muszą mieć także — lazurową barwę. Ale o tych chwilach, spędzonych w tym śnie lazurowym, nie powiem nikomu; schowam ich wspomnienie zazdrośnie dla siebie, abym je mógł sobie przypominać w domu, po powrocie, kiedy deszcz jesienny mżyć zacznie. Zresztą zbyt biedne są moje słowa, abym się ważył na malowanie niemi obrazu, który niema sobie równego.

Po opuszczeniu groty, słońce, które nas oblewa, wydaje się dziwnie banalne, jak łukowa lampa elektryczna, ale Capri staje się jeszcze droższem, jeszcze bardziej kochanem. [ 45 ]Niefrasobliwe, cudne Capri, w którego skały wprawione są jak drogie kamienie, groty różnokolorowe.

Capri się uśmiecha i — nudzi się w swojem szczęściu.

Jakieś słodkie lenistwo, próżniactwo słoneczne ogarnęło wszystkich ludzi. Siada się na skalnym głazie i godzinami przygląda się jaszczurkom, biegającym po ruinach; słucha się szelestu oliwnego gaju, który w słońce się wpatrzył i szemrze; na odmianę ma się ogromne zmartwienie, bo ktoś nieopatrzny złamał gałązkę biednego, samotnego drzewka, albo ktoś złośliwy przeniósł kamień jakiś w inne miejsce. Strach, co za awantura!

Rozpróżniaczone figury szukają tedy gwałtownie „sensacji“. Jedna odbywa się co soboty, sensacja sensacyj, wspaniałość, totius orbis desiderium, świetna atrakcja, najwspanialsza rozrywka kaprejska, boski sympozjon, cud cudów, o którym się marzy przez cały tydzień: kinematograf! Przysięgam, że wart opisu. Oto w sobotę popołudniu czeka się na rozlepienie afiszów. Jest! Rozkosz rozpiera piersi: będzie: „Romans ślepej Łucji“, potem „Cezar Borgia, krwawy tyran“ rzecz w 27 aktach, potem „Wdzięczny pies“, rzecz wzruszająca do krwawych łez i do omdleń i t. d. W kinematografie, którego patronem jest tutejszy blacharz, jest siedmioro gości „pierwszorzędnych“ i trochę hołoty za dziesięć centymów. Hołotę pierwszorzędną reprezentuje sam Maksym Gorkij, patron literacki wyspy, który się dotąd [ 46 ]nie nauczył po włosku i dotąd nie zmienił rosyjskiej koszuli. Włosi dlatego tylko uważają go za tak wielkiego.

Przedstawienia nie zaczynają mimo spóźnionej poty, bo niema jeszcze „stałego“ gościa. Idzie... już przyszedł mąż... nie!... niewiasta... Nie! Przecież mąż! Ma wąsy i brodę, ale chodzi w sukni kobiecej. To malarz Diefenbach. Widziałeś kiedy, kochany ziomku, a mój czytelniku, starą kanapę, którą zjadły mole? To jest Diefenbach. Wdział na siebie chałat, zdjął wszystko pozatem i żyje z „naturą“, ale zdaje się, że natura, która lubi czystość, nie chce żyć z nim. Malarz ten, mający w Niemczech dość głośne nazwisko ze względu na swoją oryginalność przedewszystkiem, robi wrażenie starego pajaca, który maluje „symbolicznie“. Na jednym z jego obrazów odbywa się taka awantura: człek jakoby zabił jelenia, co zgrozą przejęło Pana Boga, gdyż ukazał się ponad jeleniem i błyskawicami oczu poraził myśliwca. Pan Bóg jest ni mniej ni więcej, tylko portretem Diefenbacha, z czego musi być niesłychanie dumny. W obrazie tym, ukryta jest, zdaje się, symboliczna przestroga, że nie należy polować w miesiącach, które kalendarz myśliwski nazywa ochronnemi.

Na każdym poza tem obrazie Diefenbacha sterczy zasadniczo sfinks, co zapewne oznacza coś głębokiego, albo tańczy kobieca postać, w mglistym stroju, co już znaczy coś potwornie głębokiego. Obrazami tymi handluje mistrz w [ 47 ]sposób sprytny i zupełnie nieapostolski, chociażby z pozoru wyglądało, że nie zarobił dotąd nawet pary ineksprymabli, bo ich nie nosi.

Tych dwóch sławnych kabotynów, Gorkij i Diefenbach, to największa sensacja kinematografu. Gdyby ci dwaj nie byli sławni z innego powodu, byliby sławni z pewnością z tego, że się nigdy nie kąpią.







Info icon 001.svg#licence info


Public domain
This work is in the public domain in the United States because it was first published outside the United States prior to January 1, 1925. Other jurisdictions have other rules. Also note that this work may not be in the public domain in the 9th Circuit if it was published after July 1, 1909, unless the author is known to have died in 1949 or earlier (more than 70 years ago).[1]

This work might not be in the public domain outside the United States and should not be transferred to a Wikisource language subdomain that excludes pre-1925 works copyrighted at home.


Ten utwór został pierwszy raz opublikowany przed dniem 1 stycznia 1925 r., i z tego względu w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej znajduje się w domenie publicznej. Utwór ten nadal może być objęty autorskimi prawami majątkowymi w innych państwach, i dlatego nie zaleca się przenoszenia go do innych projektów językowych.

PD-US-1923-abroad/PL Public domain in the United States but not in its source countries false false