Page:Radosne i smutne.djvu/178

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.

— 174 —

 

ca?...“ Mówiłem z nim długo, z tem dzieckiem bohaterskiem, a właściwie to zamieniałem w słowa milczenie dokoła stojących, albom w słowo dobre i pełne słodyczy zamieniał jakąś męską łzę, co się ważyła na czyichś rzęsach.

Potem z synem swoim rozmawiał ojciec; mówił mu, że gdyby trzeba było, toby go posłał na śmierć po raz drugi, — a to już drugi syn i ostatni, który padł w tej wojnie. A potem się w powietrzu uczynił wielki łopot, jakby orzeł sławy skrzydłami ponad głowy ludzkie bił, bo grano „Jeszcze Polska nie zginęła“, zasalutowali wszyscy raz jeszcze i odeszli, aby się bohaterskie chłopię mogło nacieszyć do syta w samotności najdroższym, promiennym krzyżem swoim...

Płyńmy dalej. Wszystko dziś na statku jest poważne i skupione, jakby wszyscy na coś czekali, gotowi też byli wszyscy w jednem mgnieniu, kiedy ostry gwizd powołał wszystkich na pokład. Wołają „baczność!“ i nagle wszystkie statki salutują — wodę. Wszystkie oczy zwrócone w jedno miejsce i przez chwilę coś widzą, co widziały niedawno: bitwę i śmierć pporucznika Pieszkańskiego, tu właśnie, w tem miejscu, pod wsią Bobrowniki. Tu zapadły