Żydzi z Jêb/Hans Heinz Ewers

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
<<< Dane tekstu >>>
Autor Łucjan Frank Erdtracht
Tytuł Hans Heinz Ewers
Pochodzenie Żydzi z Jêb
Data wydania 1922
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „RENAISSANCE“
Drukarz Drukarnia nakładowa Swoboda i Sp. Wiedeń V.
Miejsce wyd. Warszawa Lwów Wiedeń New York
Źródło Skany
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI (testowo)
Indeks stron
[ 13 ]
HANS HEINZ EWERS.

Dusza ludzka, to wytwór czasu: w mistycznej kuchni warzą ją tajemnicze moce. Każdy wiek inne jej odmiany tworzy, a każda z tych odmian ma odmian miliony. Rzadko kiedy dusza, „dziś“ zrodzona, wyprzedza to „dziś“, do należąc „jutra; rzadko tak jest, ale gdy się zdarzy, to rzecznik i bojownik nowych, światoburczych idei zadziwia, gorszy, lub entuzjazmuje współczesnych.

A jakaż dusza Ewersa? — czy ona „dziś“ wyprzedza, czy też należy już do „jutra“, lub to „jutro“ przynajmniej zapowiada?

Dziś ona jeszcze echem dnia, ale w talencie Ewersa tyle jest żywiołowej pełnego niezwykłych, siły, tyle bogactwa odurzających niespodzianek i tyle ponad wszelką miarę silnego ukochania piękna, że może już jutro będzie ona nie personifikacją „ducha czasu“, ale apostołem nieznanego „jutra.“ [ 14 ] Ale i dziś już ta, namiętna w szukaniu doskonałości, dusza jest zjawiskiem niecodziennem, a niecodziennem dlatego, bo może żadna lepiej, niż ona nie odzwierciedla równie dokładnie szamotań, rojeń, zwątpień i pragnień współczesnej Psyche. Mistrzyni kuchmistrze indywidualności zawarli w duszy Ewersa wszystko co charakteryzuje schyłek XX-ego stulecia, więc wyrafinowaną zmysłowość z gestami Petronima, więc dziką żądzę użycia w rękawiczkach wytwornej kultury, więc tęsknotę za poznaniem tajemnic drugiego świata, boć on może lepszy, boć on pewno lepszy, niż dumna z aeroplanów „dolina łez“, więc wreszcie intenzywne, mrówcze szukanie Boga, boć on może pocieszy, pokrzepi nieszczęsne ludzkie plemię, które już samo siebie zaczyna nienawidzieć.

Prócz tych ogólnych cech ma ta dusza bujna i bogata — rozumie się — i swoje własne, a znamienite: po matce, podobnie, jak Goethe, odziedziczył dar do snucia bajek w szarej godzinie, a po ojcu niczem niepohamowaną tęsknotę za nieznanem, wciąż nowem i wciąż zmiennem. Jego ojciec, urodzony nad morzem, malując przez pół życia portrety [ 15 ]na dworze duesseldorfskim, tęsknił wciąż za morzem; jego matka zaś pisywała, swego czasu, bardzo poczytne, a serdeczne i kochane bajki dla dzieci.

A jeszcze jedną dziwną właściwość ma dusza Ewersa: on tak ukochał i tak zespolił się z Allanem Poe i z Oskarem Wilde’m, że chwilami się zdaje, iż w jego piersi nie jedna jest dusza, ale trzy: jego własna, Poe’go i Wilde’a.

Wrażenie to uparte i trwałe przyszło do mnie, gdy w noweli Ewersa, zatytułowanej „C. 33.“, czytałem przedziwnie smutną, a plastyczną wizję jego spotkania się na Capri z dawno już wówczas zmarłym Wilde’m. Pieśniarz „Salomy“ ironizuje swoje własne „ja“ i żali się, że jego cela, oznaczona znakiem: „C. 33“ smutna jest i chłodna. Trudno sobie wyobrazić, aby mógł się kto wżyć dokładniej, bardziej intuicyjnie i z większą miłością w cierpienia drugiego, jak to Ewers czyni w tym przepięknym szkicu. [ 16 ] Ewers kocha i współczuje z wszystkimi i z wszystkiem, co miłości godne i miłości złaknione. I nie czyni on różnic. gdy serce swe rozdarowuje, czy to duch z nim spokrewniony, jak Wilde, czy to towarzysz z ławy szkolnej, czy biedny żydowin z ghetta, lub też bezradne jakieś stworzenie: mucha, motyl, pszczoła.

I tak było od najwcześniejszej jego młodości; matusia Heinza, pani Marja, lubi o tem opowiadać:

„W naszej kuchni zagnieździły się myszy: kucharz łapki ponastawiał; gdy się o tem dowiedział mój Heinz, przybiegł do mnie z błagalną prośbą, abym zabroniła zabijać ładne myszki. Przekonywałam go długo, że czasem musi się zabijać! Wreszcie odszedł, ze łzami w oczach; tej nocy — słyszałam — długo usnąć nie mógł. Rano kucharz narobił krzyku: co się okazało: o świcie wkradł się Heinz do kuchni, powynosił łapki, do których myszki się znęciły, i pouwalniał wszystkich więźniów.“

Heinz Ewers był uparty; lubiał postawić na swojem; rozkazem, gniewem trudno było u niego coś wskórać — uginał się jeno przed cierpliwa dobrocią. [ 17 ]To też powód, dlaczego mu się w szkole nie nazbyt dobrze wiodło; zwłaszcza profesor matematyki nie bardzo go lubiał, bo nie mógł zrozumieć, że można więcej się interesować motylami, niż logarytmami. Echa żalu Heinza do profesora matematyki można nawet się dosłuchać w jednej z jego najmilszych utworów w „Uczniu czarnoksiężnika“ („Der Zauberlehrling“). Tam bohater opowieści skarży się w rozmowie z swoim ukochanym pudlem: „Prawda, że nie tęgim jestem w matematyce, ale ja darowałem jego ciotce świnki morskie, więc dlaczego on dla mnie taki niedobry? nie każdy może tak znakomicie rachować, jak profesor matematyki! Powiedz mi pudlu, co trzeba robić, aby wszyscy ludzie byli dla człowieka dobrymi?“

Ale mimo, że był „słabym w matematyce“, wyszedł Ewers na człowieka: „twarda ręka“ szkoły sprawiła jeno to, że on, którego charakteru rdzeniem była łagodność, lękliwość, miękkość i dobroć, podrażniony w swej uczniowskiej ambicji, udawał przed profesorami i kolegami, twardego, bezwzględnego i przemądrego. [ 18 ] I to „udawanie“, to noszenie hardej, nieco nawet cynicznej maski stało mu się potrzebą i na późniejsze lata. Poeta jeszcze dziś tę maskę nosi i to nie tylko w życiu, ale i w swych utworach.

Niejednokrotnie może się w pierwszej chwili zdawać, że jedynym celem jego dzieł jest jeno senzacja i jeno chęć „épater les bourgeois“, — ale to błędne, powierzchowne wrażenie, bo te wszystkie nieraz mocno drażniące jaskrawości w jego utworach, to właśnie tylko maska, która mu ułatwia przemycać w handel modnemi książkami prawdziwą poezję.

Rozdział: czasy uniwersyteckie w Berlinie i Bonn, a po ukończeniu praw krótkotrwała praktyka sądowa, w sąsiedztwie swego rodzinnego Düsseldorfu, w Neuss, to szare, szablonowe kartki w życiu Ewersa. Ot studja, które go nie rozgrzewały, „menzury“ i „bummel“ w „burszenszafcie“ Normania, a potem „gdera“ szef, któryby niejedną omyłkę prawniczą wybaczył młodemu „referendarzowi“, gdyby on tylko nieco lepiej grał w „taroka“ — i nic, [ 19 ]nic: pustynia duchowa, zrzadka jeno przerwana jakimś wierszykiem, napisanym przez przyszłego poetę na wzór Beaudelaire’a, Verlaine’a, lub Heinego.

Natomiast następny rozdział, to przełomowy w życiu Ewersa: wytrąca go pośrednio z karjery urzędniczej, poetę z niego czyni i tragedję w duszę jego wkłada na całe życie.

Rozdziałowi temu można dać tytuł: Lili.

Kto to Lili?

Mała blondynowa, różanna, sąsiadeczka, której przeznaczeniem było: rozpalić w mgłami nieświadomości zasnutem sercu poety pierwsze ognie miłości. Czy się pobrali, jak to się zwykle zdarza w potulnych powieściach i komedjach? — Nie. Zaledwie pół roku uśmiechała się do zapaleńca Heinza zdradliwa kotka, kokietka, a potem, potem — uśmiechała się do innego... i z tym innym skończyło się, jak się to kończy zazwyczaj w potulnych powieściach — ślubem.

I dobrze się stało: wprawdzie serce Heinza omal z żalu nie pękło, ale za to gorycz zawodu i [ 20 ]zazdrości przeżarła łuski na oczach poety, że wreszcie ujrzał przeznaczenie swoje i cudne baśnie w swej duszy i piękno w szarych szczegółach życia.

Choć później w sercu Ewersa niejedna Lili królowała, a najsłodsza mu nawet — na imię jej Ilma — była dobrą żoną, tęskni on przecie w licznych wierszach za tą swoją pierwszą, niewierną Lili. A tak jest, bo ta mała sąsiadeczka, nietylko z krwi i ciała była, ale i z jego młodzieńczych marzeń, z jego własnych uczuć i z rozmyślań o ideale kobiecym. Ta jego pierwsza Lili, to w pełnej fantazji wyobraźni młodzieńca i jasna pani i mamusia i dziecko i kochanka w jednej do kwiatu podobnej osobie.

Wiersze o Lili pełne wdzięku są i pełne smutku, na który ratunku niema, bo — ideały są niedoścignione. Oto naprzykład jeden z nich, wyjęty z wydanego w roku 187 zbiorku: „Moganni Nameh“:

Lili gwiżdże skoczną śpiewkę...
Niby małpka na linewce
ja, kochanek, towarzyszę
rytmicznemi ruchy śpiewce.

[ 21 ]

Skrzypki, bale i ślizgawkę
dałbym w zamian w jednej chwili,
gdybym znów raz mógł, jak małpka,
tańczyć tak, jak gwiżdże Lili.

Ale ani namiętność do Lili, ani w ogóle do żadnej kobiety, nie ma w Ewersie mocy szału, gruchocącego wszystkie przeszkody, wszystko w okół — nawet własne „ja“. A brak temu uczuciu niszczącej siły, bo czasami może się zdawać, że w jego organizmie nie mieszka dusza męska, ale — kobieca. On sam to przeczuwa, on sam to mówi. W jego potężnej powieści „Wampirze“ woła Karolina van Ness do Franka Brauna: „Jesteś bezpłodnym! nie jesteś tworzącym! nie, nie, nie ty! Ziemią jeno jesteś, kobietą i łonem! Wszystko w siebie wchłaniasz, i wszystko ciebie zapładnia, miłośnie, lub gwałtem z twoją, lub bez twej woli!“ „Więc bądź ty mi słońcem!“, odpowiada Braun.

Tak, tak! Ewers jest ziemią, w której drzemią skarby i jest morzem, w którem przecudne muszle [ 22 ]i korale i zaklętym lasem, pełnym zaczajonych dziwów i łąką pełną uśpionych kwiatów — a słońcem, rozbudzającem w jego duszy te wszystkie, czarodziejskie cuda jest życie, jest kobieta i duchy mu pokrewne: Barbey d’ Aurevilly („Les Diaboliques“), Villiers de l’ Isle Adam („Contes cruels“), Przybyszewski („Dzieci szatana“), Mayrink i wspomniani już Oskar Wilde i Poe.

Tak jest dziś, ale już jutro zmiana nastąpić może i nagle olbrzymi talent Ewersa będzie nie misternem echem „ducha czasu“, ale apostołem światoburczego „jutra“.

Ewers poświęcił całą swoją duszę pracy literackiej dopiero koło roku 1900, to jest w czasie, gdy jako „conferencier“ wygłaszał na „nadscence“, założonej przez słynnego Wohlzogena, swoje ucieszne, do spółki z Etzelem napisane bajki.

Plon jego dotychczasowych prac pokaźny: tom poezji p. t. „Moganni Nameh; kilka dotąd niegranych dramatów i moc powieści, nowel i bajek. [ 23 ]Światową sławę zdobyły mu powieści: „Alrauna“, tłumaczona przez Przybyszewskiego i „Wampir“.

Dużo też czytane są jego diarjusze z podróży po Włoszech i Indji: pierwszy z nich ma tytuł „Wła    oczyma“, drugi „Indje i ja“.

Nowele, które z następnych stronic tej książki, pewno uniosą dusze czytelników w swój tajemniczy krąg, należą do najnowszych prac Ewersa, wydanych pod zbiorowym tytułem: „Żydzi zJeb.“ W każdej z tych drobnych opowieści dziwy są, których sugestji, omotującej znienacka, nie łatwo się oprzeć. I trudno rozstrzygnąć, która z tych niesamowitych historji bardziej uwagę przykuwa i nerwy bardziej podnieca, trudno rozstrzygnąć, bo każda z nich, każda w równej mierze, jest małem arcydziełem, podbijającem czytelnika dziwnie wyrazistą plastyką i głębią matematycznie ścisłej analizy nieszczęśliwych dusz. Niektóre, nieraz brutalne, jaskrawości tych opowieści, to przywdziana dla „gruboskórców“ [ 24 ]maska, pod którą kryje się miłość ludzkiego plenienia.

Łucjan Frank Erdtracht.




Info icon 001.svg#licence info


Public domain
This work is in the public domain in the United States because it was first published outside the United States prior to January 1, 1925. Other jurisdictions have other rules. Also note that this work may not be in the public domain in the 9th Circuit if it was published after July 1, 1909, unless the author is known to have died in 1949 or earlier (more than 70 years ago).[1]

This work might not be in the public domain outside the United States and should not be transferred to a Wikisource language subdomain that excludes pre-1925 works copyrighted at home.


Ten utwór został pierwszy raz opublikowany przed dniem 1 stycznia 1925 r., i z tego względu w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej znajduje się w domenie publicznej. Utwór ten nadal może być objęty autorskimi prawami majątkowymi w innych państwach, i dlatego nie zaleca się przenoszenia go do innych projektów językowych.

PD-US-1923-abroad/PL Public domain in the United States but not in its source countries false false