Page:Radosne i smutne.djvu/68

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.

— 64 —

 

z trzaskiem, pociemniały światła, na ścianie przechylił się obraz, a na schodach głucho zawył pies.

Nazajutrz opowiadano w tej dzielnicy, że ozór wędzony, wystawiony za szybą sklepu ma dziwny kolor i dziwny kształt. Potem jedna Blada Twarz mówiła drugiej Bladej Twarzy:

— Ten ozór, to jest język pewnej starej panny, która mieszkała samotnie. Wyrwali go jej żywcem z gardzieli bo nie chciała powiedzieć, gdzie chowa złoto. Miała cztery miliony w angielskich gwineach. Mój znajomy doskonale to wiedział, bo za tydzień mieli się pobrać.

Tak to oni sobie mówią, a Blada Twarz myśli, myśli, i myśli... Ma stale czterdzieści parę stopni gorączki i za osobistego wroga uważa człowieka, który się nie boi. Przytem Blada Twarz ma w obłędzie metodę i zachowuje kalendarzową ścisłość. W poniedziałek zawsze wszystko jest podminowane, we wtorek jak z arki Noego wypuszczają zarazki dżumy do bogatych dzielnic, na środę przypada zatruwanie wodociągów, na czwartek (mniej więcej na godzinę piątą no południu) wieszanie za nogi na latarniach, w piątek każdy człowiek, który się ukaże na ulicy w zielonem ubraniu, jest rozstrzeliwany bez sądu, w sobotę każdy mieszka-