Page:Lechoń Rzeczpospolita Babińska.djvu/58

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.


ważniejsze miasta. W ten sposób Wilson ma wylizane dosłownie zelówki — kiedy staje we Lwowie. Na stacji harmider nie do opisania. Tłum Izraelitów, szwargocący, zdenerwowany, brodaty, miota obelgi i ściele się pejsami po ziemi. Upływa dłuższa chwila, zanim Wilson dowiaduje się, o co chodzi. Delegat rządu warszawskiego, p. Wasercug, urządził pogrom Żydów. Wilson zatrzaskuje drzwi wagonu, kopnąwszy uprzednio jakiegoś Żyda w głowę. Żydzi robią hałas — ale Wilson śmieje się, kontent najwidoczniej.

— Jak chcecie się boxować, to proszę — krzyczy, pokazując w uśmiechu zdrowe białe zęby, oryginalne amerykańskie.

Wjeżdża wreszcie do Warszawy i gdy słyszy pierwsze armatnie wystrzały, staje w otwartych drzwiach wagonu. Armaty walą raz po raz. Wilson zdejmuje cylinder i widzi na dworcu wysokiego pana również w cylindrze. Pan ma piękną blond brodę, minę nadzwyczajnie poważną; wygląda, jakby zszedł z obrazu Matejki „Batory pod Pskowem“.

Pan Jan Lorentowicz — on to bowiem był właśnie — wita prezydenta Wilsona imieniem Warszawy, bierze przyjacielsko pod rękę i tłumaezy przyczyny tak szczególnego powitania.

Ministerstwo ochrony sztuki i kultury zdecydowało, że obowiązującem podczas powitania nakryciem głowy ma być cylinder: p. Lorentowicz jeden jedyny w Warszawie posiada cylinder.

Prezydent Wilson mówi, że nic nie szkodzi.

— Uszanowanie pułkownikowi! — woła p. Gustaw Beylin, klepiąc po ramieniu pułkownika House.

Tymczasem huk armatni nie ustaje. Szyby trzęsą się, i tynk opada ze ściany. Wilson przyjmuje delegację nielicznej w Warszawie kolonji Indjan: Romuald Kamil Witkow-

— 56 —