Page:Hanns Heinz Ewers - Żydzi z Jêb.pdf/47

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.


z trudnością dobijała, słyszał okrzyki ludzi okrętowych.

Noc stała się chłodniejszą; stary Jedonja uczuł mróz, podniósł płaszcz swój i owinął się nim. Potem słyszał głosy na dole, na ulicy, poznał głos syna swego.

„Tędy, tędy panie, tu! Teraz jesteś u celu długiej swej podróży!“

Ah, oto przybył — posłaniec z Jerozolimy! Jedonja bar Gemarja modlił się, dziękował Jahwie, Bogowi Niebios. Ludzie z pochodniami tam na dole nie odchodzili, zostali przed domem. I słyszał, jak dokoła drzwi się otwierały, jak ludzie spieszyli na ulice, mężczyźni i kobiety. Przybył posłaniec z Jerozolimy — teraz koniec żałoby pięcioletniej! Jutro — może tej nocy jeszcze — położy się pierwszy kamień!

Jedonja czekał.

Teraz syn jego poprowadził obcego na górę — teraz gotowano dlań kąpiel. Ta kąpiel — jak długo potrwa? Teraz postawiono przed nim jadło i napoje — ah, posłaniec zdziwi się, że tu, na samych kresach państwa, można dostać wina fenicjańskiego, zupełnie jak w Jerozolimie, wina z Sidonu, z wielkiego domu Habdali ben Eljaton.

Usłyszał kroki na schodach wiodących na dach. Ciężkie kroki syna swego — znał je dobrze. A potem inne, lżejsze —