Page:Umiński - Wygnańcy.djvu/42

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.



Odetchnął z głębi serca, kiedy Żyd odwrócił się mówiąc:

— Jesteśmy panie w Kołatynie.

Las skończył się nagle i przeszedł w świeżą porębę... Białe, świeże jeszcze pieńki szczerzyły drzazgi do księżyca, niby trupie czaszki. Pozostawione na siew sosny płakały zwieszonemi smutnie gałęziami nad tem pobojowiskiem, ziemia niby skromna dziewica, z której brutalna ręka zdarła sukienkę, daremnie starała się ukryć swą nagość podszyciem z jałowców, paproci i borówek, pożółkłych od słońca.

— Wyciął las barbarzyńca, — myślał zniechęcony pan Stanisław. — Cóż to za wieś bez lasu!

Niebawem jednak poręba skończyła się, ukazały się drzewa otaczające dom i wózek przemknąwszy się przez lipową aleję zatrzymał się przed gankiem, tonącym w dzikim winie.

Dookoła panowała cisza tylko psy na wsi, usłyszawszy turkot, ujadały zdaleka. Podszedł do wózka stróż nocny i zaczął się z chłopską podejrzliwością przypatrywać późnym gościom.

— Panoczek do kogo niby? — zagadnął. — Dziedzić dawno śpi, ale dziedziczka jeszcze nie, bo się u niej świci.

— Kawał drogi od was do kolei, — tłomaczył się pan Stanisław. — Idźno, mój stróżu kochany i daj znać, że gość z Warszawy, znajomy pana Zgórskiego. Znasz pana Zgórskiego, co?

34