Page:Umiński - Wygnańcy.djvu/295

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.


nieokreślonemi woniami, zamieniając się w morze balsamów. Wdychali je Szeroko roztwartemi ustami oboje, goniąc spojrzeniami uciekający dzień ich odrodzenia. Nagle Ludmiła zatrzymała się na skraju ogrodu i wskazała swemu towarzyszowi tonący w różowej sukience krzak.

— Patrz! — zawołała radośnie — nasze ciernie zakwitnęły!

Podbiegła do kolczastej rośliny i namiętnie, nie bacząc, iż kaleczy sobie palce, zrywała jednę gałązkę po drugiej. Potem usiadła przy mężu i zaczęła wić z tych kwiatów koronę, wielką, wspaniałą.

— Nachyl się — mówiła szeptem — nachyl czoło, niech ci je uwieńczę. Widzisz, zakwitły te martwe napozór gałązki, nowe wstąpiło w nie życie! Nie bój się, nie wycisną ci teraz ani kropelki krwi, bo krążą w nich soki świeże, wiosenne. O, jak ci pięknie w takim stroju, wydajesz mi się innym, lepszym, szlachetniejszym, bardziej moim! Daj usta!

Poddał pokornie swą zmęczoną głowę i patrzył poważnie, ze łzą szczęścia w oku, na słońce tonące w krwawych, gorejących objęciach nieba. Jutro wstanie dla niego dzień nowy, błogosławiony, brzemienny lepszą, promienniejszą przyszłością.






287