Page:Umiński - Wygnańcy.djvu/14

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.



Wiosna, w swym tryumfalnym pochodzie wtargnęła aż na zadymione fabryczne podwórze, pomiędzy podrapane oficyny, i subtelnem dotknięciem zbudziła mizerne krzewy bzu, trawionego dymem, i jasno zielone pędy lilii, wyglądające nieśmiało z pod ziemi, usianej kawałkami szkła i tynku... Wszędzie czuć było jej oddrzający powiew...

Pan Stanisław przymrużył powieki i rozkoszował się błogiem ciepłem promieni słonecznych, przeglądających przez powieki. Dusza zatrzepotała mu się jak ptak i ueciała myślą daleko, po za mury wielkiego miasta, na rozmajone pola, nad pachnące, rozgwarzone asy...

Drzwi od kantoru skrzypnęły. Buchalter obejrzał się, zamiast jednego pulchnego i rumianego oblicza pryncypała ujrzał uśmiechniętą, bladą twarzyczkę kasyerki, panny Wandy, mówiącej mu dzień dobry.

Zawstydzony, upadł na fotel, porzucił niedbale bukiecik bzu na poplamione biurko i wziął machinalnie pióro.

Kasyerka, powiesiwszy wytartą pelerynkę, zbliżyła się i podała mu dłoń, jak koledze.

— Bez! — krzyknęła radośnie, ujrzawszy bukiecik. — Czy z ogródka?

Pan Stanisław kiwnął głową. Chciał wręczyć pannie Wandzie bukiecik, ale w myśli jego wzbudziło się nagłe wspomnienie i powstrzymał się. Jego ruch nie uszedł jednak uwagi kasyerki, bo niebieskie jej oczy spoważniały. Odwróciła się szybko i zajęła swe miejsce przy stoliku, obok ciężkiej, ogniotrwałej kasy, z poza której wyglądała jej delikatna twarzyczka, ujęta w ramkę bronzowo złocistych włosów.

6