Page:Staff - W cieniu miecza.djvu/144

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.


Co serca zdrowe całują ust trądem:
Spadam, jak wyrok, nocą w ich przystanie
I karzę ognia i grabieży sądem,
A skarb złupiony ciskam w zgliszcz konanie,
Bo nic godnego mnie niema w ich mieniu,
Mnie, co mam święte twe, morze, otchłanie,
Klejnocie w ziemi najdroższy pierścieniu.

Złoto w żar ciskam: niech czyści się w żarze,
Bo ich ugiętych czół było obręczą;
Srebro — bo było krawędzią w puharze
Dla ust, co, blade, przysięgą nie ręczą
Za śmiałość miecza; bisior — bo krył łona,
Co nagie winny być dla ran; pajęczą
Tkań złotogłowu, bo na nim uśpiona
Skroń spoczywała, kiedy tysiąc czynów
Czekało, niby dla rąk winne grona,
A w chłodnych gajach dla czół liść wawrzynów.

Przekleństwem ziemi trwoga i nadzieja!
Upadla ludzi nadzieja i trwoga!
Lęk i strach nocą powiek im nie skleja:
Boją się siebie, człowieka i Boga,
Boją się, kiedy ptak z północy leci,
Gdy pies zawyje przeciągle u proga,
Gdy niespokojnie przez sen płaczą dzieci,
Gdy trzaska sucha belka u powały,
Gdy się zaśmieje puszczyk i zaświeci
Ognik na bagnie, jak oni niestały.


140