Page:Umiński - Wygnańcy.djvu/51

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.


albo nawet trzystu laty. Napotykałeś tam na każdym kroku jakieś ślady dawno minionej przeszłości, tu w cieniu lip czerwieniła się granitem skandynawskim ciężka kuta ława, a przed nią niski, solidny o grubym blacie stół kamienny, dalej pomiędzy bujnemi bzami sterczała kolumna, albo obelisk, zzieleniały od porostów. Trochę na boku z pod lebiody, piołunów, łopianów i pokrzyw, wyglądały fundamenty oddawna zrujnowanego budynku, którego przeznaczenia daremnie starałbyś się odgadnąć.

Niegdyś mieszkali tu znać ludzie wielkich środków materyalnych i wyższej kultury, rozmiłowani w pięknie i przywykli do dobrobytu. Dziś jednak ta pańska rezydencya pochyliła się gwałtownie do upadku. Na ścianach pałacu szarzały plamy i zacieki, okna z połatanemi i iryzującemi od starości szybami, spoglądały melancholijnie w głąb alei, jedna z kolumn utraciła kapitel, wyzłocone dawniej kraty balkonu, czerwieniły rdzą, pomiędzy dachówkami widniały szpary, pozatykane wiechciami słomy, tu i owdzie z pod tynku odpadłego wskutek wilgoci, świeciły cegły.

W dużych kamiennych wazonach, zamiast starych agaw, rosły szkarłatne begonie, park zaś nosił na sobie cechy pewnego zaniedbania, nieodzownego następstwa oszczędności. Gazony niewystrzyżone, pokryły się mozajką barwną jaskrów żółtych, dzwonków fiołkowych, i puchów nasiennych wszędzie pospolitych mniszków. Ławki drewniane wypróchniały, uboczne ścieżki, rzadko gracowane, zieleniły się trawą, a miejscami ginęły bez śladu.

43