Page:Umiński - Wygnańcy.djvu/40

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.



— To tutaj, — pomyślał pan Stanisław, zatapiając wzrok w gąszczu lip, akacyi i bzów, w którym błyszczały bielone ściany dworku.

Doleciał go wraz z wilgotnemi wyziewami stawu omdlewający, subtelny zapach bzu i przeniknął mu aż do głębi płuc... Bryczka toczyła się teraz pomiędzy smukłemi topolami, strzelającemi w niebo gwiaździste. Niżej, nad strugą rozciągały się obszerne łąki, na których falowało w niewyczuwalnych podmuchach morze mgły...

— To Brzozówka, — powtarzał sobie pan Stanisław. Oczy jego błądziły po snujących się w ciszy nocnej mgłach, które przybierały fantastyczne kształty...

Nagle zdawało mu się, że na tem subtelnem jeziorze przesuwa się jakaś postać kobieca... Kroczy wolno ku młynowi i dworkowi ukrytemu w cieniu bzów woniejących i wyciąga blade ręce ku niemu... Pan Stanisław sam nie wiedział dlaczego ta powiewna mara była podobną do córki Zgórskiej, tej kasyerki, co to musiała przesiadywać do późna w cukierni... W każdym razie była to kobieta... młoda, lekka jak mgła, po której stąpała cicho... cicho... O, właśnie wiatr przyniósł jej westchnienie tęskne, rozpaczliwe i rozganiając kłęby pary drżącej, poleciał z niem w stronę dworku białego...

Czyżby ta nieszczęśliwa dziewczyna miała umrzeć w tej chwili?

Pan Stanisław czuł, że jakiś dreszcz dziwny przenika całą jego istotę. Co za niedorzeczność! A jednak postać się zbliża! dochodzi do mostu! Co to? chór żab zamilkł odrazu? Ah! teraz zrozumiał!

32