Prezydent Wilson w Warszawie

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Lechoń
Tytuł Prezydent Wilson w Warszawie
Pochodzenie Rzeczpospolita Babińska, cykl Facecje Republikańskie
Data wydania 1922
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Ignis“
Drukarz Straszewiczowie
Miejsce wyd. Warszawa, Lwów, Poznań, Toruń
Źródło Skany na Wikisource
Inne Cały cykl
Cały zbiór
Indeks stron

[ 56 ]PREZYDENT WILSON W WARSZAWIE



Prezydent Wilson trwał właśnie na galowym obiedzie w Wersalu, kiedy przyniesiono mu depeszę warszawskiej Rady Miejskiej. Nastrój był podniosły. Stary Clemenceau, spity jak bela, całował z płaczem Lloyda George’a, król Jerzy dla przyzwoitości śmiał się z głupich żołnierskich dowcipów Focha. Dowcipy były naprawdę szalenie ordynarne — ale król Jerzy brał pod uwagę wyjątkowe zasługi Focha na polu bitwy. Dopiero kiedy marszałek chciał koniecznie tańczyć dżiga — król Jerzy wziął go pod ramię i oddał w ręce Erzbergera, który usługiwał przy stole.

— Niech-no Mateusz odprowadzi pana marszałka — powiedział król Jerzy, dając Erzbergerowi pięćdziesiąt centimów. — Foch rzuca się na szyję pannie Chenal, wybucha płaczem i śpiewając „Allons enfants de la patrie“, pozwala się wyprowadzić z sali.

Wilson tymczasem szybko przerzuca okiem depeszę i już miał ją zmiąć i rzucić na stronę, gdy nagle wzrok jego pada na podpis.

— Rosset — przypomina sobie Wilson — mój Lansingul Skąd ja mogę znać Rosseta?

— Obywatelu Biały Ojcze — rzecze Lansing, najwidoczniej zdziwiony krótką pamięcią swego prezydenta — Rosset jest wodzem jednej z największych w Polsce partyj, jest prezydentem jednego ze stanów w Polsce — to bardzo ważna i znakomita figura.

Wilson czyni minę, która pozwala się domyślać, że ocenia należycie powagę pozycji Rosseta, ale najwidoczniej chce jakichś ściślejszych informacyj.

— Doskonale, mój Lansingu. W jakimże stanie rządzi ów Rosset? [ 57 ]

Lansing jest coraz bardziej zdziwiony i odpowiada:

— W stanie nietrzeźwym, obywatelu Biały Ojcze! Jest to bardzo znakomity stan.

Sytuacja przy stole staje się tymczasem coraz swobodniejsza. Pani Poincaré śpiewa piosenki niemieckie, których się nauczyła od jeńców; pani Rostand w żałobie siada Wilsonowi na kolanach i prosi, żeby jej ofiarował skarpetkę.

Kiedy Wilson odmawia, pani Rostand grozi, że będzie improwizowała. Prezydent spocony i zgnębiony ostatecznie. Korzysta z sekundy, w której owdowiała poetka daje psztyka w nos admirałowi Jellicoe, i wysuwa się z sali, kiwając na Lansinga i pułkownika House, aby szli za nim.

— Pojedziemy, moi kochani, do Warszawy. Nie sposób jest wytrzymać w tym Paryżu.

Przez drogę prezydent Wilson informuje się u pułkownika House w najważniejszych sprawach, dotyczących Polski. Prezydent Wilson jest zdecydowany wygłosić mowę do tłumów w Warszawie; chciałby koniecznie być au courant warszawskich stosunków.

— Jak się nazywa ten zamek Paderewskiego? — pyta w pewnym momencie Lansinga.

— Bristol, obywalu Biały Ojcze — mówi Lansing, który kupuje kury od pani Paderewskiej.

— No dobrze! I któż tam mieszka, jak niema Ignacego? Myślę, że nie zostawia zamku bez obrony?

— Skądże znowu — pośpiesza go uspokoić pułkownik House — jest przecież burgrabia Jentys.

— Wszędzie ci przeklęci Japończycy — mówi prezydent i popada w widoczne niezadowolenie.

Pociąg wilsonowski jedzie jakąś szalenie krętą linją: ludność całej Europy przekupuje maszynistów, którzy dokonywują cudów chytrości — byle tylko zahaczyć o wszystkie [ 58 ]ważniejsze miasta. W ten sposób Wilson ma wylizane dosłownie zelówki — kiedy staje we Lwowie. Na stacji harmider nie do opisania. Tłum Izraelitów, szwargocący, zdenerwowany, brodaty, miota obelgi i ściele się pejsami po ziemi. Upływa dłuższa chwila, zanim Wilson dowiaduje się, o co chodzi. Delegat rządu warszawskiego, p. Wasercug, urządził pogrom Żydów. Wilson zatrzaskuje drzwi wagonu, kopnąwszy uprzednio jakiegoś Żyda w głowę. Żydzi robią hałas — ale Wilson śmieje się, kontent najwidoczniej.

— Jak chcecie się boxować, to proszę — krzyczy, pokazując w uśmiechu zdrowe białe zęby, oryginalne amerykańskie.

Wjeżdża wreszcie do Warszawy i gdy słyszy pierwsze armatnie wystrzały, staje w otwartych drzwiach wagonu. Armaty walą raz po raz. Wilson zdejmuje cylinder i widzi na dworcu wysokiego pana również w cylindrze. Pan ma piękną blond brodę, minę nadzwyczajnie poważną; wygląda, jakby zszedł z obrazu Matejki „Batory pod Pskowem“.

Pan Jan Lorentowicz — on to bowiem był właśnie — wita prezydenta Wilsona imieniem Warszawy, bierze przyjacielsko pod rękę i tłumaezy przyczyny tak szczególnego powitania.

Ministerstwo ochrony sztuki i kultury zdecydowało, że obowiązującem podczas powitania nakryciem głowy ma być cylinder: p. Lorentowicz jeden jedyny w Warszawie posiada cylinder.

Prezydent Wilson mówi, że nic nie szkodzi.

— Uszanowanie pułkownikowi! — woła p. Gustaw Beylin, klepiąc po ramieniu pułkownika House.

Tymczasem huk armatni nie ustaje. Szyby trzęsą się, i tynk opada ze ściany. Wilson przyjmuje delegację nielicznej w Warszawie kolonji Indjan: Romuald Kamil [ 59 ]Witkowski całuje w jej imieniu nogę Białego Ojca z Waszyngtonu.

Huk ustał, i po chwili znów wystrzał — jakiś inny, potężniejszy.

— To Thugutt pękł z zazdrości — szepcą między sobą panowie.

— Strasznie ciężka artylerja te wasze Thugutty — mówi Wilson.

Jadą ulicami miasta, a na ulicach dzieją się rzeczy straszne. Ataki histeryczne, nagłe śmierci, przedwczesne porody — oto słaby obraz przypadków, którym pod wpływem wzruszenia podlegają członkinie Katolickiego Związku Kobiet.

Prezydent Wilson konstatuje z przyjemnością, że jedna z ulic nazwana została jego imieniem. Na wniosek p. Bolesława Koskowskiego, Rada stoł. m. Warszawy postanowiła zmienić nazwę ulicy Traugutta na ulicę Wilsona. Afisze teatralne o barwach amerykańskich. Publiczność otrzymuje w podarunku od redaktora Krzywoszewskiego specjalny wilsonowski numer „Świata“. Pod portretem prezydenta znakomity dwuwiersz samego redaktora:

„Weź, o Wilsonie, tycie me i mienie,
Lecz pozwól sobie uściskać siedzenie!“

W Teatrze Polskim „Pułaski w Ameryce“ z potomkiem bohatera, p. Franciszkiem Pułaskim, raz jeden jedyny w roli tytułowej. Salę dekorują t. zw. „amerykańskie elekstryczne świczki na choinkę“. W Teatrze Rozmaitości nowa sztuka Czekalskiego „Emilja Plater w Filadelfji“ czyli „Karjera panny Milci“. Kardynał Kakowski wyprzęga konie i ciągnie powóz w stronę zamku. Warszawa huczy i ryczy. [ 60 ]A nocą wiesza się na latarni jakiś rudy człowiek, pomalowany w gwiazdki jak sztandar amerykański; na szyi jego wisi karteczka z jednem jedynem słowem: „Veto“.

Adolf Nowaczyński nie przeżył chwili, w której nie było nic do wykpienia.





Fantazja ze schyłku 1918 r., kiedy się jeszcze biło Piłsudskiego zagranicznemi wielkościami — zanim wyrychtowano swojskich bayardów, — i rozmnożyli się jak grzyby po deszczu. Prezydent Wilson, dobrotliwy manjak i przyjaciel małych narodów, musiał być brany, patrząc pod tym kątem, tak jak później bohaterski generał Weygand, to znaczy jako hasło demagogiczne; autor z całą swobodą zażartował sobie z tego endeckiego Wilsona, nie bez ukrytej myśli podrażnienia przyrodzonej w Polsce celebralności. Niektóre rozrzucone po fejletonie aluzje, ad personam zwłaszcza, nie dla wszystkich są zrozumiałe. Co się więc tyczy posła A. Rosseta, wciąż działającego publicznie, — jest on najpierwszym na prawicy znawcą i miłośnikiem alkoholu — na lewicy odpowiada mu ambasador Jodko, jeżeli już nie bije go o parę butelek dziennie.




Info icon 001.svg#licence info


Public domain
This work is in the public domain in the United States because it was first published outside the United States prior to January 1, 1924. Other jurisdictions have other rules. Also note that this work may not be in the public domain in the 9th Circuit if it was published after July 1, 1909, unless the author is known to have died in 1948 or earlier (more than 70 years ago).[1]

This work might not be in the public domain outside the United States and should not be transferred to a Wikisource language subdomain that excludes pre-1924 works copyrighted at home.


Ten utwór został pierwszy raz opublikowany przed dniem 1 stycznia 1924 r., i z tego względu w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej znajduje się w domenie publicznej. Utwór ten nadal może być objęty autorskimi prawami majątkowymi w innych państwach, i dlatego nie zaleca się przenoszenia go do innych projektów językowych.

PD-US-1923-abroad/PL Public domain in the United States but not in its source countries false false