Page:Radosne i smutne.djvu/138

From Wikisource
Jump to navigation Jump to search
This page has been proofread.

— 134 —

rech stóp i pięciu cali który nie umiałby poza idjotycznym węzłem krawata, zawiązać choćby jednego węzła uczciwego, choćby tylko w „ósemkę“. Poznałem jednak od pierwszej chwili, że marynarze mają serca zacne i że patrzą dość życzliwie. Można było wprawdzie w błysku porannego słońca przeczytać w tem spojrzeniu niejedno, takie naprzykład dobrotliwe uwagi: „Jest jamnik na pokładzie, to i taki marynarz niech się kręci“, albo „Zdechła ryba także pływa“, albo, „Jeśli będzie zbyt przeszkadzał, to do wody nie tak daleko“, albo jeszcze serdeczniej: „Wstyd z taką gębą puszczać się na wodę“. Były to jednak tylko dobrotliwe przedwstępne uwagi, do niczego nie obowiązujące, po tygodniu bowiem wspólnego przebywania na wodzie, nie było w całej Polsce lepszych przyjaciół, niźli my i polscy marynarze, którym Bóg niech da zdrowie i najlepsze okręty na świecie.

Mamy płynąć na statku „Warneńczyk“, po drodze zaś będą się do nas przyłączały inne statki wojenne, okręty, z których każdy ma już swoją historję, historję bohaterską, zakończoną strofą o śmierci, które tak niedawno woziły żydów z Warszawy do Włocławka, a dziś wożą cudownych żołnierzy, opancerzone żelazem,