Page:Radosne i smutne.djvu/43

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.

— 39 —

 

i w innym, bardziej bohaterskim domu, było naprawdę bohatersko.

Stoję tedy, jak ułan na widecie, na ciemnych schodach i obmyślam fortele na wszelki wypadek; czas się dłuży i jest zimno dlatego, że tak było istotnie, i dlatego, że na warcie tak jest zawsze. Oparłem się „stylowo“ na zimnej lufie karabinu, szablę powiesiwszy na zamku okna, aby już sam widok jej poraził wrogów. Pozycję miałem dogodną, bo wprost oszklonych drzwi głównych, tak, że krwawy nieprzyjacielski generał dlatego dotąd żyje, że wtedy na mnie się nie natknął. Los bitwy byłby przytem zależny i od tego, ktoby z nas dwóch prędzej uciekł. Odwaga zresztą rodzi się w potrzebie, czułem też ją, napływającą ostrożnie w stronę serca, które wietrzyło krew. Poza sobą, w życiu miałem już dwa trupy: dwa podolskie zające, którym to musiało zrobić chyba przyjemność, że zginą z mojej ręki i same dały się zamordować; co do jednego zaś mam podejrzanie, że to był stary łajdak zając, taki z Dygasińskiego, który skonał ze śmiechu.

Mija godzina jedna i druga i jakoś nic; czasem po bruku ulicy zaczłapie szkapa, ulicznej pikiety, czasem w oddaleniu o ściany domów obija się groch kul. Wtem, w jednym załomie