Page:Radosne i smutne.djvu/51

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.

— 47 —

 

rego, doświadczonego rutynistę, szczękają zębami z doskonałym wdziękiem i boją się teraz już i za mnie także, ja już bowiem nie miałem powodu. Ktoś tam przyniósł wiadomość, że w mojem mieszkaniu wybuchł pożar; obchodziło to mnie równie tyle, ile nieboszczyka obchodzi sprawa, czy go wystawią na mróz, czy na gorąco. Czekano teraz nawzajem swojej kolei; dom nasz stał się w oczach nieprzyjacielskiej artylerii nad miarę popularnym, czego pojąć nie mogę, bo buda była obskurna; coraz to przelatywał ponad nim pocisk, jak oszalały, widmowy kruk, i gwizdał z wściekłości że go minął; inny nadgryzł komin, inny zarył się niechlujnie w błoto podwórza, zakrztusił się ziemią, potem ją z diabelskiem parskaniem wykrztusił z |pyska, wraz z ogniem i żelazem czerepów.

Kiedyśmy patrzyli wgórę z czeluści piwnic przez okienka, cofnęły się nagle wszystkie głowy, zimną ręką strachu odrzucone wtył, dom drgnął i jęknął, bo się pocisk wgryzł nagle w mansardy i, przez jedno mgnienie tam buszując, ryknął, klasnął i bluznął ogniem przez wszystkie okna. „Mój“ pocisk był bardziej stateczny i prosto szedł do celu, ten jednakże był to pocisk wiercipięta, jakiś nerwowy, trochę