Page:Umiński - Wygnańcy.djvu/38

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.


dusza; jest rośliną, którą brutalna nieświadoma ręka przesadziła z macierzystego gruntu na skałę nagą...

Wózek kołysał się na wybojach polskiej drogi. Drzemiący na koźle żyd, budził się za każdem silniejszem wstrząśnięciem i cmokał na szkapy okazujące chęć do poskubania trawy... Pan Stanisław nie naglił, bo mu było dobrze w tem osamotnieniu. Nie czuł się zresztą osamotnionym, otaczali go dawni i dobrzy znajomi. Kłosy zbożowe pochylały ku niemu główki i kłaniały się uprzejmie niemal do samej ziemi, jak dawno niewidzianemu panu, z radości aż się chwiały i trącały wzajemnie wąsikami, powtarzając: Wraca, wraca! Olchy szeleszczące cicho słodkiemi liśćmi nad pomykającemi chyłkiem w trawie i sitowiu strugami wyciągały do niego cieniste gałęzie, jak kochające ramiona... Nawet poważne sosny w lesie szumiały i pochylały swe sztywne czoła ku niemu, pokazując sobie starego znajomego, który pacholęciem jeszcze biegał u ich stóp i wdychał ich woń żywiczną... Dzieci igrające boso w brudnych koszulinach pomiędzy opłotkami, uśmiechały się do niego przyjaźnie i wydawały wesołe okrzyki biegnąc za bryczką.

Godziny mijały, wreszcie zapadła noc majowa pełna tajemniczych szmerów, wpółprzezroczystych cieniów, woni nie dających się określić, ale upajających jak najwyszukańsze zapachy, któremi perfumują się piękne młode i ponętne kobiety... Księżyc oblewał niwy powodzią rozmarzającego światła, które srebrzyło dna rowów i zamieniało je na wielkie kryształy... Młodzieniec otulony w płaszcz, oparł się o niską krawędź bryczki i zatapiał wzrok w migocącą dal, jakby chciał wypa-

30