Listy z Nicei/II

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kornel Makuszyński
Tytuł Listy z Nicei
Podtytuł adresowane do Kazimierz Sichulskiego w 1913 r.
Pochodzenie Straszliwe przygody
Data wydania 1922
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Wikisource
Inne Całe Listy z Nicei
Cały zbiór
Indeks stron
[ 106 ]

II.

Cudownie zaszło słońce w dniu, w którym się narodził Pan Jezus; dziwnie się człowiek czuje w „powszedni“ dzień w tym niesamowitym kraju, kędy się ma wrażenie, jakby się siedziało we flaszce perfum, — (takie właśnie wrażenie musi mieć homunculus z wielką głową, zamknięty w słoju ze spirytusem) — jednakże w taki dzień uroczysty trochę tu jest nieswojo i źle.

Weszła na niebo pierwsza gwiazda, nieśmiało, jak debjutantka na scenę, która ma powiedzieć:

— Baczność panowie, król wchodzi na salę! — i zdumiona patrzy, że nikt nie jest uroczysty, nikt nie jest skupiony i nikt nie jest ciekaw wielkiej nowiny. Elegancka hołota je sobie spokojnie obiad, jako co dnia, pulardę wychudłą, która umarła z przekrwienia mózgu, albo cielę jakieś obleśne, które zginęło na zapalenie żył.

Śniegu niema nawet w aptece, noc się nie iskrzy i nie lśni diamentami, nie dzwoni mroźne powietrze. O, malarzu! Jeśli ci kto powie o mnie, że się boję i wstydzę sentymentów, uczyń mi tę łaskę i, chwyciwszy go za głowę, uderzaj nią długo i cierpliwie o krawędź stolu, albo o mur [ 107 ]kamienicy... Bom się tego dnia własnych zawstydził rozczuleń i byłbym ucałował śnieg, rycząc z radości, — „buchając szczęścia rykiem“ — jak Boy powiada i polska ze mnie wylazła natura, słaba i gnuśna, lecz umiejąca czcić dostojność, cud chwili, czar nocy jedynej, umiejąca się zdobyć na wielką, prawdziwą i szczerą tęsknotę, zatem, czego jej nauczyła stara, dobra kobiecina: tradycja. Nieznośnie mi jest w tej chwili i dziwnie. Och, Polaku! Stroi się taki jeden z drugim w „podfilipińską“ pozę, udaje Francuza, otwiera sklepik z cynizmem, gada górnie i obco, aż jednego wieczora wylezie gdzieś z kąta jakaś mara, jakiś cień, upiór jakiś i nic nie powie, tylko spojrzy na ciebie niebieskiemi oczyma, — a w tobie serce drżeć poczyna, jak dziecko, słowa ci więzną w gardle i w oczach ci mignie coś, co się podobno łzą nazywa u kobiet i dzieci.

Zdaje mi się, mój drogi, że raz siadłszy w Rzymie u św. Piotra na kamiennej posadzce w Wielkanoc, beczałeś jak nie malarz. Pamiętasz?... Nie zapieraj się, bo wiadomo i św. Piotr ci to w oczy powie na Sądzie Ostatecznym. I otóż widzisz, malarzu, który nie wiesz, co zrobić z pełnią życia, którybyś się w żywe oczy wszelkiego odprzysiągł sentymentu... Potem się z tego robi sonet, ale narazie jest nijako; kwiaty się stają brzydkie, morze starczo gadatliwe, świetność — szychem, a wszystko kłamstwem, teatrem, głupstwem. I żal się czyni, — mój Boże! — tego, że niema śniegu, że z poza okien nie słychać [ 108 ]śpiewu, że w kościołach nie dzwonią — wszystkiego jednem słowem tego, z nowelki Prusa.

Jest jednakże sposób na wszystko: jakie takie kłamstwo; przyszedłem do przekonania, że niczem tak łatwo nie oszukasz siebie i ludzi, jak najgorszem z kłamstw: śmiechem. Trzeba tylko dojść do odpowiedniej wprawy, a Pan Bóg jeden rozezna, czy się śmiejesz, czy płaczesz? Mnie osobiście udało się mimowoli haniebnie omamić najbystrzejszych krytyków, którzy byli zdania, że jestem obłąkaniec wesoły w tem, co napisałem właśnie kiedy byłem głodny, choć mnie żarła melancholja, kiedy byłem do łez smutny i kiedy mi ręka drżała przy pisaniu. Ale to tak zawsze, wieczysta błazeńska historja, ale bardziej prawdziwa od najprawdziwszych. Najtrudniej jest oszukać śmiechem siebie, ale i to się zdarza, i można to osiągnąć przy ćwiczeniu wedle angielskiej metody Wilde’a, skombinowaną z doskonałą receptą Bernarda Shaw’a, — w takich wypadkach „wielki śmiech“ chowa się starannie na wielką, bardzo czarną godzinę, ekonomicznie, małe zaś rozczulenia, takie, które się rodzą z dziecinnej tęsknoty, leczy się wybornie humorem, takim codziennym.

Co się tedy czyni w dzień wigilijny, na ten przykład, w Nicei? Idę do maître’a hotelu i powiadam mu poważnie:

— Proszę pana podać mi dziś do obiadu siano...

Maître widział już wielu warjatów, — ale [ 109 ]oczyma daje mi znaki, że takiego jeszcze nie widział. Ale warjatom sprzeciwiać się nie należy, więc udaje, że rozumie żart i pyta:

— Do jedzenia?

— Tak, panie, do jedzenia.

— Siano???

— Siano, kochany panie.

Biedny człowiek odchodzi, gada długo z kelnerami, gada długo z właścicielem hotelu i z jego żoną, woła na naradę portjera i boy’a od windy, potem — bardzo blady — ma do mnie mowę:

— Zdaje mi się, że nie dosłyszałem... Czego to pan sobie życzył?

— Siana pod serwetę...

— Więc nie do jedzenia?

— Może je pan potem zjeść, ale ja muszę dziś mieć pod serwetę siano.

Biedny człowiek uznaje z widoczną radością, że mi się nieco na umyśle poprawiło.

— Ale u nas niema siana. Może kwiaty?

— Nie, panie, u nas jest taki zwyczaj, że muszą być wiązki siana.

— To bardzo dziwne, ale w Nicei wogóle niema siana, a w takim hotelu, jak nasz, niema go tembardziej.

Wtedy ja nic nie mówię, idę do pokoju, wspaniałym ruchem Kuby Rozpruwacza rzezam poduszkę, napełnioną prawdziwym edredońskim puchem i przynoszę do sali jadalnej bardzo wiele woniejącego siana, woniejącego nietyle łąką, ile krochmalem. [ 110 ]

Widziałeś kiedy w teatrze chwilę, kiedy na scenę wynoszą dwadzieścia trzy trupy, niewinnie pomordowanych? To nie jest żaden nadzwyczajny efekt... Tę trzeba było widzieć chwilę, kiedy ja wszedłem we fraku — z sianem na ramieniu, dostojny, jak woźnica Henschel, zanim się powiesił i kiedym je rozścielił na stole, przerażonym i drżącym. Daję ci słowo, że mnie obsługiwano z jakimś śmiertelnym szacunkiem, ciągle patrząc, czy nie chwytam za nóż w ataku furji, zaś jakaś Angielka przeniosła się przezornie o dwa stoły dalej, patrząc na mnie z litościwą zadumą...

Trzeba mi już jednakże skończyć ten długi list, zaprawiony łzami, jadem goryczy, jadem zemsty, — niepotrzebnie się bowiem rozpisałem, jak kobieta do krawcowej. Ale Tetyda homerowa dlatego jęczała nad oceanem, aby jej ulżyło na duszy, ja też jęczę z tego samego powodu, bo wyobraź sobie, że kulka na rulecie miała do mnie jakąś specjalną złość. Próbowałem za radą znawców uśmiechnąć się do krupjera, ale zawsze był to jakiś tuman, rzucałem pieniądze lewą ręką, „na odlew“ i to nie pomogło; unikałem pobliża starych niewiast, one zaś zawsze wygrywały, a ja nigdy; kupiłem sobie taką puszkę, w którą się wrzuca wygrane pieniądze, aby ich w kasynie nie można było wyjąć i już pierwszego dnia używałem jej z powodzeniem do wrzucania niedopałków z papierosów, tak, że się tanio zmieniła w puszkę Pandory; próbowałem odwrócić krzesło, zaco mnie tylko sklęto, gdyż nie należy przeszkadzać [ 111 ]udziom, ciężko pracującym w pocie czoła i rąk; próbowałem za radą jednego aktora iść „za kolorem“ — rzecz była w tem tylko, że kolor nie chciał iść za mną. Widać z tego, że kiedy aktor coś szczerze poradzi krytykowi, to ten z pewnością złamie nogę. Jednem słowem, ruleta jest to indywiduum kapryśne, złe, złodziejskie, oszalałe, bez serca i duszy, dla Polaków usposobione bardzo nieżyczliwie; doszedłem do przekonania, że z tysiąca systemów, jeden jest niezawodny: postawić zawsze taką samą sumę na kolor czarny i na czerwony — równocześnie; co ci tu zabiorą, to ci tam oddadzą, krupiery się zirytują, że mają niepotrzebną robotę, a ty będziesz miał emocję za darmo. Dobrze jest także czasem zastrzelić się pod palmą w kasynowym ogrodzie, zanim się zaczęło grać — nigdzie bowiem jaskrawiej nie objawia się obrazowa mądrość naszego przysłowia o Wojtku, który przegrał... kamizelkę, jak w tym szlachetnym przybytku, gdzie ludzie nie są podobni do ludzi, gdzie „die Weiber werden zu Hyaenen“, mężczyźni zaś przypominają nawet podlejsze gatunki Ssące.

Z tego też powodu, nie chcąc dosadniej obrażać człowieczego stanu, nie będę ci opisywał niesłychanego widoku gęb, pochylonych nad zielenią stołów, po których, jak choleryczne bakcyle uwijają się czerwone sztuki złota i gdzie dumne powiedzenie Habdanka, samo przez się trawestuje się w piękny, dzielny aforyzm: „Idź złoto do złota, — my, Polacy, w wekslach się kochamy!“ Nie [ 112 ]pominę jednakże sposobności do opowiedzenia ci, jak Nicea, za przykładem Paryża, raduje się w noc wigilijną, która jest generalną próbą do szczytu idjotyzmu, do nicejskiego karnawału.

Pierwszem oto chrześcijańskiem przykazaniem Francuza jest owo potężne: „upij bliźniego swego, jak siebie samego!“, co Paryż czyni dokumentnie, a Nicea z równem poszanowaniem; nikt nie traci tyle przytomności, aby nie liczyć za wszystko w tę noc bezczelnie drogo. Niema jednego stolika w żadnym lokalu, któryby nie był zamówiony na godzinę mniej więcej dwunastą, a że mleka o tym czasie nikt nie pije, to wiadomo; dzieje się tedy na chwałę Pana, że cała Nicea jest pijana zaraz po północy i zaczyna ryki.

Kokocięta się popiły z melancholji, gruby episjer z radości, cudzoziemiec poto, ażeby uchodzić za bywalca, biedaki z rozpaczy, bogacze z nudy, kelnerzy dla towarzystwa. Każdy lokal bucha wrzawą, zgiełkiem, muzyką, oddycha potem i szampanem; pijacki nastrój rodzi niesłychane pomysły, wynajduje sobie najniemożliwsze zabawy, byle tylko krzykliwe. Francuz pijany wdziewa na głowę papierowy kask i dmie w papierową trąbę, albo w inną jakąś djabelską maszynę, aby tylko przekrzyczeć sąsiada, który tańczy z krzesłem, przytupując mocno. Są jednak i rozczulające obrazki: obok siedzi przy stoliku jakieś tańszej sorty kokocię, trzyma w rękach otwartą ostrygę i wlewa do niej gorzkie łzy, zamiast cytryny, twierdzi bowiem, że słyszała z [ 113 ]całą pewnością, iż ostryga pisnęła ze śmiertelnego lęku.

— Mademoiselle, — powiadam jej — ja znam tę ostrygę, jest to biedna sierota bez ojca i matki.

Nie mogłem jej tłumaczyć dłużej rodowodu z Dinard, albowiem kokocię poczęło się całować z kelnerem, może trochę mniej pijanym, ale także w papierowym kasku. Ryknęła w tejże chwili cała sala i spojrzała w górę; na środku lokalu ustawiono ogromną choinkę z uwiązaną u szczytu lalką, którą postanowiła zdjąć jakaś fertyczna dziewczynka; poczyna się tedy kocim i kokocim ruchem wspinać na drzewko, rozanimowana, dysząca, spocona, z błyszczącemi oczyma. Tysiąc ludzi patrzy na to i ryczy z radości, która jeszcze większą będzie po chwili, kiedy dziewczątko zleci i połamie sobie nogi, co może być dla niej tragiczne, dziewczątko takie bowiem, przez dziwną złośliwość losu ma chleb w rękach właśnie przez nogi. Zleciała wprawdzie, ale ją mocno pijaki chwyciły w powietrzu, jeśli powietrzem wogóle można nazwać to, co można rąbać siekierą.

Należy tedy zmienić lokal i pójść do „słynnego“ Ernesta, wspomnianego w setkach powieści i w stu francuskich komedjach, tembardziej, że się uczyniła jakaś piąta rano. A u Ernesta bal pierwszej klasy. Gentlemany pijane są już do nieprzytomności, ladies trochę więcej, a wszyscy tańczą, naturalnie tango, z wielkim krzykiem, jakby nagle cały lokal oszalał, albo wygrał na [ 114 ]loterji; wszyscy się znają, wszyscy ryczą też jak we familji, ściskają się gdzie się da i nie da; pyskate kelnery uśmiechają się obleśnie, tańczą, niosą butelki, dziki jakiś murzyn zciąga z ciebie futro, cynamonowy malajczyk porywa ci z głowy cylinder, jak wiatr, tak, że przerażony chwytasz jedną ręką za zegarek, drugą za głowę, bo cokolwiek to warte, ale zawsze szkoda.

Podchodzi opasły kelner, z dwudziestoma prawdziwemi brylantami na dziesięciu fałszywych palcach, przyjmuje zamówienie, przypatruje się pilnie, potem powiada bardzo pięknie po polsku.

— Pan będzie dobrze obsłużony.

— Hę?

— Moja osoba jest polska, bo z Żółkwi; bardzo ładne miasto... Ja jestem landsman.

— Jak się pan nazywa?

— Z Żółkwi.

— Ale imię?

— Jak się do mnie zawoła? Do mnie się zawoła albo Leon, albo Adolf; tutaj Leon, w Paryżu Adolf. Jak pan będzie w Paryżu, niech się pan o mnie zapyta, bardzo małe dziecko zaraz wie. Tiens! Ja zarabiam pięćdziesiąt tysięcy rocznie...

Drogi malarzu! To mnie dobiło; pan Leon zarabia pięćdziesiąt tysięcy, a ja nie mam na markę, aby ci posłać ten list, więc go dlatego drukuję. Przebacz mi, żem cię znudził, zato ci [ 115 ]posyłam pozdrowienie od morza i kwiatów, które bardzo chcą, abyś je wymalował. Podaj tedy prawicę, malarzu, wprzódy ją z farby otarłszy, Niech ci Bóg pomoże sprzedać obraz...







Info icon 001.svg#licence info


Public domain
This work is in the public domain in the United States because it was first published outside the United States prior to January 1, 1925. Other jurisdictions have other rules. Also note that this work may not be in the public domain in the 9th Circuit if it was published after July 1, 1909, unless the author is known to have died in 1949 or earlier (more than 70 years ago).[1]

This work might not be in the public domain outside the United States and should not be transferred to a Wikisource language subdomain that excludes pre-1925 works copyrighted at home.


Ten utwór został pierwszy raz opublikowany przed dniem 1 stycznia 1925 r., i z tego względu w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej znajduje się w domenie publicznej. Utwór ten nadal może być objęty autorskimi prawami majątkowymi w innych państwach, i dlatego nie zaleca się przenoszenia go do innych projektów językowych.

PD-US-1923-abroad/PL Public domain in the United States but not in its source countries false false