Page:Lechoń Rzeczpospolita Babińska.djvu/74

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.


To wstyd, to despekt! hańba! U samiutkiej góry
Wszystko dzisiaj jest w rękach, co macały kury:
Politykę, oświatę, jak chce sobie smaży,
Niedługo będzie biła ministrów po twarzy,
Głowę dam sobie uciąć, niech się w palec zatnę,
Jeśli robót publicznych nie zmieni w prywatne.
Nie wie nawet, gdzie Cieszyn, ledwo, ledwo mnoży,
Ala zato popatrzcie, gdy zasiądzie w loży:
Chciałbym widzieć orkiestrę, co nie wyrżnie tuszem,
Takiego, co nie będzie machał kapeluszem;
Do papieżaby poszła, a został bez pracy....
I dziwić się, że krzyczą: „Niech żyje Ignacy“!

Darmozjadów, drągali, aferzystów, kupców,
Na najpierwsze urzędy pcha największych głupców.
Tancerzy do przemysłu, muzyków do wojny,
Gdyby wiedział Massaryk, toby spał spokojny.
Jeszcze parę lat tego, a będzie „finita“:
Już teraz jest „Rzecz Babska“ a nie „Pospolita“.

Rozumiem, że mogłaby być światu bez ceny,
Do niej mogliby zsyłać, nie świętej Heleny,
Mogłaby straszyć dzieci, grać za sceną grzmoty;
Czyż wreszcie niema w Polsce forsownej roboty,
Szycia, prania, froterki? Dom płonie, czas nagli,
A daćby raz jej w darze narodowym magli!
Niech plotkuje, niech waśni, o to przecież mniejsza,
Niech będzie Ignacowa — lecz nie najjaśniejsza!

Każda inna Helena szyje, zmywa, pierze:
Ta jedna albo w Zamku, albo w Belwederze.
Najważniejsze papiery ma pod swoją stratą,
Najciemniejsze figury włażą i wyłażą,
Same stare, bezpłodne baby naokoło:
Do djabła! Gdy warjować — to choć na wesoło.

— 72 —