Page:Umiński - Wygnańcy.djvu/56

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.


jeszcze w dodatku! Rolnicy nasi gospodarować nie umieją! On potrafi, psia krew! Pewnie sam na wsi nie był i żyta od pszenicy nie odróżniłby, jak bym go na pole wyprowadził. Żyto tanie, że poprostu produkcya się nie opłaca przy drożyźnie robotnika, który zagranicę ucieka! Czasami sobie już myślałem, żeby wszystko na pastwisko zamienić i krowy paść, czy ja wiem!? Nabiał? A co z nim robić, niech mi kto powie? Do Warszawy wozić? A kolej gdzie? O trzy mile! Czegom ja już, panie łaskawy, nie próbował! I koniczynę na nasienie siałem i buraki na kawałku lepszym plantowałem i miętę pieprzową i cykoryę i chmielarnię nawet założyłem! Albo bydło! Przypuszczam, że się i ma coś, to komu sprzedam, kiedy granica zamknięta? A u nas takie ceny dają, że się nie opłaca. Czasami człowiek, przeczytawszy takie oto bazgroty, nie wie sam co o sobie trzymać. Chyba, żem z instytutu wyszedł głupi! Bo teraz panie byle młokos, byle żydziak, za człowieka nie ma rolnika! Kiedy ojciec mój umarł, dostałem nie wiele co prawda, ale bez grosza długu, resztki z fortuny pańskiej, trzydzieści włók zaledwie! Wróciłem właśnie ze szkoły agronomicznej. Zakasałem więc rękawy i powiedziałem sobie: „Nie dam się, będę pracował, będę oszczędzał, a nie dam się!“ Jak żyłem, niech moi sąsiedzi powiedzą panu. Sam nie dosypiałem i ludziom spać nie dałem, nie dojadłem, stosunki z ludźmi pozrywałem, żeby wydatków nie mieć daremnych, dziecko oto samem w domu uczył z żoną, chodziłem gorzej od karbowego odziany, z ekonomem w polu cały dzień siedziałem i parobkom na ręce patrzyłem, aż mnie znienawidzili. Żyłem po prostu jak barbarzyńca, wszystkiegom sobie odmawiał, nawet fajkę rzuciłem! A on tu mi o hulankach po jarmarkach gada, kanalia. A gdzież to teraz

48