Page:Radosne i smutne.djvu/143

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.

— 139 —

dała wiersze, bo wody i wierszy jest w Polsce dostatek.

Literatura i malarstwo łazi po pokładzie ostrożnie, nie zbliżając się zbytnio do burt, bo to niby wszystko spokojne, ale strzeżonego i t. d. i słucha, patrzy, trochę z zawiścią, trochę zaś z podziwem, co to wyśpiewuje wiatr, jakie cudowne nonsensy wygaduje woda, co wymalowuje na nich słońce i jakie kolory wstają na brzegach, już złotych, albo zarumienionych wielkiem, serdecznem, wzruszeniem w przeczuciu śmierci. A im dalej, tem się ta Polska czyni piękniejszą, a brzegi, jakby chciały nadrobić to, że im kazano wyglądać „przyzwoicie“ u stóp stołecznego miasta, zupełnie oszalały, skąpana w słońcu, podmyte wodą i czołgają się ku niej, źle skrojone, zaniedbane, zarosłe gęstwiną wiklin, bujne i rozweselone.

Zkolei należy się przyjrzeć „ludzom wodnym“; właściwie trudno jest przeprowadzić obserwację dokładną, gdyż zaledwie zacząłeś rozmawiać z takim dziwnym człowiekiem, co się nigdy nie bał wody, już go gwizd jakiś wyniósł na drugi koniec okrętu, zaledwie, stojąc na górnym pokładzie, uśmiechnąłeś do jakiegoś przemiłego człowieka w marynarskim mundurze, kiedy ci on znika nagle pod stopami, zsunąw-