Page:Umiński - Wygnańcy.djvu/34

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.



— Dziękuję, bardzo dziękuję... — bełkotał.

Siedząc w szumiącym i pryskającym parą pociągu, pan Stanisław rozmyślał o tem wszystkiem, co pozostawił w Warszawie. Ludzie i rzeczy, teraz kiedy już na nie nie patrzył, wydawały mu się cokolwiek piękniejszemi.

Nie spodziewał się takiego postąpienia ze strony szefa, uważał go zawsze za skąpca, a obecnie przekonał się, że pan Józef bywa wspaniałomyślnym nawet... Płatny urlop, a do tego gratyfikacya. Nigdy nie spodziewał się tego po nim!

Ogarniała go jakby wdzięczność. W uczuciu tem niemałą rolę odgrywała panna Wanda. Ciągle mu brzmiał w uzach jej okrzyk, w chwili kiedy padał zemdlony. Nie wiadomo dlaczego, ale pan Stanisław był przekonany, że w tym okrzyku znajdowało się coś więcej nad zwyczajne współczucie dla kolegi biurowego. Tak by się nie zachowała kobieta całkiem obojętna! Potem te oczy niebieskie, Zmącone niepokojem i wpatrzone w niego... Te włosy złote, muskające pieszczotliwie jego czoło, gdy leżał na fotelu!... te białe przezroczyste ręce, dotykające go tak miękko, tak kojąco, tak dziwnie błogo... Nie mógł pozbyć się wrażenia, które tkwiło w nim głęboko, a teraz dopiero uświadamiało się coraz bardziej. On nie miał dotąd czasu myśleć o czemś podobnem... zwracać uwagi na swoje wrażenia, analizować ich... Ale teraz czuł, że ta porcelanowa, subtelna twarzyczka patrzy na niego ciągle niebieskiemi, zmąconemi niepokojem źrenicami, w których było coś więcej, oprócz współczucia... Czyżby panna Wanda

26