Page:Umiński - Wygnańcy.djvu/92

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.



— Co to jest? — zagadnęła.

— Wszystkie stare drzewa tak poznaczono, — odparł pan StaniSław, — zapewne i lipę zamierzają obalić.

— Nie wie pan kto?

— Zdaje mi się, że wiem. Wawrzyniak, bom go widział tutaj dziś rano. Mówił mi, że to jemu dostanie się grunt, znajdujący się pod parkiem, jemu i Kowalskiemu.

— Napewno pan to wie?

— Tak słyszałem, zresztą może się mylę.

W nachmurzonych źrenicach panienki zajaśniała radość.

— Dziękuję panu, — rzekła.

Szli dalej boczną aleją, napotykając na każdym kroku ślady gospodarki chłopskiej. Dumne jawory, rozłożyste klony i lipy, pod cieniem których przepędzały znojne chwile całe pokolenia Olaskich, niebotyczne świerki, wskazujące zdala drogę do dworu, miały się niebawem zamienić na stos okrąglaków, a następnie na niskie chałupiny, gdzie wegetuje nieuświadomiona nędza.

Długoletni dorobek, ulepszenia w gospodarstwie, budynki murowane, a wreszcie ten piękny pałac — kolebka i siedziba szlacheckiej rodziny o świetnych tradycyach, setki rozmaitych urządzeń, o których się nawet nie wspomina, wszystko to cofało się przed nawałą, toczącą się z siłą żywiołową i obalającą zarówno pałace jak drzewa i skały. Park, ulubione miejsce panny Ludmiły, padał pod siekierą, i maluczko, a na jego

84