Page:Umiński - Wygnańcy.djvu/59

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.


uczuć! Ba, jest wolnym i nie pracował już od dwóch dni! Oto cała tajemnica. Mój Boże, że też to z człowieka takie zwierzę ordynarne! Byle md popuścić cokolwiek cugli, już zaczyna brykać. Co go w gruncie rzeczy obchodzi ta kasyerka, ani mądrzejsza ani ładniejsza od tysiąca innych, albo ta płaczliwa wieśniaczka?

Niebawem młodzieniec znalazł się pomiędzy drzewami lasu. Owionęła go balsamiczna woń jodeł, igliwia, Żywicy, wysychającej na upale letnim i wilgotnego mchu, ścielącego się szmaragdami, miękkiemi jak aksamit. W jednej chwili zapomniał o pannie Wandzie, o pannie Ludmile, o Olaskim i jego oburzeniu, rzucił się na ziemię i porwany dziką radością psa, spuszczonego z łańcucha, zaczął się tarzać po trawie Z jego gardła wydobywały się stłumione okrzyki, jęki rozkoszne, które zmieszały się z szeptem sosen w jedno westchnienie.

Pierś wznosiła się wysoko, jak nigdy, rozpierana nieznaną potęgą, każdy fibr drgał w nim radością bezmyślną, zwierzęcą, nie dającą się opanowywać niczem.

Las, las, przecież i to dobry znajomy, po którym przez długie. lata rozłąki pozostała niezabliźniona rana.

Rana ta teraz napełniała się balsamem i bolała słodko, rozkosznie! Leżał na wznak, okryty potem, z rozwartemi szeroko ustami i patrzył w bezmiar niebios, rozwierający się nad jego głową. Z tych zawrotnych przepaści spływała na niego nieznana przedtem tęsknota i wycisnęła mu łzę z oczu. Jest sam, zupełnie sam, nie patrzy na niego nikt prócz nieskończoności, nie wpada mu do ucha nic, prócz

51