Page:Umiński - Wygnańcy.djvu/45

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.



Westchnęła i drżącym głosem mówiła dalej:

— Książki także pan znajdzie, bo moja córka lubi czytać. Trochę stare, to prawda, bo w ostatnich czasach trudno było łożyć na uzupełnienie biblioteki, ale może pan przejrzy. Zresztą jeżeli panu potrzeba wypoczynku, to i czytać nie będzie pan wiele. Może jeszcze jajecznicy panu usmarzyć? Nie? Pokój już gotów. Na górze pana umieszczę, okno na ogród wychodzi, cicho tam, na dole zaś nie zawsze spokojnie. Róziu, odprowadź pana!

Pierwsze lody, których najbardziej się obawiał zdenerwowany młodzieniec, pękły. Nareszcie jest na wsi, na wsi! Radość dziecinna opanowała go, zaczął gwizdać jakąś piosenkę, niewiadomo gdzie zasłyszaną, szybkim ruchem otworzył okno i wpuścił strumień światła. Co za rozkosz! Gwiazdy podzielają jego zachwyt, mrugając mu przyjaźnie z ciemno-błękitnego firmamentu, promienie księżyca całują mu znużone czoło, na którem życie zdołało zarysować już niejedną zmarszczkę, wietrzyk pieści skronie i rozdmuchuje włosy, a tam za błyszczącą jak żywe srebro powierzchnią stawu, jak okiem sięgnie, przestrzeń wolna, przestwór, do którego od tak dawna tęsknił. Jutro nie trzeba Śpieszyć się do kantoru, nie potrzeba wstawiać pozycyi do księgi głównej, nie potrzeba pisać idyotycznych listów! Co za rozkosz!






37