Page:Radosne i smutne.djvu/194

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.

— 199 —

 

do mnie osobiście wyprawę, są dla mnie straceni na wieki; z pod kamienia ich przemiłej pogardy już się nie wydźwignę. Żart jednak rymowany kosztował mnie nieco zdrowia, ile razy dzwonek u drzwi, szczególnie w nocy, zajęczał z fantazją, po żołniersku. W tej chwili: przysięgałem, że w życiu mojem nie napiszę wiersza dla żołnierza, ani nie podam nikomu adresu. Byłbym im oddał serce, byłbym oddał duszę — bierzcie, chłopaki drogie, bo to wasze! — ale te dziewczęta! Ratuj mnie, Panie Boże! A czasem znów oblewał mnie zimny pot, kiedy mi poczta polowa przynosiła taki autentyczny list z frontu:

„...Zaproszenie przyjmujemy z wdzięcznością, z tem tylko zastrzeżeniem, że żaden nie chce przyjść sam, tylko kupą. Wszyscy proszą, żeby wino nie było kwaśne, lecz słodkie. Na dziewczęta naogół zgoda, chociaż są tacy, co wolą kobiety...“

Dosłownie. I chcą przyjść „kupą“, wobec czego zastawienie drzwi szafą na nic zgoła się nie przyda. Całe szczęście, że się chłopaki upiły po drodze gdzie indziej i nie przyszły, bo gdyby dotrzymali przyrzeczenia, to wtedy wszystko co kobiece, w moich mieszkające stronach,