Page:Umiński - Wygnańcy.djvu/47

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.



Panu Stanisławowi zdawało się, że jest nieograniczonym i wyłącznym panem w tym obszernym ogrodzie, nie dotkniętym jeszcze dzisiaj stopą ludzką. Idąc zatrzymywał się co chwila i wciągał głęboko w piersi tę symfonię zapachów, działających na jego duszę jak balsamy na świeżo otwartą ranę. Usiadł pod rozłożystym krzakiem rozkwitającego jaśminu i spoglądał przed siebie, tam gdzie z po za zasłony wiązów tryskały coraz to potężniejsze, jaskrawsze, gorętsze snopy światła i gasły żarzące się niedawno jak olbrzymie węgle obłoki. Czerwcowy dzień wstawał w całym blasku swej żywotnej potęgi i obejmował w swoje palące uściski senny Świat. W tej powodzi jaskrawego światła pierzchały niepewne kontury jesionów, lip i klonów, oczom zaś otwierała się daleka perspektywa na rzędy owocowych drzewek, stojące równemi szeregami wpośród krzewów agrestowych i porzeczkowych. Pan Stanisław chciał się podnieść, gdy szelest jakiś przykuł go do ławki. Na ścieżce, pomiędzy krzewami bzu zamajaczała smukła postać kobieca, zbliżająca się wolnym krokiem. Gibkie kształty młodego ciała tonęły w fałdach naprędce zarzuconej na ramiona jedwabnej chusteczki, odkrywającej śnieżny, nieśmiało wyglądający z pod rozwartej koszulki biust i okrągłą szyję. Fala jasnych złocistych jak promienie słoneczne włosów, spływała na plecy z pochylonego czoła, zasłaniając twarz. Z pod białej spódniczki wymykały się za każdym krokiem gołe nóżki, w niebieskich pantofelkach. Znać było, że ta postać czuła się samotną tutaj i nie spodziewała się, że ją mogą śledzić czyjeś oczy. Pan Stanisław czuł, że trzeba się ukryć, podniósł się więc cicho i wsunął się w gąszcz jaśminu, aby nie spłoszyć tego pięknego zjawiska.

39