Page:Radosne i smutne.djvu/71

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.

— 67 —

 

Trzeba jednakże przyznać że zdobywcy Kijowa była to menażeria szeroko wesoła; każdy taki kacyk, obwieszony nabojami i zasobny, jak arsenał, miał zawsze „narzeczoną“ z zadartym nosem i z fizjognomją uśmiechniętą, rozkosznicę z ustami od ucha do ucha à la Gwynplain Wiktora Hugo, i woził ją pędem w automobilu, ryczącym z uciechy. Czasem, dla zabawienia dzieweczki, strzelał w okno kamienicy, czasem kupował jej cały magazyn perfum za dziesiątki tysięcy rubli, albo urządzał ucztę w najbardziej wyzłoconej restauracyjnej sali.

Szara czerń bawiła się w inny sposób. Wypatrywała największego magazynu z winami, który przezornie był zamknięty na głucho, co dla ludzi wyzwolonych i gardzących przesądami zachodnio-europejskiemi stanowiło dziecinną przeszkodę. Stawali sobie dobrzy mołojcy półkolem i wśród serdecznego śmiechu ciskiali w żelazne rolety sklepu ręczne granaty. Wtedy ostatnia kontrrewolucyjna zapora pękała z hukiem, a szlachetni bohaterowie wpadli w napełnione winem i koniakiem okopy, by zaś, zwabiony zapachem alkoholu wyzwolony naród, wałęsający się po ulicach, nie wziął przemocą udziału w libacji, strzelano z karabinu maszynowego na wszystkie strony. Był to codzienny