Page:Umiński - Wygnańcy.djvu/9

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.


Pan Stanisław, buchalter fabryczny, zamiast obudzić się, jak zwykle, o szóstej, wstał dopiero o siódmej i dla tego o całe pół godziny spóźnił się do kantoru. Biegnie więc szybko chodnikiem, trzymając papierosa w anemicznych wargach i stara się zbadać w duchu przyczynę tej senności, jaka go trapi od pewnego czasu. Sypia, co najmniej, po siedm godzin na dobę, a jednak czuje się ciągle ociężałym, wyczerpanym i często, wbrew naturze, ogarnia go niepokonane lenistwo. Jest przytem rozdrażniony, bo turkot dorożek po wyboistym bruku targa mu formalnie nerwy; biegnąc, potrąca ludzi i ma wielką ochotę uderzyć w koronkowy czepiec tłustej baby, która mu zagrodziła drogę.

W pół do ósmej... Zastanie znowu w kantorze swego rumianego szefa, który wprawdzie nie robi żadnych wymówek spóźniającym się współpracownikom, ale za to chrząka znacząco, wyjmuje powoli swój piękny, złoty zegarek i porównywa go z regulatorem, wiszącym nad biurkiem.

Panu Stanisławowi taka niema scena sprawia zawsze niewysłowioną przykrość i odbiera mu apetyt na cały dzień, przeklina więc swą ociężałość i obiecuje sobie z pierwszych pieniędzy kupić budnik, aby uniknąć opóźnień.

Na szczęście jednak biurko dębowe pryncypała jeszcze nie zajęte, wyjątkowo nie ma nawet kasyerki, panny Wandy, a magazynier znać tylko co wszedł, bo nie zdążył zdjąć palta.

1