Page:Staff - W cieniu miecza.djvu/150

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.


Klątwa, jak głodna suka z podwiniętym chwostem,
Wyła i własną żałość z krwią zakrzepłą żarła.
Obłęd z bezmyślnym zezem potwornego karła
Chichotał na rozstajach u krzyżów podnóża.
Lecz ma ostroga ostro w brzuch konia się parła,
Którego tętent wściekły, jak szczęście, odurza —
A za mną płaszcz mój czarny na wichrze, jak burza.

Dnie spijałem, jak czasze zwycięstwa upojne,
Noce były pragnieniem nowych czasz i łupów.
Jak chleb, potęgę jadłem i sławę i wojnę,
Aż granicznych na ziemi brakło wkońcu słupów!
Zdobyłem wszystko! Krajów nie stało i trupów!
Morza dodałem lądom, których jest zbyt mało!
Posiadłszy wszystko, brać już nie mogłem okupów,
Wszystko się mojej mocy wszechwładnej oddało,
Wraz z martwego już wroga wbitą mi w pierś strzałą.

Przeszedłszy ziemię, żniwiarz sławy, śmierci siewca,
Konam w poczuciu mocy dumą oszołomnem.
Zgasnę, gdy wyrwę z piersi grot żelazny drzewca,
Lecz zostanę w podaniu świata wiekopomnem.
Pogrzebcie mnie na polu, pod niebem ogromnem,
W ziemi, com był jej gwiazdą, jak słońce w błękicie.
Lecz w dłoń, która władała żelazem niezłomnem,
Miast miecza, włóżcie ziarno pszeniczne mi skrycie,
By z dłoni, co śmierć siała, choć źdźbem wzrosło Życie.



146