Page:Radosne i smutne.djvu/74

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.

— 70 —

 

młodości baletnik, ataman i coś tam jeszcze, słowem figura z pod ciemnej ukraińskiej gwiazdy, uciekał niedawno, jak zając, teraz wracał ze „sprzymierzeńcem“, który go wkrótce potem, kopnąwszy, zrzucił ze schodów ministerialnej szczęśliwości. Trudno było zresztą zorientować się w tym strasznym, nieszczęśliwym, krwią zalanym kraju, kto kogo chce aktualnie zarznąć, powiesić i spalić, kto ma prawo kradzieży, kto jest ministrem czynnym, kto zaś z ministrów już siedzi na kryminalnej wilegjaturze? W tej chwili jednak, zanim przyszły ministry, rządziły w mieście bandy i opryszki pierwszej wody, które miały nowoczesną broń i stare, narodowe, niezawodne tradycje Gonty i Żeleźniaka. Postanowiło się tedy miasto bronić i nie dać się zarznąć bez protestu.

Każdy dom zorganizował straż, nieustannie czynną, w dzień i w nocy, przyczem pozawierał przymierza zaczepno-odporne z domami sąsiedniemi, które, na odgłos alarmu, zobowiązane były do przyjścia z pomocą domowi napadniętemu.

Ponieważ bohaterstwo mieszkańców było dość problematyczne i mogło się zdarzyć, że spokojny obywatel, postawiony na straży,