Page:Umiński - Wygnańcy.djvu/50

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.


w złotej fali porannego słońca, aż do starego krzyża drewnianego, wyciągającego ku niebu spróchniałe ramiona. Ukłękła pod nim ze złożonemi dłońmi, jak dziecię odmawiające pacież pod okiem matki.

Młodzieniec wsparty o chylący się do upadku płot, w ukryciu jerzyn, berberysów i głogów, wpatrywał się w tę dziewiczą, pogrążoną w modlitwie postać, pełen przypuszczeń. Nie potrafił sobie wytłómaczyć, dlaczego ta młoda osoba błądzi o świcie dnia letniego w samotniach, dlaczego zerwała się tak rano, co wyciskało jej łzy z błękitnych oczu, jakie niewidzialne nici łączyły ją z przedmiotami, na których składała pocałunki, jakie uczucia zaprowadziły ją pod krzyż, i złożyły pobożnie ręce? Zaczynał się domyślać, że w tym miłym zakątku, oderwanym od szerokiego świata, szaleją niewidzialne dla obcych burze, że pomiędzy drzewami starego parku i grządkami kwiecia pełzają jadowite węże smutku i rozpaczy.

Przepełniony szacunkiem, jaki uczuwa każdy dla ukrywającego się bólu, pan Stanisław oddalił się w przeciwną stronę, zadumany.

Mijając dwór od strony ogrodu, zatrzymał się. Był to dom murowany ozdobny, noszący na sobie piętno stylu odrodzenia, kryty spleśniałą od starości dachówką, budowany znać przez ludzi zamożnych, może nawet bogatych i wrosłych z korzeniami w swój szmat ziemi.

Wszystko świadczyło, że jego właściciel stawiał go nietylko dla siebie, ale i dla następnych pokoleń. Dwie kolumny jońskie podpierały balkon frontowy, na którym przebłyskiwał szczątkami złota i błękitu zatarty herb. W parku rosły stare drzewa, sadzone przed dwustu

42