Page:Staff - Tęcza łez i krwi.djvu/50

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.


Wiozące rannych —
I wśród gonitwy wściekłej, oszalałej,
Raz wraz pędzące na miasta obwody,
Z przeraźliwymi, dzikimi sygnały,
Wojskowe samochody.

Aż oto pewnego rana
Pierwszych przechodniów zdumieniem uderza
Najgłębsza zmiana!
Oko samemu sobie nie dowierza:
Miasto jak gdyby wymarło,
W ulicach cisza śmiertelna...
Nigdzie żołnierza...
Dział ani słychu... Coś ściska za gardło...
Myśl, od radości tajnej nierozdzielna,
Odurza, jak haust wina...
Chwila jedyna!
Niema jarzma! Wreszcie!...
Górne, niechwytne nadzieje!
Ulga niezmierna i nowość!

Myśl przytomnieje...
W powietrzu jakaś dziwna tymczasowość...
Nieuprzątnięte place w mieście,
Ulice pełne śmieci, prochu...
Jakieś wzruszenie, wiew popłochu
Przestrzeń przenika...
Dostać języka!


46