Page:Radosne i smutne.djvu/155

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.

— 151 —

 

z najwyższego rozkazu trzeba wypocząć w samotności przez dwadzieścia cztery godziny. Kładzie się tedy człowiek na ławeczce, przeznaczonej chyba dla bardzo chudego nieboszczyka i czeka na sen. Sen na Wiśle nie jawi się w postaci milczącego krogulca, lecz krzykliwej dzikiej kaczki. Po dniu, pełnym wrażeń trzeba jednakże zasnąć; przytula się głowę do żelaznej ściany statku i zamyka się oczy. Przez chwilę jest cicho, a za chwilę słychać za ścianą jakieś szmery, szepty, bulgotania i jakby cichy śmiech. — Jak się panu śpi na Wiśle? — bulgoce fala, a w tej chwili ma się wrażenie, że się do ucha wlewa woda. Ponieważ woda ma czas i potrafi takie kawały urządzać do białego rana, więc się kładziesz nawznak w wygodnej pozycji nieboszczyka i zamykasz niebieskie oczy, pełne jeszcze księżycowego światła. Wtedy zaczyna ponad głową miarowym krokiem, ciężkim, żelaznym krokiem chodzić tam i zpowrotem wartownik.

— Aha! — myślisz sobie, napoły senny, — to spadkobierca chodzi po wieku mojej trumny.

Kiedy się już zaczyna przywykać do trocheicznych kroków żołnierza, wtedy, aby ci się zbytnio nie nudziło, wpada w ten ustatkowany rytm nagłe, splątane szaleństwo szybkich kro-