Page:Radosne i smutne.djvu/42

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.

— 38 —

 

ła Berdyczów, gdzie handlują też i starem żelazem.

Uczestnicy warty ściągają ze wszystkich pięter i ze wszystkich piwnic; zbroje są niekompletne, bo senni bohaterowie są bez kołnierzyków, jak gdyby i umrzeć nie można było w stroju nienagannym. O, Aramisie, który chustką z brabanckich koronek dawałeś znaki, przyzywając pogardliwie śmierć!...

Takie podłe czasy!...

Przychodzi dowódca warty i szeptem poucza, że nie wolno palić papierosów, stanowiących widomy cel i że w razie napadu należy strzelać bezustannie do ostatniego naboju. Potem dowódca warty idzie spać, jak przystało na człowieka wyższej rangi w pięciopiętrowej kamienicy; „warta“ zaś zaczyna działanie. Rozpoczynało się ono od roztropnego rozpatrzenia sytuacji, zbadania wszystkich dnzwi i schodów, instynkt zaś wytłumaczył mi w jednej chwili, że cała warta ma jedno niezłomne przedsięwzięcie: uciec przy pierwszym alarmie na cztery wiatry i w cztery strony kamienicy. Po dokładnem rozpatrzeniu tego zamysłu, poznałem, że jest genjalnie prosty i głęboko dowcipny. Dodaję nawiasem, że tak było jedynie w początkach oblężenia, później (co opowiem)