Page:Radosne i smutne.djvu/179

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.

— 175 —

 

w głębię ostatnie wspomnienia, my zaś płyniemy w zachód słońca, mijamy wsie i miasta, głębie i mielizny, aż się z zorzy ukazało miasto, w którem słońce na wieki zatrzymane zostało nagłym krzykiem z okna kościelnej wieży: Toruń.

Wylegli na brzeg zdumieni ludzie, którzy nie wiedzieli, że w Polsce są jakie okręty, więc się one pysznią mocno, a im więcej ludzi na brzegu, tem gęstsze miny mają nasi marynarze, którzy z nadzwyczajną starannością, podwajając zabiegi nad elegancją, wybierają się do miasta pierników. Z chwilą przybycia naszej flotylli można jednym rzutem oka rozeznać twarze: polskie mają wyraz uradowany, niepolskie wyraz kwaśny i okraszone są miłym kolorem piernikowym. Brać marynarska rozsypała się po mieście, kupuje papierosy i niewiadomo czemu, kwiaty, łazi po kościołach i po muzeum, szuka gazet i książek. Byli także tacy, co szukali wina i łatwo je znaleźli, ale nie byli to marynarze zawodowi, tylko przygodni. Nie mogłem też, mimo usilnych starań, przekonać moich przyjaciół, że piernik toruński jest najlepszy z wodą kryniczną. Od Torunia też wdół rzeki, pogłębiało się w nas lekceważenie dla zwyczajów marynarskich; na podstawie