Bogowie/całość

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leopold Staff
Tytuł Bogowie
Pochodzenie Dzień duszy
Data wydania 1908
Wydawnictwo Księgarnia Polska B. Połonieckiego / E. Wende i Spółka
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów, Warszawa
Źródło Skany na Wikisource
Inne Cały tomik
Indeks stron

[ 157 ]BOGOWIE



[ 158 ] [ 159 ]DRWAL



W święty sad, osypany kwietnym puchem wiosny,
Z ostrym toporem wchodzi drwal silny, ogromny,
Pochmurną powinnością hartowny, niezłomny,
Choć w cichych oczach łka mu mrok troski żałosnej.

Na starą jabłoń, sadu bożyszcze odwieczne,
Spojrzy, smutny, że niegdyś zdrowymi owocy
Pokolenia żywiąca, dziś — uschła w niemocy
Bezpłodnej — pod wyroki dana jest konieczne.

Martwe drzewo rozpacza nagiemi ramiony.
Więc drwal mchów jego świętej siwiźnie pokłony
Daje korne (wiatr, gędźbiarz sadów, żal zawodzi),

Pożegnalne całunki na dobry pień kładzie
I wznosi w górę topór... Hej! I w moim sadzie
— Zaprawdę wam powiadam — padnie, co nie rodzi!



[ 160 ]ORACZ.



Jedna ogromna chwila przeniknięcia siebie
Jasnowidzeniem nocy mej przedarła głusze
I zakląłem się święcie na mą młodą duszę,
Że nie ustanę w drodze! Jak słońce na niebie!

I podjęciem zuchwałej pracy chęć swą korcę,
Aby ugornych łanów swych jałowe smugi
Przetrząsnąć aż do głębi cierpliwymi pługi
I wszystkie dni swe trawię na wytrwałej orce.

Aż raz o świcie lemiesz mi o głaz się zatnie
I wyrzuci z pod skiby, trącon dłońmi memi,
Jakieś kamienne, dawne, święte pogan Bogi...

Spojrzę, a w głaźnych twarzach lśnią uśmiechy bratnie
I cieszę się, wspomniawszy swej świątnicy progi
Sieroce, żem im Bogi — wydobył ze ziemi.



[ 161 ]LATO.



W wieńcach pszenicznych kłosów, z złotym sierpem w dłoni,
Ciosane w głazie twardą, surową robotą
Stoją me Bogi, dumne szlachetną prostotą
A cisza o dojrzałych zbóż gwarzy im woni.

Gotując mi czcigodnych urodzajów święto,
Brzemienne ciężkich plonów powagą dostojną:
Błogosławieństwem pieczy darzą mą skroń znojną,
Łaską swą dobroczynnie słońcem uśmiechniętą.

I jestem dziś pogodny, jak siewca najkrzepszy,
Bo jeden dzień mych trudów od drugiego lepszy
A słońce gna mnie w pracę dobrą, złotą chłostą

I pocałunki swoje ojcowskie, kapłańskie
Sieje w serce. — O, lato ty moje pogańskie!
Że też to wszystko stało się tak dziwnie prosto!...



[ 162 ]DARY.



Smutna duma wybrańców z chorem śmierci piętnem,
Kwiat przy każdym powiewie przeczuleniem mrący
Pośmiewiskiem się mojej sile stał płonącej,
Co w złotem sercu słońca kipi żyda tętnem!

Nieszczęśliwego Boga, sen miony trwóg głuszą
— O, nowe bóstwa szczęścia! — Syna ciemnej męki
Całunkiem żegnań zdradzam mocom waszej ręki!...
I Bogi się starzeją, a więc umrzeć muszą!

A zapłać wam Los możny, żeście w mrok mych dziedzin
Zeszły uśmiechem słońca: za waszych odwiedzin
Proste dary, za dzielne i krzepkie gościńce;

Żem w sobie śmiechy znalazł huczne i szaleńcze,
Dobre serce i pyszne junactwo młodzieńcze:
Silnego o bronzowem ciele barbarzyńcę!



[ 163 ]STRAŻE.



Wychowywał mnie twardy trud, mój Bóg domowy. —
Położył mi na karku ciężką pięść ojczyma,
Lecz w duszę siał mi ognie złotemi oczyma
A nocą patrzeć kazał w mądre oczy sowy..

Hej! Zaprzągłem do pługa parę białych wołów,
Święty swój gaj granicą czarnoziemnej skiby
Oborałem! Nie wejdą do mojej sadyby
Upiory, miód i pszenny chleb kraść z boskich stołów!

Dziś z śmiechem patrzyć umiem w jasne słońca oczy!
Nie znam dłoni, co skroń mą do ziemi przytłoczy,
I nie rozumiem, co to poddać się lub ulec.

Bom schroni swojej straże rozstawił naokół:
Przypomniał swój dziób krzywy mój niezlękły sokół
I krzywe szpony począł ptak siły, krogulec...



[ 164 ]NIENAZWANY.



Na gruzach starych bożnic wzniosłem wśród rozwalin
Omszonych posąg Boga... Szorstkie i chropawe
Ma kształty, lecz go trudy uświęciły krwawe,
Wklęte w oplatający go krzak dzikich malin.

A biała dusza moja przyszła w złote rano
— Kapłanka utopiona snem w wiecznej zagadce —
Czcić Boga, w którym sobie podobała władcę,
Święcąc mu swych dziewiczych splotów złote wiano.

Lecz miano Pana mego me głębie milczące
Ukryły w mrokach tajni... Nie obudzę dzwonów,
By imię Jego wkuły jękiem spiżu w słońce!

Bowiem jedyne godne Wielkich Bogów imię
To życie ich wyznawców i waga ich plonów!
O, życie moje! Bądź mi święte i olbrzymie!




Info icon 001.svg#licence info


Public domain
This work is in the public domain in the United States because it was first published outside the United States prior to January 1, 1924. Other jurisdictions have other rules. Also note that this work may not be in the public domain in the 9th Circuit if it was published after July 1, 1909, unless the author is known to have died in 1948 or earlier (more than 70 years ago).[1]

This work might not be in the public domain outside the United States and should not be transferred to a Wikisource language subdomain that excludes pre-1924 works copyrighted at home.


Ten utwór został pierwszy raz opublikowany przed dniem 1 stycznia 1924 r., i z tego względu w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej znajduje się w domenie publicznej. Utwór ten nadal może być objęty autorskimi prawami majątkowymi w innych państwach, i dlatego nie zaleca się przenoszenia go do innych projektów językowych.

PD-US-1923-abroad/PL Public domain in the United States but not in its source countries false false