Page:Radosne i smutne.djvu/193

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.

— 189 —

 


To był początek najmilszego nieszczęścia, jakie mnie w życiu spotkało; ja podałem adres mój dla żartu, a te najdroższe łobuzy wzięły na serio — wino i dziewczęta. Wino jeszcze jak wino, jakiegoś octu z żółcią by się znalazło, ale z temi dziewczętami to byłoby dosyć kłopotu, uważałem zaś pilnie, że każdy mój gość, który poezję bierze na serio, niebardzo tęskni za piosenką, jakimś cudackim grymasem daje mi znać, że i wina by się napił w razie czego, ale właściwie to się oglądał z coraz rosnącem rozczarowaniem i szukał, gdzie to ja właściwie chowam najmilszy z obiecanych rarytasów. Szpetnie wpadłem i świeciłem oczyma, czując, że tracę wiele z wrodzonej powagi. Wyraz twarzy niejednego z moich żołnierskich gości był mocno treściwy i mówiący wcale kwaśno na temat: „nie zawracaj pan gitary“. Wogóle byłem serdecznie zdumiony, że cala armia nie przyszła do mnie zwiedziona obietnicą takiego przyjęcia i że niezgłębioną pogardę wyraziło mi kilkudziesięciu bardziej łasych na specjały, zauważywszy, że w domu, w którym mieszkam, gdyby się nawet cały „zbiegł“, toby tych obiecanych, sprośnych rozkoszy, nie wystarczyło nawet dla paralityka.

Goście tedy z frontu, którzy zaryzykowali