Page:Hanns Heinz Ewers - Żydzi z Jêb.pdf/55

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.


wolnika. Nawet satrapa Arsames pytał się o ciebie. Był tu dziś wieczór, stał na tem samem miejscu, gdzie ty obecnie stoisz! Czy wiesz, Jehielu, co mi dał na pożegnanie? Dziesięć karszów dla budowy naszej świątyni! I jeszcze dwanaście karszów: cztery karsze dla Jahwy, i po cztery dla Hanaty i Aszimy, bogiń naszych.“

Wesół jak dziecko starzec podniósł woreczek i potrząsł nim w powietrzu.

Jehiel bar Obadja cofnął się o krok, skrzyżował ręce. Brwi jego ściągnęły się, usta się zacisnęły. Potem rzekł po hebrajsku: „Nie ma bogiń, ani Aszimy ani Hanaty.“

Stary nadstawił ucha. „Aszima i Hanat“, zaczął —

Lecz mąż z Judei nie dopuścił go do słowa, przerwał mu i mówił dalej. Jedonja słuchał cierpliwie, czasami tylko potrząsał głową. Pierwsze zdanie zrozumiał, odgadł je po części —— z tego, co posłaniec teraz mówił, nie pojmował ani jednego słowa. Wreszcie, gdy tamten zrobił małą przerwę, zauważył: „Dlaczego mówisz do mnie po hebrajsku? Nie rozumiem tego.“

„Jestto język ojców twych“, odparł Jehiel po aramejsku.