Page:Radosne i smutne.djvu/76

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.

— 72 —

 

tak. Kiedy mi bolszewicy rozbili mieszkanie, przygarnęli nas najzacniejsi przyjaciele, dzieląc się najlepszem sercem i najlepszem winem z przedstawicielami literatury, gdyż i kochany twórca „Sobola i Panny“ rozbił tu swoje namioty. Byliśmy blisko Boga bo na ósmem piętrze, wśród najlepszych przyjaciół i zdawało się, że pognębimy śmierć. Odzież tam! Pewnego dnia nakazuje mi generał domowy, abym się stawił na warcie od godziny 12 do 2 w nocy. Trudno, od tego jest generałem, aby rozkazywał. Zakląłem po żołniersku: „psia-krew“ i poszedłem czuwać. Towarzystwo było pierwszej klasy, gdyż, ku cichej wszystkich radości, łaził z jakąś dubeltówką niedawny wicegubernator, dość miła figura. Drzwi pozabijane deskami, telefon w pogotowiu, dusze pochowane w piętach, miny rzadkie; rozmawiamy cicho, aby nie budzić zła, od czasu do czasu zaś ktoś się haniebnie nieszczerze śmieje, aby innym dodać odwagi, o swojej beznadziejnie zwątpiwszy. Każdy ma nadzieję, że te dwie godziny jakoś szczęśliwie miną i po godzinie zaczynają się wszyscy krzepić. Wtem gwałtowne pukanie do drzwi.

Tak puka tylko śmierć, a w teatrze zawsze stuka tak nieszczęście.