Page:Umiński - Wygnańcy.djvu/10

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.



Pan Stanisław odetchnął swobodnie i usiadł w dużym, głębokim fotelu, w którym spędzał akurat pół życia, czyli po dwanaście godzin na dobę.

Na biurku, pod ordynarnym przyciskiem z marmuru chęcińskiego, leżał, jak zwykle, cały stos papierów do załatwienia. Były to listy z niewyraźnie wypisanemi obstalunkami, faktury, frachty pośpieszne i zwyczajne reklamacye: a obok tego wszystkiego żółciły się płócienne grzbiety grubego „dziennika“ „księgi głównej“ i kilku „pomocniczych,“ choć nie o wiele mniejszych.

Pana Stanisława ogarnęło nagłe zniechęcenie, graniczące ze wstrętem. Zamiast wziąć pierwszy lepszy papier, przysunąć firmowy blankiet i umaczać stalkę w pękatym kałamarzu, siedział nieruchomie. Rozpacz go brała na myśl, że znowu musi pisać listy, równobrzmiące z temi, jakich setki wysłał wczoraj, przed miesiącem, przed rokiem, że musi wystawiać te same ceny i nazwy artykułów na fakturach, przeprowadzać po raz tysiączny te same pozycye przez czyste, polinjowane jednakowo kartki ksiąg buchalteryjnych. Zazwyczaj odbywał te wszystkie czynności na wpół świadomie, prawie automatycznie, znał bowiem na pamięć cennik i zdołał sobie wbić w głowę parę tysięcy najdziwaczniejszych nazwisk z „księgi różnych.“ Dziś jednak wbrew nawyknieniu, ręka i głowa, zawsze posłuszne, stawiały opór.

Po długiej walce pan Stanisław uczynił wysiłek i sięgnął po leżący na wierzchu pliki list.

2