W tyglu wyborczym

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Huzarski
Tytuł W tyglu wyborczym
Pochodzenie A gdy zawieszono „Wolne Słowo”
Data wydania 1912
Wydawnictwo Leo Belmont
Druk Kaniewski i Wacławowicz
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Wikisource
Inne Download as: Download as ePub Download as PDF Download as MOBI
Indeks stron
[ 32 ]

JERZY HUZARSKI.

W tyglu wyborczym.

1. Tu l’as voulu, Georges Dandin.

Stało się... Powódź nacjonalizmu, żydowskiego zatopiła nas doszczętnie. Kohorty nacjonalistyczne, karne, zorganizowane runęły do urn i zwyciężyły.
 „Tego jeszcze nie było“ — twierdzą wszyscy oszołomieni wobec „niespodziewanego“ rezultatu wyborów. Niespodziewanego — gdyż zazwyczaj spodziewamy się najmniej tego, co jest najbardziej naturalne, co z żelazną konsekwencją wyłania się z życia, ba, z naszych własnych czynów.
 Zwycięztwo nacjonalistów żydowskich narzucało się z żelazną konsekwencją, dyktowała je nieubłaganą logika życia.
 Miało ono czterech sprawców: endecję, koncentrację, postęp i asymilację. Wszem im wobec i każdemu z osobna należy się więc parę słów gorzkiej prawdy.
 Najmniej, oczywiście, „dmowszczakom“, bowiem oni nie rozumieją słów, lecz tylko zoologiczny ochrypły krzyk, wycie, skowyt. Nacóż więc przemawiać do nich słowami? Tłomaczyć, że groźba zagłodzenia żydów, wyniszczenia ich była najlepszym cementem, spajającym masy żydowskie? Lecz co innego endecja, a co innego koncentra. cja, powołująca się na najszczytniejsze tradycje i hasła liberalnej Polski. Ta powinna zrozumieć, gdy powiemy jej: „tu l’as voulu, Georges Dandin!“
[ 33 ] Wdzięczne zadanie leżało bowiem przed koncentracją. Przeciwstawiwszy się zoologizmowi Dmowskiego, mogła ona była zorganizować przeciw niemu rozumniejszą część społeczeństwa polskiego, a z tą ostatnią solidarnie połączyć znaczną część ogółu żydowskiego. Pod wspólnym sztandarem polskim zjednoczyć większość polską i większość żydowską — to byłoby prawdziwem zwycięztwem chorągwi polskiej.
 A na to trzeba było tak mało! Nie trzeba było schodzić z polskiego stanowiska patrjotycznego, czysto polskiej platformy ideowej. Wystarczyło okazać żydom nieco serca. Dowieść, że przyjmuje się, jako towarzyszy pracy i boju tych żydów, którzy do polskości lgną, a dla ciemnych parjasów, bezprawnych, wynędzniałych, dla szerokich rzesz żydowskich, dla ich niedoli ma się gorące współczucie, szczerą chęć moralnego podniesienia ich, obdarowania światłem kultury polskiej.
 Czy byłoby to stanowisko niepolskie? Innemi słowy: czy pojęcie humanitaryzm i polskość to antytezy? Czy złym Polakiem był Czacki, Butrymowicz, a w naszych czasach nieodżałowanej pamięci Eliza Orzeszkowa?
 Ale „koncentracja“ posiadała swoistą koncepcję polskości. Koncepcję, zrodzoną niewątpliwie w promieniach natchnień Jeleńskiego, Dmowskiego i Kłopotowskiego, silnie zabarwioną kanibalizmem tych cnych mężów. Mówię „koncentracja“, a nie p. Kucharzewski. Ponieważ stanowisko tego ostatniego było najzupełniej poprawne, było-że się tak wyrażę — biernie poprawne. To [ 34 ]znaczy, że on mówił bardzo piękne i humanitarne frazesy. Lecz na tem koniec... Bowiem nie protestował słówkiem, gdy sztab jego siał wśród słuchaczy złe ziarno przez usta p. Libickiego, dopuścił, by sztab ów sporządził niebywale wymowną listę wyborców, na której nie znalazło się ani jedno nazwisko Polaka wyznania niechrześcjańskiego.
 A to dowodziło, że koncentracja pragnie być „judenrein“, że chce być „en odeur de sainteté“ u asemitów i antysemitów, że obawia się podrażnić kanibalizm polski.
 P. Kucharzewski takie postępowanie milczeniem swojem zaakceptował. Powinien więc był, a wraz z nim cała koncentracja wysnuć właściwe konsekwencje. Eliminując żydów, koncentracja tem samem wyrzec się była winna ich pomocy, przewidzieć ich niechęć, która wyrazi się w skupieniu pod sztandarem nacjonalizmu. Powinna była, gdyby posiadała nieco logiki. Ale jej zdawało się, że może być wilk syty i koza cała, że można zadowolnić antysemitów i nie odepchnąć masy żydowskiej. Szczytem wspaniałomyślności wydało się jej, że, usunąwszy żydów za nawias obywatelskości, łaskawie zezwoli im głosować na swoje listy.
 I dlatego poniosła sromotną klęskę, i dlatego, gdy dziś znalazła się w położeniu wysoce poniżającem, zdana na łaskę i niełaskę nacjonalizmu żydowskiego, muszę stwierdzić ze smutkiem: „tu l’as voulu, Georges Dandin!“


[ 35 ]

2. Wrona pedecka.

 Postęp polski nie od dziś przypomina wronę z bajki Lafontaine’a. Trzyma w dziobie — coprawda nie ser, lecz ster, i z sterem tym na wysokiej gałęzi usadowiony, czeka, aż podpłynie nawa polska, kornie poprosi o przyczepienie do niej owego steru postępowego i tym sterem kierowana wypłynie na szerokie wody.
 Lecz zamiast nawy pod drzewem pojawiają się raz po raz zdradzieckie lisy, które wyśpiewują hymny na cześć naszej wrony. A ona, oczarowana, za każdym razem upuszcza ów ster, zlatuje z gałęzi i mknie w towarzystwie lisa, którego bierze za... nawę polską.
 Tak było w okresie igraszek neosłowiańskich, kiedy P. Z. P. wydelegowało swego członka do Pragi, tak było w dobie antysemityzmu postępowego, tak stało się też i dziś. Postęp nie wyzyskał chwili obecnej, ogólnego niezadowolenia z „dmowszczyzny“ i pewnego wzmożenia haseł opozycyjnych, aby wysunąć własny program, własną ideologię, która — ze względu na swój humanitarny charakter — mogłaby pociągnąć obok licznych rzesz polskich liczne rzesze żydowskie, nie postawiła kandydatury ludzi, jak Świętochowski lub Krzywicki, których nazwiska starczą za program. Bo na to trzeba było działać, zaś treścią i istotą bytu naszego postępu urzędowego jest nie działalność, lecz paraliż.
 Gdy więc pod drzewem stanął lis realistyczno-secesyjny i wyśpiewał słodziutki hymn dla jej obywatelskości, nasza wro[ 36 ]na postępowa radośnie zakrakała i rzuciła się „bez zastrzeżeń“ — w lisie objęcia. Że przy tej okazji zgubiła cały swój bagaż idejowy i programowy, to dla niej nie odgrywało roli.
 Że kandydat był nie postępowcom, lecz zaledwie bladym cieniem postępowca, bowiem jest kandydatem nie szerokich rzesz demokratycznych, lecz finansjery, księży i kupiectwa — to dla niej drobiazg.
 Ważnem jest jedynie to, by pozostać w stanie bezwładu paralityka, a jednocześnie udawać czyn, politykę.
 A rezultat?.. Ten, że lista koncentracji tam, gdzie figurowały nazwiska pedeckie, najsromotniej przepadła. Nie przeszedł ani Łypacewicz, ani Rapaport, ani Zubowicz. Jeden tylko Życki umknął „rzezi niewiniątek“ pedeckich.
 I koniec końców wrona pedecka, przystrojona w piórka pawia realistyczno-secesyjnego, nie zdobyła owych pawiów, lecz jedynie zerwała z obozem demokratycznym. Miast objąć pierwsze skrzypce w kapeli lewicowej, wolała zająć miejsce przy szarym końcu stołu, gdzie na miejscach honorowych widzieliśmy przedstawicieli finansjery — ks Lubomirskiego i Stefana Dziewulskiego obok przedstawiciela kleru — księdza Wesołowskiego.

3. Bohaterska asymilacja.

Asymilacja czyli t. zw. (czy słusznie?) żydzi-polacy mogą się pochwalić, że prześcignęli wszystkie stronnictwa, biorące udział w t. zw. koncentracji. Tamte otrzymały jeden policzek, asymilacja dwa: od koncen[ 37 ]tracji oraz od nacjonalizmu żydowskiego.
 Przyznać należy, że na oba uczciwie zasłużyła.
 I przed nią leżało zadanie nader poważne. Obowiązkiem jej było zorganizować liczne rzesze żydowskie na gruncie polskim, skupić je pod sztandarem idejowym Polski.
 O ile demokratyzm jej jest tak blady, jak ją o to podejrzewamy, powinna była zawczasu przyłączyć się do również bladodemokratycznej koncentracji, postawić jej swoje warunki, a przyrzec współdziałanie, nie dopuścić zawczasu do tego, by wymierzono jej tęgi policzek, eliminując najzupełniej żydów polaków.
 Jeśli demokratyzm jej jest bardziej jaskrawy, jeśli raził ich niedostateczny demokratyzm koncentracji, powinni byli — o ile czują się Polakami-demokratami — połączyć się z szczerym, radykalnym demokratyzmem polskim, znaleźć dość mocy moralnej, by nie oglądać się na tych, którzy zmonopolizowali szyld polski, i organizować kadry wyborcze, ożywione duchem demokratyzmu polskiego[1] [ 38 ] Asymilacja nie uczyniła ani jednego, ani drugiego. Czekała z żałożonemi rękoma na konkury i oświadczyny koncentracji, dąsała się na Kucharzewskiego za to, że nie chce oddać miast na łup najczarniejszej reakcji chasydzkiej, a wreszcie, gdy wymięrzono jej policzek, oświadczyła, że nie może z świeżymi śladami na twarzy iść do mas i namawiać je, by poszły do koncentracji po... taki sam policzek. I do tego ograniczyła się... W chwili, gdy nacjonalizm żydowski organizował swe hufce, gdy radośnie głosił o porażce „Dikcsteinów i Natansonów“, gdy skupiał pod swoim sztandarem masy chasydzkie...
 A przecież te same masy przed sześciu zaledwie laty gromadnie szły za rydwanem polskim i postępowym, a przez lat sześć chyba, tak radykalnie nie zmienił się ich światopogląd.
 Lecz wówczas pociągnięto ich urokiem humanitaryzmu Świętochowskiego i Krzywickiego, obietnicą walki o lepsze jutro dla wszystkich uciśnionych, poprowadzono za, tymi, których serce reaguje na wszystkie bóle, wszystkie niedole.
 Dziś nie potrafiła uczynić tego ani koncentracja, ani postęp polski, ani asymilacja. I oto spożywają teraz gorzkie, zatrute owoce swej działalności lub bezczynności, oto muszą wychylić do dna gorzki kielich poniżenia, które tkwi w ich absolutnej zależności od nacjonalistów żydowskich.
 I na pociechę powiedzieć im można tylko i jedynie:
 Tu l’as voulu, Georges Dandin“.


[ 39 ]

4. Kucharzewski czy „ten trzeci“.

 Lecz cokolwiek wywołało obecny rezultat, stoimy wobec faktu, wobec pewnej sytuacji, i z tej sytuacji wybrnąć należy.
 Ułatwi to powściągliwe stanowisko nacjonalistów żydowskich, którzy tym razem (une fois n’est pas coutume) nie chcą wyzyskiwać swej przewagi, pragną pono rozwikłać sytuację w sposób uczciwy (?).
 W sposób uczciwy, to znaczy przez oddanie mandatu w ręce tego, za kim wypowiedziała się większość wyborców — Polaków.
 I korzystając z tego liczne koła polskie i żydowskie — pragną fałszować wolę tych wyborców. Twierdzą, iż cała Warszawa polska wypowiedziała się za Kucharzewskim.
 W liczbie tych, co to mówią znajdujemy demokratów dziwnego autoramentu, dla których olbrzymie rzesze Polski robotniczej są quantité négligeable.
 Ponieważ nie należymy do demokratów tego pokroju, ośmielimy się stwierdzić co co następuje:
 Za p. Kucharzewskim wypowiedziało się siedm tysięcy wyborców, za p. Dmowskim sześć tysięcy z górą. Są to liczby dość nikłe w zestawieniu z liczbą wyborców — robotników, którzy obrali trzech przedstawicieli ze swej kurji.
 To jest owa większość wyborców — Polaków, w ich więc ręce złożyć należy decyzję. Jeśli wystarcza im blady i nadomiar krępowany przez zasadę solidarności Koła demokratyzm p. Kucharzewskiego — on winien być posłem Warszawy.
[ 40 ] Jeśli jednak ich — podobnie jak i nas — nie zadawalnia demokratyzm kandydata koncentracji, jeśli pragną lewicowca, obranego z ich łona — wyborcy żydzi obowiązani są wykonać ich wolę.
 Niema bowiem żadnej zasady, która kazałaby demokracie liczyć się z ordynacją wyborczą, dającą dziesiątkom tysięcy ludzi trzech przedstawicieli, gdy dwadzieścia dwa tysiące ich posiadają przedstawicieli — aż ośmdziesięciu. Przeciwnie, zasada demokratyzmu każe liczyć się nie ze sformowaną sztucznie, lecz z istotną większością.
 Jeśli więc lewicowy delegat robotniczy stoi na gruncie polskim — a to jest niewątpliwe — jeśli jest szczerym demokratą, żydzi-wyborcy obowiązani są powierzyć mandat jego rękom.
 Nie będzie nic „monstrualnego“ w tem, że przedstawiciel proletarjatu obrany będzie przez delegatów innych klas społecznych, nie będzie to „paradoksem“ — jak twierdzi pewien publicysta z „Nowej Gazety“ — najwidoczniej mało obeznany z praktyką parlamentarną Zachodu, acz prawiący o niej z wielką pewnością siebie.
 Bowiem w całej Europie niezmiennie powtarza się ten „paradoks“ i uważany jest za coś zgoła normalnego.
 Bo też istotnie najzupełniej to normalne i logiczne, że opozycjoniści obierają przedstawiciela skrajnej opozycji, nie zadawalniając się pół-opozycjonistami, również normalnem jest, że uciskani i prześladowani głosują na tego, kto śmiertelny bój wypowiedział wszelkiemu uciskowi, że ci, którzy najwięcej cierpią wskutek nierówności [ 41 ]i braku humanitaryzmu, obierają tego, kto na sztandarze swym wypisał: wolność, równość i braterstwo.
 Nie było paradoksem, gdy opozycyjne mieszczaństwo niemieckie obierało do parlamentu oraz sejmu pruskiego Beblów, Liebknechtów i Singerów, nie było paradoksem, gdy „intellectuel’e“ francuscy z Sorbony przeprowadzali na posłów Viviani’ego, Fribourg’a, Lefèvre’a i innych socjalistów. Nie przestawał być demokratą polskim Daszyński, przez długi czas obierany w konserwatywnym Krakowie, również dzięki poparciu głosów żydowskich.
 Nie będzie też paradoksem, gdy skrępowani łańcuchami prawodawstwa antysemickiego, nękani zmorą antysemityzmu społecznego, żydzi obiorą skrajnego lewicowca, demokratę i wroga wszelkich zaciemniających świadomość narodową, szowinistyczno-klerykalnych wybryków.
 Gdy nadomiar zrównoważą w ten sposób szale sprawiedliwości, przechylone w fałszywym kierunku przez ordynację wyborczą.
 Zaciążą nie na tej, której wagę nadała owa ordynacja, lecz na tej, która dźwiga ciężar krwawego potu proletarjusza polskiego.



Przypisy[edit]

  1. Obecnie urzędówka asymilacji zapewnia, że agitowała „niestrudzenie“ w dzielnicach żydowskich zwalczając tendencje nacjonalistyczne. Si non e vero e mal trovato! Działanie polityczne, tembardziej w okresie wyborczym — musi być publiczne i jawne. Lidzie wiece wyborcze organizowane przez asymilatorów, a na których jasno wyłożono-by credo żydów-polaków! Czy publiczny wiec, podlegający kontroli publicznej można zastąpić jakiemiś tajemniczemi rozmowami zakulisowemi? Lub niedającem się sprawdzić zapewnieniem past factum, że „dziesiątki“, wrspółideowców gdzieś coś szeptały na Franciszkańskiej.


Info icon 001.svg#licence info


Public domain
This work is in the public domain in the United States because it was first published outside the United States prior to January 1, 1925. Other jurisdictions have other rules. Also note that this work may not be in the public domain in the 9th Circuit if it was published after July 1, 1909, unless the author is known to have died in 1949 or earlier (more than 70 years ago).[1]

This work might not be in the public domain outside the United States and should not be transferred to a Wikisource language subdomain that excludes pre-1925 works copyrighted at home.


Ten utwór został pierwszy raz opublikowany przed dniem 1 stycznia 1925 r., i z tego względu w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej znajduje się w domenie publicznej. Utwór ten nadal może być objęty autorskimi prawami majątkowymi w innych państwach, i dlatego nie zaleca się przenoszenia go do innych projektów językowych.

PD-US-1923-abroad/PL Public domain in the United States but not in its source countries false false