Page:Umiński - Wygnańcy.djvu/65

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.



W każdem jej słowie dźwięczała srebrna nuta szczerości, pan Stanisław nie mógł się dopatrzeć ani śladu udawania tak pospolitego u panien, z któremi dotąd miał do czynienia, nie wyłączając panny Wandy.

Widocznie ta dzieweczka nic sobie nie robiła nietylko z niego samego, pana Stanisława, ale nawet z całego świata.

Spoglądała mu w oczy prosto, śmiało, jak człowiek, niemający nic do ukrywania, czysty w najgłębszych zakątkach duszy.

— Jest pani wieśniaczką, ale w najlepszem znaczeniu tego wyrazu.

— Chciałabym pozostać nią przez całe życie.

— Kto pani tego zabrania? Niech pani zawsze stara się być sobą i tylko sobą. Powiadają, że wielcy ludzie dlatego są wielkimi, że mają na to dość odwagi.

— Pragnęłabym, ale...

— Ale? — podjął Chojowski.

— Ale sobą potrafię być tylko tutaj, na wsi, w Kołatach. Gdzieindziej musiałabym się zmienić. Czuję to doskonale, choć sama nie wiem, jakby to panu wytłómaczyć. Ot zdaje mi się, żem przyrosła do wsi, tak jak ten mech do kamienia, albo ta brzoza do pagórka.

— Rozumiem panią, rozumiem, — przerwał żywo Chojowski, — pomiędzy nami a rzeczami ukochanemi, temi, które ciągle nas otaczają, nawiązują się z czasem jakieś niewidzialne nitki...

57